Animal Planet

Piękna dostojka z ostatniego filmiku to już ostatnie stadium rozwoju. Ale przecież są ich cztery. Kilka dni po nagraniu dostojki niespodziewanie (prawie psu na głowę) na pożółkniętym listku spadła z brzozy gąsienica. Sądząc po kolorze i tym kolcu to stadium rozwojowe fruczaka gołąbka, którego ze względu na sposób pobierania pokarmu nazywa się polskim kolibrem. To żółte coś, to końcówka psiej zabawki. A po wejściu na liść stworzonko zostało odniesione w bezpieczne miejsce.

Ale to nie koniec naszego prywatnego Animal Planet. Przed drzwiami do domu któregoś ranka znowu leżał jeż. Ten miał więcej szczęście i Ayla go nie zamęczyła, jak poprzedniego, którego nie wiadomo jakim cudem, nosiła w pysku. Znaleźliśmy też dwa gniazda os. Jedno w budynku gospodarczym, w którym trzymamy rowery, drugie w rozsiewniku. I trzeba coś sensownego z tym fantem zrobić, bo gniazdo w pobliżu wejścia, gdzie Juniorka wchodzi sama jest dość niebezpieczne. Wczoraj widziałam po raz pierwszy w życiu dzięcioła na żywo. Mamy koło domu jeden taki stary drewniany słup energetyczny i doktor dzięcioł zaczął do niego przylatywać. Z tym fantem (słupa, który za chwilę może też zacząć stwarzać zagrożenie bo pewnie jest spróchniały do cna i zamieszkały przez „robactwo”) też trzeba będzie coś zrobić. A Mężu przed kombajnem małe sarenki przeganiał… I tak to u nas się żyje 😉

Sól morska

Pierwszy post z zapowiadanej listy. Chociaż Myszka, chyba będzie trochę zaskoczona 😉

Sól kojarzy mi się głównie z dwoma rzeczami. Przede wszystkim jako przyprawa do wytrawnych potraw. Nawet taka kanapeczka z mozzarellą, pomidorem i szczypiorkiem, która króluje wśród moich letnich śniadań, dobrze smakuje ze szczyptą soli. Druga rzecz to oczywiście sól do kąpieli, dla zmęczonych całodziennych chodzeniem stópek. Na ostatnich zakupach Mężu włożył do koszyka coś innego z dodatkiem soli

i chociaż nie znoszę połączenia słonego czy wytrawnego ze słodkim (żadne schabiki ze śliwką itp. przez gardło mi nie przechodzą) to ten mariaż zaskoczył mnie dość pozytywnie. Grudki soli wyczuwalne, ale nie kłócą się z niezbyt jednak słodką czekoladą w tej zawartości kakao. Polecam. Smacznego 🙂

1 sierpnia 2021

Data dziś znamienna więc nie przystają do niej błahe tematy. Jutro będzie o soli morskiej, pojutrze o gąsienicy fruczaka gołąbka (tu filmik trzeba przygotować, a jazgocząca dziś żmijka do zboża przeszkadza w skupieniu). Dziś tylko udostępnię tekst Pawła Lęckiego, który wczoraj przeczytałam, a który cały czas we mnie pobrzmiewa smutnymi nutami o „nas”… A tekst był dołączony do innej informacji. Informacji o 10 Marszu Pamięci rozpoczęcia w gettcie tzw. akcji likwidacyjnej. Każda edycja poświęcona jest innym bohaterom getta, w tym roku byli to nauczyciele. Ministerstwo Edukacji żadnej wzmianki o tym wydarzeniu nie zamieściło. Tamci nauczyciele, tacy jak Korczak się nie liczą…?

https://www.facebook.com/plugins/post.php?href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fpawel.lecki79%2Fposts%2F1573354016389992&show_text=true&width=500″ width=”500″ height=”291″ style=”border:none;overflow:hidden” scrolling=”no” frameborder=”0″ allowfullscreen=”true” allow=”autoplay; clipboard-write; encrypted-media; picture-in-picture; web-share”>

Od przybytku

…głowa boli 😉 Pomysłów na tematy kilka. Może o morskiej soli? O ostatnio przeczytanej książce? Tu mogę aż dwa wpisy popełnić. A może o gąsienicy polskiego kolibra? Ale, że z żołądkiem wypełnionym po brzegi cukiniowymi placuszkami ciężko się myśli i decyduje to może głosowanie w sprawie tematu zrobić? 😉

A tak w ogóle to już za chwilę, już za momencik pod pięćdziesiątym pierwszym żniwa ruszą pełną parą więc najlepiej nie rzucać się w oczy 😉

Nowe życie

Gdy miałam naście lat baardzo chciałam nosić okulary. No i w końcu minimalną korekcję do bliży mi założyli. Była tak znikoma, że zdarzało mi się nosić je „normalnie”. Potem o tym zapomniałam, potrzeby czytania w okularach nie odczuwałam. Okulary przeciwsłoneczne, które nosiłam bardzo często wystarczały. Wiek i zapewne niebieskie światło ekranów zrobiły swoje. Właśnie zaczynam życie z podwójną parą okularów, do dali i do bliży. Znając siebie to pewnie prędzej czy później to „mieszanie” okularami zacznie mnie irytować i pomyślę jak to było fajnie bez… Posiadanie jednej pary do wszystkiego jest takie bezproblemowe. Mogłam wybrać progresywne… ale, jak to ja, pomyliłam jak to jest z ustawianiem głowy i oczu, a przecież progresy, dla mnie spuszczającej głowę na schodach, by były idealne. Szkła kontaktowe nie wchodzą w grę. Mogłabym jeszcze za radą okulisty zmienić zawód i zostać drwalem…, a wtedy swojej wady nie odczuwałabym wcale. Ale jak sam okulista zaznaczył, przy tym tempie wycinki za 2 lata może już nie być czego ciąć. No to mam dwie pary okularów i tą samą pracę co miesiąc temu. Mąż na pytanie o nowe oprawki odparł: „wyglądasz mniej belfersko”. No masz. A przecież jak wybierałam poprzednie oprawki to powiedział, że w nich najlepiej…

Odcienie

Noc była dziwna. Ciepła, ale nie tak gorąca jak to bywało wcześniej. W każdym razie nam obojgu źle się spało.

Jako, że nic nie jest jednobarwne tak i te wyczekiwane wakacje też mają swoje ciemne strony. Dzieci w pobliżu jak na lekarstwo więc z każdym dniem Juniorce bardziej dokucza nuda i samotność. A mnie w związku z tym przygniata ciężar błędów rodzicielskich.

Mężu chodzi naburmuszony. I nie wiem czy to wynik Juniorkowych próśb o sprowadzenie do domu jamnika? Czy efekt kopania na obiad ziemniaków w zielsku bo nikt ich nie dopilnował? Czy może to tylko przedżniwne napięcie?

W ciągu kilku chwil potrafi dziś zacząć padać. I tak samo łatwo lecą mi dziś łzy. Oby tylko wielkie grzmoty, wyładowania i nawałnice przeszły bokiem.

Piękno

Dostojka latonia mi się dziś zaprezentował/a

"Otulona trzepotem ich skrzydeł,
wachlowana czułością twych rzęs,
zniewolona kochania bezwstydem,
odnajduję... ulotności sens...

Zmysłowością przecudnych motyli,
których bytność tak krótko trwa,
czarem niedopowiedzianej chwili,
wpadnę w otchłań - własnego ja...

I zrozumiem jak piękne jest życie,
jedwabiste szczęściem jak mgła...

Nim się całkiem rozpłynę w niebycie,
złapię chwilę jak motyl...

Jak ćma..."

J. Idzikowska - Kęsik

Kapuśniak

Nie myślę. A tyle mi się śni. Lubię sny, ale nie jestem do takiej ilości przyzwyczajona. Czuję się więc przytłoczona, a nawet dziwnie niespokojna.

Siąpi deszcz. Siedzimy w domu. Skakanki leżą przy drzwiach.

Już ostatni tydzień lipca, a mnie wciąż nie opuszcza „twórcza” niemoc. Tylko niepotrzebne maile znowu mam ochotę pisać i wysyłać je za kurtynę czasu.

Wędrówka

Tak jak zapowiedziałam we wpisie przed wyjazdem: gapiłam się na dziury w niebie i widok przede mną i nie było mi na to szkoda czasu. A widok, szczególnie popołudniami, był taki,

miejscówka odwiedzana od 10 lat, a nadal po wędrówce z przyjemnością siada się na ławeczce, z kubkiem kawy i po prostu patrzy przed siebie. Zdjęć w tym roku zrobiłam mało więc filmik będzie ubogi. Uwaga skupiała się głównie na widoku niż jego uchwyceniu, z drugiej strony by uchwycić przestrzeń, która przy dobrej pogodzie „otwiera” się w górach to trzeba mieć dobry sprzęt. Najwięcej zdjęć ma Juniorka, dla której to były pierwsze wędrówki w Tatrach, więc należało je uwiecznić. Kupiliśmy jej książeczkę GOT PTTK , w której zapisuje się szlaki i wstawia pamiątkowe pieczątki dostępne w kasach na wejściach do Tatrzańskiego Parku, dla dziecka to zabawa i motywacja. Przewędrowaliśmy w górach 45 km, może mało, ale ja jestem zadowolona i dumna, że Juniorka dawała radę (ma w sumie możliwości, im większe kamienie tym lepiej szło jej się pod górę), doliną poszliśmy tylko raz i to kawałek bo po drodze jednak zmieniliśmy zdanie i skręciliśmy na szklak wiodący w górę. Wysmarowani codziennie solidną dawką kremu do opalania, żeby oprócz zakwasów innych bóli nie było 😉 Na szlaku obowiązkowa czekolada na wzmocnienie (co bardzo przypadło Juniorce do gustu). Wszystko na luzie i we własnym tempie według naszych możliwości. A obiady potem to podwójnie smakowały 😉 mimo, że kuchnia w kościeliskiej karczmie i bez tego pyszna. Pogoda sprzyjała, buty się sprawdzały („podziwiam” sandałowców, którzy ciągle się na szlakach pojawiają), pamiątki te góralskie i mniej góralskie 😉 też przywiezione. Tylko do jazdy polskimi autostradami trzeba mieć duuuuużo cierpliwości 😉 Ale po odcięciu od mediów, wyluzowaniu i skupieniu na tym, co w życiu ważne to i jej nie brakuje 🙂

Żółty beret

Victoria_Borodinova/pixabay

„Wszystko płynie, wszystko się zmienia, raz jest spokojnie, raz wcale, ale nigdy tak samo – odparł filozoficznie żółty beret, którego Tata małej Be nie chciał nosić, bo wyglądał w nim… mało przystojnie. … Mama natomiast uważała, że żonaty mężczyzna nie musi być bardzo przystojny i że żółty beret jest tu jak najbardziej na miejscu.” Przeczytałam wczoraj w jednym z rozdziałów „Nowych przygód skarpetek”. I zaraz pomyślałam czy istnieje może korelacja między żółtym męskim beretem, a słowami które przeczytałam wcześniej, a które były kierowane do żeńskiej części odbiorców Radia Tadeusza głoszące, że: trudny małżonek jest darem Bożym i wyróżnieniem, skoro siła wyższa uznała, że tylko ona (ta właśnie wyróżniona żona) da sobie z owym trudnym egzemplarzem radę… Ale szybo tą myśl porzuciłam ponieważ skojarzenie do takiego wyróżnienia powoduje jeżenie się wszystkich włosków na moim ciele, a dzień… dzień był trudny.

Bo żółty beret, który w koszu na brudną bieliznę wdał się w filozoficzną dysputę z zieloną skarpetą miał rację. Wszystko się zmienia, raz jest spokojnie, raz wcale. Rzeczywistość szybko sprowadziła powyjazdowy świat na ziemię. Babcia dostała silnej migreny, a dodatkowo coś jej przeskoczyło w kręgosłupie. Mnie wczoraj do parteru sprowadziły kobiece dolegliwości też w wersji ekstremalnej. Całe szczęście dziś już mamy się lepiej, zgodnie ze słowami beretu – spokojnie też będzie.