Patykiem po wodzie

Takie dziwne te czasy są, że planować niczego teraz nie można. Juniorka miała w tym tygodniu pojechać z rewizytą do kuzynki by pobawić się wspólnie rodzinkami Sylvanianów, ale żona kuzyna przyniosła do domu Covid więc nici z wyjazdu. Został przełożony na bliżej nieokreślony weekend, ale dziewczynki zawiedzione… Chorowali już na Covid prawie rok temu, ale to idealny przykład na to, że ta choroba zostanie z nami na dłużej, może na zawsze, co najwyżej straci na zakaźności i konsekwencjach.

Codzienne doniesienia o napięciu na granicy ukraińsko – rosyjskiej nie przynoszą nic dobrego. Niby daleko, niby nas nie dotyczy, ale Świat stał się już taki mały… na początku 1939 też pewnie nikt nie myślał o wojnie światowej. Nie snuję tu czarnych scenariuszy, po prostu taka myśl w obliczu całego zła, które dzieje się wokół… wszak w codziennym myśleniu Charków i dla mnie jest bardzo odległym miastem, poza tym cały czas mam nadzieję, że to tylko takie prężenie muskułów przez Putina…

W szkołach znowu nauka zdalna. Bez wątpienia nie jest to dobra forma nauki. Ale cóż począć jak w większości szkół obostrzenia sanitarne to fikcja, która może funkcjonować jedynie na papierze, a nie w realnych warunkach bo to po prostu niewykonalne. I ten równy podział w podstawówkach 😉 śmiechu warte…

Były światełka dla Pani Izy, dziś są światełka dla Pani Agnieszki [*] takie to wszystko smutne i przerażające.

Wykluczenie komunikacyjne

Czasy, takie że przemieszczanie po świecie staje się coraz łatwiejsze, szybkie samochody, jeszcze szybsze pociągi, samoloty. Czas podróży też się skraca. Z dostępnością nie ma generalnie problemu. Właśnie, generalnie nie ma… świat w zasięgu ręki. Ale akurat w weekend przeczytałam tutaj reportaż o wykluczeniu komunikacyjnym, które od jakiegoś czasu obserwuję na własnym „podwórku”. Gdy chodziłam do szkoły średniej czy w trakcie studiów nie było problemu z dojazdem do miasta. Mieszkałam w miejscowości oddalonej zaledwie 10km od miasta i autobusów jeździło dużo, oczywiście z wyjątkiem godzin nocnych. Gdy zamieszkałam tutaj, 16 km od tego samego miasta tylko z innej jego strony, przez wieś jeździł autobus PKS (chociaż podobno już w dużo mniejszej częstotliwości niż za czasów, w których Małżu chodził do szkoły). Od jakiegoś czasu jeździ tu jedynie jakiś prywatny przewoźnik (4 czy 5 razy w ciągu doby!) W tym momencie brak porządnego publicznego środka transportu niespecjalnie nam przeszkadza ponieważ jeździmy własnymi samochodami. Juniorka póki co do szkoły jeździ ze mną, a nawet gdyby chodziła do podstawówki w obwodzie to gmina zapewnia dzieciom transport i tak to działa w większości, a pewnie nawet w całej Polsce. Problem dla dzieciaków pojawia się gdy zaczynają chodzić do szkoły średniej, bo tu zaczyna się ogromny problem z dojazdem, o którym opowiada chłopak z reportażu. Też się zastanawiam jak to będzie gdy Juniorka pójdzie do szkoły do miasta. Do przystanku, z którego odjeżdża większa liczba autobusów są 3 km, autobus ze swoimi przystankami i prędkością do centrum miasta jedzie przez godzinę (gdy samochodem ten odcinek pokonuje się w 25 minut). Mimo, że autobus z tego przystanku jeździ częściej to jednak częstotliwość jest dużo, dużo mniejsza niż autobusów komunikacji miejskiej. Wszystko to znacznie wydłuża czas jaki jest potrzebny na dojazd do szkoły i powrót do domu. Między 15 a 18 rokiem życia będzie pewnie miała ciężko z dojazdami. Na 18-tkę obowiązkowy prezent to pieniądze na egzamin na prawo jazdy i pierwsze auto (o ile będzie nas stać). Mieszkając kawałek poza miastem osoby nie posiadające prawa jazdy w obecnych czasach faktycznie są wykluczone, a przynajmniej mocno ograniczone pod względem możliwości poruszania się pomiędzy miejscowościami.

Autonomia w związku

Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się razem na każdym kroku. Każdy ma inne potrzeby, hobby, inną energię i nie powinno się tego tłamsić. Dlatego mój Mąż sam wybrał się dwukrotnie na Rysy, ogarnia różne imprezy charytatywne z morsami, jeździ z motocyklistami (gdy ja nie mogę), a w zeszłym roku znalazł sobie kolejne hobby, które zabiera sporo czasu i jak dotąd pieniędzy też. Ale w tym tygodniu ostro mnie zdenerwował swoim wyjazdem na narty z moim kuzynem. Ignorując zeszłotygodniowe problemy z nadciśnieniem i ilość zachorowań na koronę w Zakopcu… Pojechał, bo już dwa sezony nie był! Bo musi zaszaleć na Harendzie, powygłupiać się na Szymoszkowej, a na Witowie popróbówać snowboardu. Dziś są jego 47 urodziny i nie spędzamy ich razem. I jak tak sobie prześledzę to wszystko to dochodzę do wniosku, że to kryzys wieku średniego.

A ja dziś zaliczyłam przygodę… Pojechałam z Juniorką na zakupy, Babcia została w domu (całe szczęście, bo inaczej byśmy przechowania po rodzinie szukały). Gdy wyjeżdżałam brama bez problemu się otworzyła i zamknęła, śniegu jest mało więc kółka i szyna, po której się przesuwa nie są zapchane. A jak wróciłam to ruszyła na 10 cm i się zatrzymała. Próbowałyśmy otwierać innym pilotem w nadziei, że w moim rozładowała się bateria. Chciałyśmy otworzyć skrzynkę sterowniczą i odłączyć zasilanie, ale Babci nie udało się otworzyć skrzynki. Nożem wygrzebałyśmy te niewielkie ilości śniegu, które były na szynie. I nic. Nie wygląda też by brama spadła z szyny. Samochód zostawiłam na podjeździe. Babcia otworzyła drzwi przez budynki gospodarcze żebyśmy mogły wejść na podwórko i do domu. Uf. Ale gdyby Małżu był w domu to by zaistniałą sytuację rozwiązał lepiej niż my…

Pfizerek

…(bo dla młodszych dzieci dawka jest pomniejszona więc tak go pieszczotliwie nazywam 😉 ) przyjęty po raz drugi wczoraj przez Juniorkę. O ile przy pierwszej dawce o bólu ręki wspominała tak druga przeszła gładko. Gdy wróci do szkoły po feriach to praktycznie będzie miała zakończoną „produkcję” przeciwciał. Oczywiście jakieś obawy przed szczepieniem miałam, ale dla mnie zaszczepionej potrójnie bilans mógł być tylko jeden. A pacjentka była bardzo dzielna do tego stopnia, że wczoraj to już się rządziła w gabinecie 😉 drygując wyborem plastra 😉

A chcąc jej zrobić przyjemność ogarnęłam dziś Amazona i złożyłam pierwsze zamówienie na niedostępną u nas rodzinkę piesków, a przy okazji w bardzo przystępnej cenie już na zaś 😉 wzięłam rodzinkę rudych pand z Sylvanian Families.

Walcem ich

Tak się zastanawiam czy istnieje jeszcze jakiś cywilizowany (podobno) kraj, w którym władza rozwiązuje problem poprzez organizowanie hejtu na jakąkolwiek grupę zawodową? A tu proszę, dobili i poniżyli totalnie, a teraz tylko dokańczają dzieła. Co prawda Pani Dama podobno zaprasza opozycyjne posłanki do rozmowy na temat lex ciemnogrodowego, ale co to zmieni… Za to o zawodach opowiada pierwszakom mistrz fochsztaplerstwa medycznego. A na działanie telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży naród zrzutkę musi robić… O losie… kiedy się odmienisz?

Emocjonalna siłownia

Zeszły tydzień emocjonalnie był trudny. Ciśnienie Małża. Śmierć i pogrzeb sąsiada, które Małżu bardzo przeżył (w końcu znał go od dziecka, a teraz wymieniali się doświadczeniem i pomagali sobie). I przez to pewnie dodatkowo ciśnienie Małżowi skakało przez prawie tydzień. Podbierał wtedy tabletki mojej Mamie bo przecież swoich regulujących nie ma, tylko takie szybko obniżające. Na to wszystko nie sposób było patrzeć chłodnym okiem… W piątek zostałam na 1,5 godziny oddelegowana do opieki nad chłopcem z zachowaniami agresywnymi (a to zawsze jest mega stresujące bo nigdy nie wiadomo co się wydarzy, czy nie zostanie się uderzonym, oplutym czy ugryzionym) więc popołudnie skończyłam z lekkim bólem głowy. Poniedziałek przywitał nas potężnym wiatrem i burzą śnieżną, że aż strach było patrzeć co to się za oknem dzieje. A dziś wtorek i też szkoda gadać. Musiałam zamknąć pewną sprawę w pracy i zamknęłam. A po godzinie okazało się, że gafę strzeliłam i teraz muszę to skorygować. Małżu wydobrzał, do tego stopnia, że ostro przegiął ze swoim egoizmem. Przez co pół ferii spędzę na uspokajaczach, a i tak nerwy jak ciężki kamień wiszą na żebrach. No cóż, co nas nie zabije to nas wzmocni… może tylko szkoda, że nie na tyle, żeby się usamodzielnić…

Przerwana nić

Nasz sąsiad popełnił samobójstwo. Nas ogarnął szok i niedowierzanie. A co musi czuć jego rodzina? To pytanie aż boli. To był spokojny, skryty człowiek, dobry gospodarz. Mój Mąż stwierdził, że nie ma tak dobrego przyjaciela jakiego miał dobrego sąsiada. Pomagali sobie nawzajem.

Mimo, że mieszkam tu od 10 lat to nie byłam na pogrzebie nikogo z okolicy. Moja aspołeczność sprawia, że tak w zasadzie nikogo tu nie znam. I chociaż z Sąsiadem też nie prowadziłam wielkich konwersacji, ani nie byłam z nimi w żadnej zażyłości to jednak tym razem pójdę bo współczuję wdowie i dzieciakom i taki zwykły smutek mnie ogarnia na myśl jak musiało być źle, że Sąsiad wybrał tak drastyczny krok i najzwyklej w świecie smutno mi, że już go nie zobaczę vis-a-vis.

Ale mój

Mój Mąż ma różne wady. Tak jak i ja. I każdy inny człowiek. Ideałów nie ma i nie będzie. Nie raz i nie dwa doprowadzały mnie one do szewskiej pasji, czasami przyprawiły o smutek i nie raz ani dwa tak się jeszcze zdarzy. Są to wady, które mają znaczenie w momencie zaistnienia, w momencie kiedy się we mnie gotuje. W dłuższym rozrachunku ich waga maleje. A już całkowicie znikają w momencie w którym na scenę wkracza obawa, że coś złego może się stać. Bo ja, drodzy państwo, nie wyobrażam sobie, że mogło by mu się coś stać. A trochę nas chłop wczoraj wieczorem przestraszył. Gdy po dwóch dniach mówienia o gorszym samopoczuciu i słyszeniu szumu (przepływającej krwi) w uchu w końcu zmierzył ciśnienie i okazało się, że ma 159 na 96. Mimo bycia twardzielem zadzwonił po siostrzeńca, żeby zawiózł go do lekarza, a wychodząc dodał: „wiesz, gdzie szukać haseł do konta w banku”. Zrobili mu ekg, zapisali lek pod język w razie kolejnego skoku, zalecili zapisywanie wartości przez tydzień i udanie się do lekarza rodzinnego. Żeby tylko chciał odpocząć i odpuścić pewne sprawy.

Czekając kładłam spać Juniorkę. Ciągle czytamy „Gwiazdkowego Prosiaczka”, ale że jesteśmy na końcówce to wychodzą nieprzewidywalne wcześniej zasady panujące w Krainie Zgub. No i taki właśnie rozdział mi się wczoraj trafił, wzruszający i smutnawy, choć pouczający. Ale tak mnie to rozkleiło, że łzy mi po policzkach spływały, głosu z gardła wydobyć nie mogłam i rozdziału nie skończyłam.

Spec od PiaRu

W niedzielę ktoś czytał wpisy sprzed lat, sprzed dwóch epok 😉 można rzec 😉 I ja do nich wróciłam i po raz kolejny stwierdziłam, że kiedyś miałam inny styl pisania, bardziej „poetycki”, a teraz to tylko sprawozdawczość uprawiam.

Na morsowanie już nie pojadę. Mąż mi tam zrobił taką „reklamę”. Stwierdził, że ja nie nadaje się do pieczenia ciast (bo ostatnio tego nie robię, chociaż kiedyś piekłam) i już lepiej gdyby On upiekł ciasta na morsowy WOŚP. Mąż nie dostrzega niestosowności i nie rozumie krytyki usłyszanej od młodej dziewczyny, że jak może w ten sposób mówić o żonie.

Z tego powodu nawet nie odczuwam dyskomfortu z powodu snu, który mnie w tym tygodniu nawiedził. Śniło mi się, że wróciłam do pracy, a tam okazało się, że zostałam przeniesiona do miejsca, w którym biblioteka mieściła się poprzednio. (Lubiłam to pomieszczenie, mieściło się na drugim piętrze, miało filary i okno dachowe, było dużo lepsze niż to obecne). W tym samym śnie pojawił się też Greg. W końcu to On dopełniał moje życie w owym czasie.

W pierwszej chwili po obudzeniu pomyślałam, że to tak nie fair… Ale potem Mężu opowiedział sytuację z morsowania i niesmak minął. O ile ja nie odpowiadam za aktywność mózgu w czasie REM, o tyle mój Mąż powinien mieć chociaż odrobinę taktu i nie mówić źle o żonie wśród obcych ludzi.

W końcu wybrałam się do fryzjera. Zmiana dość radykalna 😉 teraz jeszcze tylko kolor odświeżyć i jak to stwierdziła znajoma z pracy: „a masz rację, z nowym rokiem nowym krokiem” 😉

Był i się zmył

Tak właśnie przyszedł i odszedł 2021 rok. Przeleciał galopem przez 12 miesięcy. Niby szybko, a jednak tak niepostrzeżenie względem tego, co zapamiętam. Trochę frustracji i zmęczenia psychicznego. Trochę radości i dostrzegania małych rzeczy. Bo właśnie z małych rzeczy miniony rok był złożony. Najważniejsze, że mimo tego, że globalnie to był trudny czas, to nam osobiście nie przyniósł nic złego. Oby ten nowy nie był więc gorszy to już będzie OK.

pożyczone od Niestatystycznego

Ubawiła mnie ta grafika 😀 Żebym ja się tylko nie zagalopowała bo ja przecież nigdy postanowień noworocznych nie robię.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij