Z reklamy

Telewizji praktycznie nie oglądam, nawet wieczorne filmy zazwyczaj od środka bo gdy przychodzę Mężu już coś ogląda. Telewizor najczęściej słyszę, gdzieś w tle. I z tego tła ostatnio wpadła w ucho muzyka, którą już kiedyś słyszałam. Jedna z firm wykorzystała utwór boysbandu z lat 90-tych. I chociaż w tym klimacie wolałam New Kids on the Block i Take That to jednak Backstreet Boys też w muzycznych szufladkach dalej schowane. Ach, te nastoletnie wybory 😉

In my secret life

Ta piosenka to bodajże rok 2001. Czyli dawno temu za siedmiogórogrodem. Wtedy w ogóle do mnie nie trafiała. Gdy usłyszałam ją teraz poczułam się jak zanurzona w jakąś głębię jak w filiżankę z „gorącą” czekoladą. Przyjemnie sączy się do ucha.

Niech mi zalśni w pełnym słońcu kolorami całej ziemi

Usłyszałam w środę na akademii i do tej pory po głowie mi chodzi. I dobrze, to fajna piosenka, która zawsze przenosi mnie w inny świat. A za tydzień może uda się całkiem fajnie to życie dokolorawać. Ale o tym, cicho sza 😉 bo znów się nie spełni 😉

Dziękuję za komentarze. Chociaż często nie odpowiadam na nie, czy nie odwiedzam Was to jesteście ważni. Niestety na razie czas na bloga to kradzione chwile. Ale na pewno wrócę do pełniejszej aktywności.

Opowieść o dniu wczorajszym

Padało długo, pewnie z 18 godzin. Lało, wiało, a nawet śniegiem pomiędzy kroplami deszczu sypnęło. Przypomniała mi się piosenka Edyty Bartosiewicz. I chociaż zawsze kojarzyła mi się z innym deszczem, takim ciepłym i pachnącym, to jednak na wczorajszy dzień też mi pasowała bo w tych strugach lejących się z nieba było miło i rodzinnie.

A dziś… mimo, że wiatr przegonił deszczowe chmury, to już nie jest tak jak było wczoraj.

Niekoniecznie lubię poniedziałki

Poniedziałek nigdy nie był moim ulubionym dniem tygodnia. W pandemii to się tylko pogłębiło ponieważ poniedziałkowa niewiadoma jest jeszcze większa. Nie trudno zgadnąć, że i dziś nie spieszyłam się do wstania z łóżka. No ale jak trzeba to trzeba. Idąc do łazienki nie włączam światła po drodze, niech inni jeszcze pośpią, skoro mogą. W łazience jednak spotkała mnie niespodzianka… światła nie było. Sprawdzam w innych pomieszczeniach – nie ma. Prądu brak i to chyba w całej wsi. Gdy nie ma prądu to są problemy z ogrzewaniem więc poranne ablucje poszły szybciej niż zwykle. Pudło z kolorowymi rajstopami wyniesione pod okno w sypialni by znaleźć te właściwe. Czarna sukienka zdejmowana z wieszaka po omacku. Rzęsy też jakoś wytuszowane. Nie wiem jak długo trwa awaria więc mam tylko nadzieję, że filtracji w akwarium nie trafi szlag.

Patrząc jednak z drugiej strony to dzień jest ładny: mały mrozik, przewaga słońca, na polnych połaciach śnieg wciąż biały i skrzący się w promieniach. Na biurku nowy, pięknie czerwony i z większą pojemnością termokubek z kawą (od powrotu w maju do stacjonarnej pracy nie parzę kawy ani herbaty na miejscu). W pracy też względny spokój. To może jednak ten poniedziałek nie będzie taki zły.

Póki jest

Choć śnieg na razie nie pada, a nawet się topi (jutro ma być u mnie +7 stopni), ale jest nadal czas by wspomnieć o piosence z lat szkolnych, której słowa znam na pamięć i śpiewam ją każdego roku gdy widzę jak „tak cicho spływa w dół”

Z bałwanimi pozdrowieniami dla Skowrona bo Pan Andersen nadal cieszy się 😉

Problemy z dystansem

Od marca to jedno z najczęściej słyszanych słów. Utrzymywanie dystansu stało się najważniejszą czynnością każdego dnia, każdego wyjścia. I tu osiągam niemal poziom mistrzowski. Ale z drugiej strony doszłam do wniosku, że ów dystans do świata, życia i samej siebie straciłam i dlatego tak źle się teraz czuję.

Od wczorajszego wieczoru ciągle gra mi w głowie

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij