Na zielonej trawce

Trawy Ci u nas dostatek. Chociaż nie ma ona wiele wspólnego z wypielęgnowanym trawnikiem, koszonym co sobotę, po którym można chodzić jak po stole, nawet w części typowo ogrodowej. Nie chcę takiego ideału, wolę naszą naturalną trawę, taką kwietną łączkę. A dzieje się na niej teraz… pachnie i buczy, aż miło. I tak sobie na tej kwietnej łączce spędzamy popołudnia korzystając z wiosennego lata. A pobyt na zielonej trawce sprzyja wyluzowaniu, jest tylko tu i teraz i nic więcej. Chill out trwa praktycznie do kolacji i dopiero wtedy do mózgownicy mogą wkraść się myśli poważniejsze.

Z wielkiej nieśmiałości

Zimno było i zimno więc rzepak nieśmiało dopiero teraz zaczyna rozwijać pierwsze kwiaty. Czekam jednak na pełen rozkwit. Dzisiejszy dzień już zdecydowanie bardziej wiosnę przypomina. Tylko wieje mocno. Ale z drugiej strony… kiedy u nas nie wieje? U nas na „pustych” przestrzeniach pól wieje zawsze, nawet wtedy gdy w miastach rozgrzane do czerwoności powietrze stoi niczym gęsta zawiesina, to u nas zawsze jakiś zefirek się znajdzie. Korzystając zatem z dobrodziejstw pogody zrobiłam trochę ukwieconych zdjęć, które później pokażę i z przyjemnością spędziłam dzień na świeżym powietrzu, chociaż bluzy jeszcze zdjąć się nie dało. Juniorka próbuje opanować sztukę poruszania się na rolkach. Na razie najlepszy komentarz to: „aaaaaaaaaaaaaaaa!”

Bezludna wyspa

Internet zapytał co ostatnio kupiłam w kontekście przydatności do przetrwania. Ostatnio kupiłam wkłady filtracyjne do akwarium i pistolet z klejem na gorąco. Może zatem nie byłoby tak źle… gąbeczka posłużyłaby do mycia, a jakbym znalazła źródło zasilania to przy pomocy klejarki coś by się zbudowało. Nie tak dawno, już nie pamiętam a propos czego, rozmawialiśmy z Mężem o bezludnej wyspie. Teraz ciągle się podkreśla, że człowiek to taka społeczna istota i jak źle odbija się na nim konieczność dystansowania. No cóż, ja nie jestem tego przykładem, może jedynie jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę. W trakcie naszej rozmowy stwierdziłam, że jedynym problem w pobycie na bezludnej wyspie byłby dla mnie brak umiejętności zdobycia pożywienia, bo owoców nie lubię i praktycznie nie jadam. Mniejsza, o to, że z głodu to nie tylko każdy owoc by smakował, a każdy robaczek też. Chodzi o to, że obecność drugiego człowieka nie jest dla mnie konieczna. Oczywiście, że utrzymuję jakieś relacje, ale z powodzeniem mogą one wyglądać inaczej niż powszechnie. Jak zaczęła się pandemia założyłam grupę na Messengerze z moimi dziewczynami i tak sobie piszemy od czasu do czasu, nie widziałam się z nimi jakieś 1,5 roku i nie odczuwam z tego powodu dyskomfortu. Dość regularnie rozmawiam przez telefon z koleżanką z pracy, ale nie widziałyśmy się 3 lata, odkąd przeszła na emeryturę. W pracy pogadam o pogodzie, ale większość dnia spędzam sama. Nawet w domu potrafię nie odzywać się godzinami. No taka już jestem i już. Moja „wyspa” jest prawie bezludna i dobrze mi z tym. Tylko ten wciąż powtarzany przymus bycia aktywnym społecznie sprawia, że myślę, że zły przykład daję Juniorce.

Astra #2

whitesession/pixabay

No to już. Mija 18 godzin od podania drugiej dawki Astry. W porównaniu z pierwszą to teraz jest rewelacyjnie. Jestem w pracy, a nie leżę w łóżku. Ręka boli tylko trochę, wtedy nie szło nią ruszyć. Z rzadka przejdzie mnie jakiś dreszcz, ale temperatury nawet nie mierzę. Dla odmiany to wstrzykiwanie szczepionki tym razem bolało, a wtedy nie… Za 2 tygodnie będę miała wytworzoną ostateczną liczbę przeciwciał i osiągnę ochronę jaką daje szczepionka. Dziś drugą dawkę Pfizera ma moja Mama. Mężu w przyszłym tygodniu będzie po pierwszej. A Juniorka, która nie cierpi szczepień i ogromnie się cieszyła, że dzieci nie będą szczepione mówi wczoraj tak: że jak już będzie szczepionka dla dzieci to ona chce mieć pierwszy, drugi albo trzeci numer na liście oczekujących bo też chce mieć ochronę.

Odmaseczkowani

Jestem w pracy. Idę korytarzem. Nie takim pustym jak teraz, tylko takim gdzie panuje tłok i chaos jak to było dawniej. Nikt nie ma maseczki. Ja też nie mam. Z każdym krokiem w mojej głowie powiększa się znak zapytania: czy zapomniałam założyć maskę czy to już jest normalność?? Oczy ze zdziwienia zrobiły mi się tak wielkie, że aż się otworzyły i się obudziłam 😉

Opowieść o dniu wczorajszym

Padało długo, pewnie z 18 godzin. Lało, wiało, a nawet śniegiem pomiędzy kroplami deszczu sypnęło. Przypomniała mi się piosenka Edyty Bartosiewicz. I chociaż zawsze kojarzyła mi się z innym deszczem, takim ciepłym i pachnącym, to jednak na wczorajszy dzień też mi pasowała bo w tych strugach lejących się z nieba było miło i rodzinnie.

A dziś… mimo, że wiatr przegonił deszczowe chmury, to już nie jest tak jak było wczoraj.

Skandynawka

Internety co i rusz podrzucają różne quizy i testy. Ostatnio na moją ukrytą narodowość. I wyszło, że jestem:

No cóż, jak się tak zastanowię to… czemu nie. Nie raz uroda Finów wpadała mi w oko. Norweskimi Lofotami zachwyciłam się już dzięki samej wyobraźni czytając „Hardą” i „Królową”, ich opis tam jest równie piękny jak zdjęcia, które później oglądałam. A Szwecja? No cóż, że ze Szwecji 😉 też może być 😉 Jedno jest pewne: swoim introwertycznym usposobieniem dobrze wpasowuję się w chłodną skandynawską mentalność. Problem jest tylko jeden, nie znoszę zimnej pogody, brr!

Lofoty, trondmyhre4/pixabay

Tymczasem dziś mam wrażenie, że mieszkam w Anglii. Pada od samego rana i końca nie widać. Całe wyjście na dwór zakończymy na przejściu z domu do garażu i z parkingu do sklepu. Akwarystyczny dziś otwarty więc jedziemy po rybki danio i ślimaka. Juniorka już nie odpuści, nawet w ulewę. A jakby komuś wyszło, że tą ukrytą narodowość też ma polską i chciałby doświadczyć wiejskiej sielanki to proszę, obok cienia można kupić dom 😀 w sumie to mam nadzieję, że zamieszka tu jakaś fajna rodzinka z dziećmi w podobnym do Juniorkowego wieku…

Święto Pracy

Mówienie o święcie pracy przypadającym w sobotę jest równoznaczne z określeniem, że sobota jest dniem wolnym (przecież w sobotę zazwyczaj najwięcej jest do zrobienia). I ta sobota będąca świętem pracy od normy nie odbiega. 3 prania, podmiana wody w akwarium, uprzątnięcie łazienki na górze, prasowanie Juniorkowych ubrań, odkurzanie i mycie podłóg i zmiana pościeli. Jako, że mnie jest zawsze zimno, a Mężowi zawsze ciepło pogodzenie się względem przykrywania jedną kołdrą graniczyło z cudem. Kilka lat temu kupiliśmy sobie 2 kołdry i jest super, ja szczęśliwa i przykryta po szyję, Mąż odkryty. Mniej znaczącym, ale pojawiającym się problemem był też kolor pościeli. „Tylko nie kupuj zbyt różowej”. No to ostatnio kupiłam wersję dla dziewczynki i dla chłopca 😉 Wzór ten sam tylko kolory różne.

Ale jak już się wyśpię pod nowiutką i pachnącą pościelą to w następne dwa dni skupię się na świętowaniu nic nie robienia 😉

Przegląd tygodnia

Tydzień ciut szalony i minął w szalonym tempie. Już poniedziałek zaczął z grubej rury. I chociaż wychodząc z pracy sądziłam, że panowałam nad wydatkiem energetycznym to wraz z obniżaniem się poziomu adrenaliny rosło uczucie zmęczenia. We wtorek Mężu zapisał się na szczepienie, nie będzie musiał długo czekać, no i dostanie Pfizera. Trochę żałuję, że nie poczekałam na rejestrację swojego rocznika. Środa to 5cio godzinne szkolenie on-line, ważne sprawy, ale skupienie przed monitorem osłabło po 3 godzinach. Wiele rzeczy będę musiała ogarnąć samodzielnie. Potem urodziny Juniorki. O rany Julek, to już 7 lat! Czwartek i piątek to takie trochę śmieszne dni, w pracy a jakby nie w pracy 😉 Wczoraj gdy szłyśmy do samochodu padał deszcz, ale ten deszcz pachniał już wiosną. Czekałam na taki zapach unoszący się w powietrzu. Dziś już jednak tak nie było.

Przed nami majowy weekend, na który zapowiadają około 30 stopni. W sobotę 11, w niedzielę 10 i w poniedziałek też 10. Kocyk przygotowany, zakupiona nowa herbata wiśniowo – migdałowa, okien jednak myć nie będę.