Niekoniecznie lubię poniedziałki

Poniedziałek nigdy nie był moim ulubionym dniem tygodnia. W pandemii to się tylko pogłębiło ponieważ poniedziałkowa niewiadoma jest jeszcze większa. Nie trudno zgadnąć, że i dziś nie spieszyłam się do wstania z łóżka. No ale jak trzeba to trzeba. Idąc do łazienki nie włączam światła po drodze, niech inni jeszcze pośpią, skoro mogą. W łazience jednak spotkała mnie niespodzianka… światła nie było. Sprawdzam w innych pomieszczeniach – nie ma. Prądu brak i to chyba w całej wsi. Gdy nie ma prądu to są problemy z ogrzewaniem więc poranne ablucje poszły szybciej niż zwykle. Pudło z kolorowymi rajstopami wyniesione pod okno w sypialni by znaleźć te właściwe. Czarna sukienka zdejmowana z wieszaka po omacku. Rzęsy też jakoś wytuszowane. Nie wiem jak długo trwa awaria więc mam tylko nadzieję, że filtracji w akwarium nie trafi szlag.

Patrząc jednak z drugiej strony to dzień jest ładny: mały mrozik, przewaga słońca, na polnych połaciach śnieg wciąż biały i skrzący się w promieniach. Na biurku nowy, pięknie czerwony i z większą pojemnością termokubek z kawą (od powrotu w maju do stacjonarnej pracy nie parzę kawy ani herbaty na miejscu). W pracy też względny spokój. To może jednak ten poniedziałek nie będzie taki zły.

Problemy z dystansem

Od marca to jedno z najczęściej słyszanych słów. Utrzymywanie dystansu stało się najważniejszą czynnością każdego dnia, każdego wyjścia. I tu osiągam niemal poziom mistrzowski. Ale z drugiej strony doszłam do wniosku, że ów dystans do świata, życia i samej siebie straciłam i dlatego tak źle się teraz czuję.

Od wczorajszego wieczoru ciągle gra mi w głowie

Melodie i teksty

Wśród mojej muzyki zawsze przeważali wykonawcy zagraniczni i przeróżne języki. Pewnie zdarzało mi się też słuchać wpadających w ucho melodii z tekstami nie odbiegającymi wiele od „majteczki w kropeczki ło ho ho ho” 😉 poliglotką przecież nie jestem. Ale te muzyczne podróże lubię do dziś. Powrót na łono dźwięków idzie dobrze. Na dysku lapka już 6 albumów: dwa po włosku, jeden po angielsku, jeden po francusku, jeden po polsku i jeden instrumentalny. Znowu słucham muzyki w tak zwanym tle, w tej chwili też 🙂 Zaczęłam nawet myśleć o sprawieniu sobie znowu jakiegoś kieszonkowego grajka.

Po włosku już było, to teraz po francusku 😉 Witajcie u Manu, z którym „znam się” mniej więcej od 2007 roku

Męskie rejestry

Kiedyś słuchałam dużo muzyki. Nie miałam ulubionego gatunku, coś musiało po prostu wpaść w ucho więc rozrzut czasami był szeroki od popu po gotyckiego rocka, od Ameryki przez Australię po Skandynawię, ze szczególnym uwzględnieniem Włoch. Szczególną atencją darzyłam męskie głosy. Kobiet słuchałam, ale dużo rzadziej. To te męskie rejestry musiały wibrować i pieścić moje ucho. Potem przyszedł taki czas, że przestałam kupować płyty… słuchanie piosenek ograniczało się do słuchania radia. Aż w końcu i radia przestałam słuchać (poza jazdą na trasie praca-dom). Cisza, to właśnie jej potrzebowałam. Ale pandemiczne odizolowanie sprawiło, że zachciało mi się znowu słyszeć. Odkopałam te stare piosenki, bo na nowych kompletnie się teraz nie znam. Ci których słuchałam czasem niemal 20 lat temu posiwieli, ale i ja posiwiałam. I byłam w szoku ile tekstów nadal znam na pamięć pomimo upływu lat. Pokusiłam się znowu o zakup utworów, ale już tylko w formie cyfrowej. Wracam na łono dźwięków 🙂

Tu akurat jeden z moich ulubieńców sprzed lat,choć niezmiennie (pamiętam jak na postoju na autostradzie w drodze do Perugii kupiłam jakąś jego „lewą”płytę) w duecie z Laurką, której kilka utworów też miałam.

***

W ogóle pod względem kulturalnym ta kwarantanna nie jest taka zła 😉 Nadrabianie zaległości książkowych i filmowych to jedno, ale są też inne możliwości. Przez ostatnie 2 tygodnie obejrzałam balet z Teatru Wielkiego (z dochodzącą Juniorką bo to Śpiąca królewna była), wysłuchałam koncertu na: flet prosty, klawesyn i skrzypce z Krakowa, Sztukę myślenia z Krakowa, spektakl z Teatru Dramatycznego w Warszawie, z Juniorką spektakl z naszego teatru lalek, jutro w planach koncert Kayah, a FB wciąż podrzuca nowe propozycje wydarzeń 😉

Dźwięki i wydźwięki

<p style="text-align: …

W samochodzie zazwyczaj słucham radia, ale wczoraj w drodze powrotnej do domu coś nie chciało odbierać. Włączyłam płytę, mam ją w odtwarzaczu od prawie dwóch lat. Wtedy to były moje ulubione piosenki, coś co dodawało hartu ducha. Wczoraj powiedziałam „nie”, to już nie dla mnie, nie chcę wracać do tamtego czasu w żaden sposób. Dziś do samochodu wzięłam składanki, które nagrałam sobie blisko 10 lat temu, można by rzec – starocie, bo i dużo starsze piosenki się tam znalazły. I na przekór deszczowej aurze najpierw usłyszałam „Somewhere over then rainbow”, a potem „Beautiful Day” U2. I od razu było mi lepiej 🙂