Koniec tygodnia

Tydzień szczęśliwie dobiegł końca. Jestem bardzo zmęczona. I cieszę się na weekend jak dziecko. Przykro się jednak robi gdy rządzący grzmią, że kobiety będą winne ilości zachorowań. Wczoraj już nawet pomyślałam, że specjalnie przepchnęli te zmiany przez TK żeby protest rozlał się po kraju, a oni mogli na kogoś zrzucić odpowiedzialność za swoją nieudolność, przepełnione i nieprzygotowane szpitale do walki z drugą falą… Przykre gdy minister opluwa sobie podległych już strasząc rektorów i mówiąc, że młodzi ludzie na protestach to nie rozumieją o co chodzi, tylko przyszli bo nauczyciele im kazali. A nauczycielom wciąż wytyka strajk sprzed 1,5 roku, którego skutki to według jego słów chyba jeszcze przez 20 lat będą odczuwalne. Brak słów, po prostu brak słów. Tymczasem wciąż łatamy każdą dziurę zakrywając je nogami, rękami i nosem. U nas otarliśmy się już dziś o katastrofę kadrową gdy kolejna osoba na L4. Tymczasem dystans społeczny w zerówce wygląda tak: założyłam dziś dość długie korale i gdy tylko weszłam do sali to połowa dziewczynek uczepiła mi się ich, dotykając i próbując się bawić; wczoraj gdy siedziały na macie, a ja im czytałam to jedno dziecko zaczęło dotykać mojego buta (bo ładny podobno); jak mają chustkę której nie umieją zawiązać to trzeba pomóc przy wyjściu na spacer, poodkręcać wszystkie musy, odkleić wieczka jogurtów, a ilości wetkniętych rączek figurek lego nie zliczę… kiedyś nie zwracaliśmy na to uwagi, ale teraz przecież nie powinniśmy nawet ołówka sobie pożyczyć bo takie są procedury bezpieczeństwa… więc jak przychodzi w końcu piątek to z przyjemnością zamykam się w swojej bańce nie zatrzymując zbyt długo wzroku na kolejnym dobowym rekordzie. A po drodze do domu wypatruję pięknej strony jesieni, tych czerwieni i żółcieni podbitych dodatkowo promieniami słońca. I nawet tęczę udało mi się wczoraj wypatrzeć (chociaż może powinnam zasłonić przed nią oczy), pewnie ostatnią w tym roku. Nie robię dziś nic, odpoczywam.

Mamo, dlaczego tak bolało?

Wczoraj przy kolacji Juniorka zadała pytanie: „Mamo, dlaczego wyrywanie ząbków tak bolało?”. Ona ma na tyle szczęścia, że nigdy nawet porządnie kolana nie starła i doświadczenie odczuwania bólu ma małe. Uprzedzałam ją, że może zaboleć, ale to też nie obrazowało skali. Że boli widziałam, patrząc na cieknące łzy i słuchając płaczu. Serce matki też cierpiało bo rodzic swojemu dziecku nawet najmniejszego bólu zawsze chce oszczędzić. To tylko „głupie” mleczaki, bolało chwilę i przeszło, może następne łaskawie wypadną same i długo podobne doświadczenie nie będzie musiało stać się jej udziałem. Ale słysząc to pytanie to przyszli mi na myśl rodzice dzieci z nowotworami, z ciężkimi schorzeniami. Ile razy podobne pytania zadają dzieci, które wielokrotnie przechodzą przeróżne bolesne zabiegi, badania. Co ci biedni rodzice, tym okrutnie doświadczanym przez los dzieciom wtedy odpowiadają… Skąd jedni i drudzy czerpią siłę by non stop mierzyć się z bólem?

Uf

Tak sobie po cichu, delikatnie odetchnę bo chociaż w sprawach domowych trochę lepiej. Mama zaczyna wracać do formy. Juniorkowe mleczaki usunięte. Nie obyło się bez płaczu i przy znieczulaniu i przy wyrywaniu. Ale i tak była dzielna, w końcu to pierwsze takie drastyczne doświadczenie i od razu dwa ząbki. Pani doktor jednak sympatię Juniorki zdobyła bo gdy wychodziłyśmy to jednak chciała Pani pomachać. Nagrodowe gadżety już zamówione. A ząbki pod poduszką czekają na wróżkę. Co prawda nie chciałam się dać w to wkręcać, ale skoro dentyści dzieciom o Zębuszce mówią to już niech przyjdzie 😉

Na skraju

Chciałabym w końcu napisać coś ot tak, jak kiedyś, trochę o niczym, a przede wszystkim pozytywniej. Ale to znowu nie dziś. Sytuacja w pracy wygląda coraz gorzej. Ze względu na zdalne liczba pracowników mocno ograniczona. Tymczasem kolejne panie od klas młodszych zaczynają chorować. Mnie jutro przyjdzie iść na zajęcia w grupie Juniorki (w czwartek i piątek najprawdopodobniej też). Na co Juniorka się buntuje, upierając się, że nie chce jutro iść do szkoły. I może bym ją nawet zostawiła w domu gdyby tylko miała z kim zostać. Może to jednak był błąd by chodziła do szkoły, w której pracuję? Moja Mama nadal nie funkcjonuje normalnie. W pracy jak zabraknie jeszcze jednej osoby to chyba sam Dyro będzie musiał wyjść zza biurka bo świetlica i ja nie ogarniemy więcej. A jutro jeszcze będziemy próbowali się wcisnąć na wizytę do polecanej dentystki bo mleczaki dalej nie myślą o wypadnięciu. Oby do końca tygodnia…

Ciągnę dalej

Mamę dopadła migrena z tych cięższych więc nie ma poprawy. Leży bo inaczej zawroty i ból głowy, mdłości, światłowstręt nie dają funkcjonować. Zrobiłam jej rano śniadanie i musiała zostać sama w domu. Mężu ma zasiewy. Ja do pracy. Mamy wakacje (które tak nam wszyscy wyrzekają) więc nie przysługuje nam już żaden urlop zwykły ani na żądanie. Przez 10 miesięcy mamy tylko nadzieję, że nie wydarzy się nic, przez co potrzebny by nam był dodatkowy dzień wolny. Czuję się niespokojna i ten niepokój będę odczuwać do 15 bo tak mniej więcej wrócę do domu. Oby jutro już było lepiej. W związku z tym, że jednej koleżanki nie ma to ja częściowo zostałam przesunięta do innych działań. Nie skarżę się tu na formę pracy, tylko mimo wszystko czuję pewną obawę przy długim kontakcie z dziećmi. Nie ukrywajmy, że w pracy z młodszymi to zachowanie dystansu pozostaje tylko procedurą z dokumentacji. A ja nie mogę przynieść do domu niczego co by mogło zagrozić mojej Mamie.

Złudzenie

XXI wiek więc powinno być równouprawnienie, dialog, zrozumienie, wsparcie, pomoc, współdziałanie i co tam jeszcze komu potrzeba, bo to w końcu przecież jest XXI wiek… Ale jak się zastanowić to jednak mam wrażenie, że nam się to wszystko tylko wydaje. I jest jak jest, a różnica polega tylko na tym, że w przeciwieństwie do naszych babć mamy do dyspozycji zdobycze techniki dla ułatwienia codzienności. Mamy ten swój XXI wiek i dalej naginamy się do rzeczywistości, tylko pod innymi kwestiami. Czy pokolenie mojej córki osiągnie właściwy balans? Szczerze, to wątpię… Ramy schematów nadal są sztywne. Też je niestety odczuwam i nie mam siły złamać… więc wzorców brak.

I jeszcze

Miało być dziś o książce z sierpniowego konkursu. Na luzie więc i w neutralnym temacie, taka odskocznia. Ale nie będzie bo i wybić się nie ma od czego. Bo jak to już dawno temu klasycy po murach sprayem bazgrali, life is brutal. Mamę po iluś dniach z bólami głowy w końcu migrena położyła do łóżka. Ze dwa, trzy dni poleży na pewno, nim organizm da jako tako funkcjonować. To zawsze i we mnie stres wywołuje. Rano okazało się, że zdechła ulubiona molinezja Juniorki, Plamka. Ciężko patrzeć na dziecięce łzy, bo dla niej to nie tylko jedna z rybek, ona straciła coś co było dla niej ważne. Planowanej na przyszły rok zdjęciowej prezentacji rzepaku nie będzie. Mężu jednak musiał go zaorać, bo nic by z niego nie było. Straty finansowe są i to całkiem spore, ale przynajmniej teraz pola ponownie zostaną zagospodarowane. A ze zmiany czasu to się nawet cieszę. Dodatkowa godzina w domu przyda się na szukanie sposobów by dalej pchać, a może ciągnąć ten wózek. Pod górkę chyba lepiej ciągnąć niż pchać…

Przeżuta i wypluta

Liczba chorych już nawet nie budzi zdenerwowania. Jest po prostu tak przytłaczająca, że odbiera słowa. Oburzenie to budzą śmiejące się minki pod komunikatami MZ czy artykułami o zakażeniach. Zastanawiam sie kiedy ci ludzie przestaną śmiać się z czyjejś choroby, a nawet śmierci. U nas wirus już w rodzinie. Szwagierka z wynikiem pozytywnym 😦 Syn kuzyna czeka na wynik testu. A dostanie się na badanie to też na siły zdrowych, a nie chorych, te kilkugodzinne kolejki pod chmurką… Koleżanka z pracy nie może się doprosić skierowania na test mimo, że ma objawy i siostrę z potwierdzonym zakażeniem(!??!). Sprzątaczka na kwarantannie bo jej córka ma wirusa. Rodzice naszych uczniów też już pozytywni… Tak się kończy eksperyment pod hasłem: „w klasie to jak w rodzinie więc jakakolwiek ochrona nie jest konieczna”. Ja w każdym razie w pracy maseczkę zdejmuję już tylko wtedy gdy jestem sama i u siebie. Psychicznie nie jest mi łatwo ogarniać to wszystko. Powtarzam sobie, że nam się uda… ale ja z natury pesymistka więc po nocach spać nie mogę bojąc się o zdrowie Mamy, Męża, Juniorki i swoje… Mamie to już nawet o wszystkich przypadkach jakie znam osobiście nie mówię bo nie chce by się denerwowała, że przyniosę coś do domu. I tylko na wadze znów poniżej 60kg, tylko z drugiej strony cieszyć się to też nie bardzo jest z czego bo to znaczy, że stres dosłownie mnie zżera bo na żadnej diecie nie jestem. Teraz weekend, odetchnę może trochę by nabrać sił na kolejny tydzień.

I jeszcze ten wyrok TK czy tego czym jest, bo na pewno nie Trybunałem Konstytucyjnym. Pamiętam jak zaczęłam oglądać Opowieść Podręcznej, niby wydawało mi się to absurdalne, ale już wtedy miałam wrażenie, że to wcale nie jest tak nierealne w realizacji… Dlatego w pewnym momencie przestałam oglądać. Niestety tu wyłączenie telewizora nie jest rozwiązaniem.

Mleczaki

Jedna wizyta u stomatologa za Juniorką. Poza rosnącymi dwiema jedynkami i nadal nieruszającymi się mleczakami to ząbki zdrowe i jak to określiła lekarka, zadbane. Jednak podejście Pani Doktor, mimo że stomatologa dziecięcego średnio mi się podobało. Po pierwsze Juniorka musiała zostać sama w poczekalni w nieznanym sobie miejscu ponieważ najpierw chciano porozmawiać ze mną. I tak w zasadzie to nie mogę zrozumieć po co ta rozmowa na osobności skoro nie było w niej nic, czego nie mogło by usłyszeć dziecko, rozmowa głównie dotyczyła dbania o higienę jamy ustnej. A dziecko tylko bardzo zestresowane weszło w końcu do gabinetu. A tam dwie kosmitki w przydużych fartuchach, maseczkach i czepkach. Nie było też żadnej rozmowy z Juniorką, która mogłaby stres zniwelować. Zęby sprawdzone i polakierowane. Te dwa mleczaki, które nie chcą wypaść do usunięcia na następnej wizycie. Mamy też zrobić (w wyznaczonej innej placówce – takie jakby wzajemne napędzanie sobie klientów…) zdjęcie pantomograficzne. W sumie to też nie bardzo widzę to spokojne stanie itd. w czasie robienia rentgena gdy mnie obok być nie może 😦 Mam też namiary na dwój innych stomatologów dziecięcych, polecanych przez koleżanki i chyba jednak spróbujemy jeszcze z innym bo tutaj Juniorka zdecydowanie nie czuła się pewnie i swobodnie.

Mimo, że usuwanych ząbków dziś nie miała to jednak postanowiliśmy nagrodzić dzielność i pojechaliśmy dokupić rybki. Z Juniorkowej miłości do pand kupiliśmy kiryski panda i ślimaka zebrę więc było całe popołudnie radości z obserwowania nowych mieszkańców.

Stały element (wy)stroju

Sklep na I jest takim sklepem, z którego zawsze wyjdzie się z dodatkowymi zakupami. I choć jestem tam raz na kilka lat to i mnie ten proceder nie jest obcy. W zeszłym roku nabyłam dodatkową suszarkę zawieszaną na kaloryfer. Przez rok użyta była może kilka razy gdy na głównej suszarce zabrakło miejsca lub gdy coś miało szybciej wyschnąć. Teraz zagościła na stałe na łazienkowym kaloryferze. Znalazła się dla niej funkcja idealna. Suszę na niej maseczki, które zostaną pewnie z nami dłużej niż przypuszczaliśmy więc nie ma co się na nie obrażać. Mężu używa jednorazowych bo tak mu wygodniej. My mamy wielorazowe. Oczywiście zdarzały się takie, które nie spełniały moich oczekiwań. Ale w końcu znalazłam takie, które są z podwójnej warstwy 100% bawełny, dobrze wyprofilowane, estetycznie uszyte, mają drucik, a te dziecięce są szyte w dwóch rozmiarach co dla małej buźki Juniorki jest ważne. Mam różne wzory: jednobarwne, w kwiaty, we wzory geometryczne, do wyboru do koloru. Po prostu maseczki stały się elementem stylizacji.