O zręczności Cherezińskiej w pisaniu powieści historycznych czytałam w recenzjach, polecała też kotimyszkot, teraz i na mnie przyszła pora. I nie zawiodłam się. To nie tylko powieść osadzona w epoce, ale także mała lekcja historii ponieważ fikcja literacka pięknie splata się z faktami potwierdzonymi archeologicznie (pieczę nad historycznym aspektem sprawował profesor Przemysław Urbańczyk, autor ponad 240 tekstów z zakresu historii i archeologii wczesnego średniowiecza Polski, Europy Środkowo-Wschodniej, Skandynawii i wysp północnego Atlantyku). Chętnie sięgnę po inne książki pióra Elżbiety Cherezińskiej, może po „Hardą” żeby zostać w świecie aktualnym Bolesławowi Chrobremu i „Grze w kości”. A i na Tatową kolekcję powieści Bunscha mam chrapkę.
Po lekturze mam też ochotę wrócić do Gniezna. Byłam tam tylko raz i to przejazdem. Przeszliśmy się po mieście, zrobiliśmy kilka zdjęć i to, co zostało, to wspomnienie urokliwego miasteczka. A teraz chciałabym się bardziej wgryźć w ten klimat, poczuć to miasto jako to, w którym rodziła się historia naszego kraju.
„Bolesław nie musiał długo myśleć, by ułożyć nazwę swego kraju. Nosił ją w sobie od dziecka. Nie pozwoli, by to było obce miano, tak jak przydarzyło się to Rusinom, do których przylgnęło Skandynawskie „Rus” i już go z siebie nie zedrą. On znalazł słowo, które każdemu będzie się kojarzyć dobrze – z jasnością, z odpoczynkiem po pracy, wytchnieniem po długiej drodze, radością dojścia do celu. Polana. Nazwie swój lud Polanami, da im to jasne, dobre imię, by używali go z radością i ochotą. Będą Polanie Pomorza, Polanie Śląska, Polanie Kujaw, Mazowsza i ziemi krakowskiej. A jeśli spełni swoje największe marzenie, będą i Polanie Połabia, Zaolzia, Moraw, Polanie Czerwińscy!… Mieszko mówił: „Nie szczuj ludzi na siebie”.”