Niech mi zalśni w pełnym słońcu kolorami całej ziemi

Usłyszałam w środę na akademii i do tej pory po głowie mi chodzi. I dobrze, to fajna piosenka, która zawsze przenosi mnie w inny świat. A za tydzień może uda się całkiem fajnie to życie dokolorawać. Ale o tym, cicho sza 😉 bo znów się nie spełni 😉

Dziękuję za komentarze. Chociaż często nie odpowiadam na nie, czy nie odwiedzam Was to jesteście ważni. Niestety na razie czas na bloga to kradzione chwile. Ale na pewno wrócę do pełniejszej aktywności.

Opowieść o dniu wczorajszym

Padało długo, pewnie z 18 godzin. Lało, wiało, a nawet śniegiem pomiędzy kroplami deszczu sypnęło. Przypomniała mi się piosenka Edyty Bartosiewicz. I chociaż zawsze kojarzyła mi się z innym deszczem, takim ciepłym i pachnącym, to jednak na wczorajszy dzień też mi pasowała bo w tych strugach lejących się z nieba było miło i rodzinnie.

A dziś… mimo, że wiatr przegonił deszczowe chmury, to już nie jest tak jak było wczoraj.

Niekoniecznie lubię poniedziałki

Poniedziałek nigdy nie był moim ulubionym dniem tygodnia. W pandemii to się tylko pogłębiło ponieważ poniedziałkowa niewiadoma jest jeszcze większa. Nie trudno zgadnąć, że i dziś nie spieszyłam się do wstania z łóżka. No ale jak trzeba to trzeba. Idąc do łazienki nie włączam światła po drodze, niech inni jeszcze pośpią, skoro mogą. W łazience jednak spotkała mnie niespodzianka… światła nie było. Sprawdzam w innych pomieszczeniach – nie ma. Prądu brak i to chyba w całej wsi. Gdy nie ma prądu to są problemy z ogrzewaniem więc poranne ablucje poszły szybciej niż zwykle. Pudło z kolorowymi rajstopami wyniesione pod okno w sypialni by znaleźć te właściwe. Czarna sukienka zdejmowana z wieszaka po omacku. Rzęsy też jakoś wytuszowane. Nie wiem jak długo trwa awaria więc mam tylko nadzieję, że filtracji w akwarium nie trafi szlag.

Patrząc jednak z drugiej strony to dzień jest ładny: mały mrozik, przewaga słońca, na polnych połaciach śnieg wciąż biały i skrzący się w promieniach. Na biurku nowy, pięknie czerwony i z większą pojemnością termokubek z kawą (od powrotu w maju do stacjonarnej pracy nie parzę kawy ani herbaty na miejscu). W pracy też względny spokój. To może jednak ten poniedziałek nie będzie taki zły.

Problemy z dystansem

Od marca to jedno z najczęściej słyszanych słów. Utrzymywanie dystansu stało się najważniejszą czynnością każdego dnia, każdego wyjścia. I tu osiągam niemal poziom mistrzowski. Ale z drugiej strony doszłam do wniosku, że ów dystans do świata, życia i samej siebie straciłam i dlatego tak źle się teraz czuję.

Od wczorajszego wieczoru ciągle gra mi w głowie

Melodie i teksty

Wśród mojej muzyki zawsze przeważali wykonawcy zagraniczni i przeróżne języki. Pewnie zdarzało mi się też słuchać wpadających w ucho melodii z tekstami nie odbiegającymi wiele od „majteczki w kropeczki ło ho ho ho” 😉 poliglotką przecież nie jestem. Ale te muzyczne podróże lubię do dziś. Powrót na łono dźwięków idzie dobrze. Na dysku lapka już 6 albumów: dwa po włosku, jeden po angielsku, jeden po francusku, jeden po polsku i jeden instrumentalny. Znowu słucham muzyki w tak zwanym tle, w tej chwili też 🙂 Zaczęłam nawet myśleć o sprawieniu sobie znowu jakiegoś kieszonkowego grajka.

Po włosku już było, to teraz po francusku 😉 Witajcie u Manu, z którym „znam się” mniej więcej od 2007 roku