Psi smuteczek

U suni to nie nowotwór, ale dobrze też nie jest. Weterynarz we wtorek założył szwy tymczasowo ratujące sytuację. Codziennie aplikujemy zastrzyki. Szwy jednak średnio się spisują bo codziennie wypadające tkanki trzeba odprowadzać do wewnątrz. Co budzi niepokój bo jak szwy nie spełnią swojej roli to konieczna będzie natychmiastowa operacja, która w tej fazie cyklu u suki jest obarczona bardzo dużym ryzykiem wykrwawienia i nasz wet nawet się teraz tego nie podejmie, trzeba by szukać gdzie indziej. Jak szwy wytrzymają to operacja i tak będzie konieczna, ale za 3 miesiące można ją przeprowadzić dużo bezpieczniej bo ryzyko krwotoku zmaleje. No ale musimy te 3 miesiące przetrwać…

A pies, no cóż, owładnięty feromonami żyje tylko miłością i jak już bywało wcześniej przestał jeść. Tylko pilnuje swojej pani, piszczy i obmyśla sposób jak się do niej przedostać, co jest absolutnie zabronione.

Rozbita

Nawet nie umiem napisać jak się czuję. To taka mieszanka emocji, że trudno tą główną wyodrębnić. Nosi mnie, a z drugiej strony nie mam siły się podnieść. Napiłabym się czegoś mocniejszego, ale po co… W dużej mierze czuję psychiczne zmęczenie skumulowane z różnych sytuacji i wielu miesięcy. Udowodnienie swoich racji stwierdzeniem: „a nie mówiłam!!!” nie przynosi ulgi. Trudne popołudnie.

Niech ten rok już się skończy

Juniorka smarcze i kaszle. Na szczęście temperatura w normie. Ale jutro i tak będę dzwonić do przychodni bo wolę zostać w domu i jej przypilnować. Zresztą moja obecność w domu i z innego względu może być potrzebna. Wypadł (dosłownie) problem z sunią. Powinna właśnie wchodzić w ruję więc nawet nie wypuszczamy jej razem z psem. A tu dziś rano okazuje się, że sporych rozmiarów kulka wystaje jej z pochwy. Telefon do weterynarza, wysyłanie zdjęć i wetka mówi, że to może być wypadnięta macica. Ale po konsultacji ze swoim szefem wetka dzwoni jeszcze raz i mówi, że to nie macica to guz. Kazali dziś wysmarować guz wazeliną lub oliwką dla dzieci. Jutro mamy odebrać zastrzyk (Mężu potrafi podać zwierzakom takie rzeczy). A we wtorek mamy psinę zawieść na zabieg. Jeżeli potwierdzi się, że to ten guz, o którym mówił szef przychodni weterynaryjnej to jest to sprawa nowotworowa. Nie będę panikować dopóki wet tego nie zobaczy na własne oczy, ale martwić się będę. To młody pies, ma tylko rok i 8 miesięcy i na ten moment nie widać cierpienia więc może to działa na jej korzyść… z drugiej strony już guz… No nic, czekamy najpierw do wtorku, a potem dalej 😦

Sięgnąć gwiazd

Sztuka sięgania gwiazd Chiary Parenti. Jak głosi napis na okładce: „Najbardziej inspirująca książka roku”. Z tyłu znajduje się też porada: „przeczytaj, zrób własną listę i zacznij żyć od nowa każdego dnia”. Przeczytałam, a jakże. To całkiem dobra powieść obyczajowa, bohaterką jest Sole, która po śmierci przyjaciółki zaczyna realizować pewien projekt. Listy lęków do pokonania nie będę jednak robić. Nie dlatego czytam takie książki. Może dla niektórych one są motywatorem, dla mnie nie. Czytam książki o takiej tematyce by poczuć, że nie jestem sama w walce ze strachami codzienności. Autorka książki pisze, że sama taka była/jest, bojąca się wszystkiego, nawet tego co dla innych jest „bułką z masłem”, o czym nawet nie pomyślą, że można się tego bać. Ja też całe życie boję się rzeczy prostych. To jest takie niezrozumiałe dla innych więc się o tym nie mówi by nie narazić się na śmieszność. I tak wystarczy, że sama czuję się z tym czasami jak nienormalna. Gdy zaczęłam jeździć do szkoły średniej to gdy był tłok to całą drogę bałam się, że nie przedostanę się do drzwi, że nie zdążę wysiąść. I strachu nie zmniejszało to, że udało się raz, drugi, tysięczny… myśl o tej obawie pewnie by mi przemknął przez głowę i dziś… dlatego spisanie listy i zrobienie czegoś raz nie eliminuje lęku. Boję się wysokości więc pierwszy raz w góry pojechałam mając 31 lat i najwyżej to pewnie byłam na Nosalu, do Doliny Pięciu Stawów nie dotarłam, nie dałam rady, chociaż było już blisko. Boję się schodów ruchomych więc ich unikam, tylko w Perugii nie było alternatywy i musiałam nimi zjechać. Do żadnego innego miasta nie pojechałam sama. Raz tylko sama wsiadłam do autobusu i pojechałam 100 km dalej, ale tam na przystanku czekał Ktoś. Gdy mam coś załatwić telefonicznie to muszę się mentalnie przygotować, już wolę iść osobiście. Wczoraj tuż przy wyjeździe z parkingu czyścili studzienki burzowe, przez co kawałek drogi był zablokowany, i już się denerwowałam czy sprawnie mi się uda wyjechać, a tu jeszcze jak dojechałam do bramy to zobaczyłam, że pobliski przejazd kolejowy jest zamknięty więc moje wyjeżdżanie dodatkowo jeszcze się skomplikowało (przynajmniej w moim pojęciu, bo dla innych tam nic strasznego nie było). Tylko węża nie bałam się wziąć na ręce i to prawda, że ich skóra jest przyjemna w dotyku. Trudno żyję się w ten sposób, gdy dosłownie walczy się o swoją codzienność i jej normalność, to bywa strasznie frustrujące.

Ale to nic, ja już potrafię sobie radzić na tyle na ile mogę. Teraz pojawia się we mnie inny, dużo większy i poważniejszy lęk. Jak będąc bojącym się życia introwertykiem wychować Juniorkę na kobietę, która z odwagą spojrzy życiu prosto w oczy, zmierzy się z nim i będzie umiała czerpać z niego pełnymi garściami? W książce też trafnie jest pokazane jak lęki rodziców przekładają się na lęki dzieci. Ja też już niestety widzę, że popełniłam błędy na fundamentach pewności siebie mojego dziecka. Jak teraz dalej na nich budować? Kiedy z każdym rokiem trzeba bardziej zachęcać do rozwijania skrzydeł, a nie zamykać drzwiczki klatki i wciąż powtarzać: ostrożnie, uważaj… Boję się, bo nie chcę by Juniorka stała się kimś podobnym do mnie…

No i masz

Doczekałam piątku, ale okrzyków radości, że piątek, piąteczek, piątunio nie wznoszę. Juniorka ma katar i została w domu. Teraz pytanie czym jest ten katar? Oby tylko zwykłym katarem i nic więcej się nie pojawi… Przed nami weekend. A co po weekendzie? Jeżeli katar się utrzyma to Juniorki do zerówki nie puszczę i będę starała się wziąć na nią opiekę. No i na wszelki wypadek musimy Juniorkę i Babcię trzymać jak najdalej od siebie, chociaż to prawie niemożliwe w jednym domu… Osiwieć można…

PIMS

Na początku mówiono, że dzieci to w grupie najmniejszego ryzyka, że covid przejdą bezobjawowo lub bardzo lekko. Mówiono też, że szkoły nie będą transmiterem wirusa… Tymczasem szkoły trzeba było zamknąć. A od dwóch dni ciągle się mówi o PIMS-TS, skrót może śmieszny, ale przebieg pocovidowego pediatrycznego wieloukładowego zespołu zapalnego to już bardzo poważna sprawa. Relacje rodziców, którzy często nawet nie wiedzieli, że ich dziecko przeszło covid, a tu nagle pojawiają się takie problemy przyprawiają o gęsią skórę i przerażenie w oczach. Odliczam tygodnie, dni, godziny do przerwy świątecznej i ferii by nie musieć przywozić Juniorki do zerówki…

Lepsza kasza

Masza z kreskówki „Masza i niedźwiedź” też kiedyś gotowała kaszę… oj nagotowała jej, że ho ho 😉 U nas już też wielki gar kaszy co kilka dni stoi na kuchence. Zrobiło się chłodno, nawet nocne przymrozki się zdarzają więc można było wrócić do gotowania kaszy z mięsem dla psów, którą teraz przez 2,3 dni można w garażu już przechować. Przez lato trzeba by było gotować im codziennie, a się nie da bo to małe psinki nie są więc micha musi być solidna. Przez cieplejszą część roku muszą zadawalać się suchą karmą i jakąś puszką do tego. Na nasze dwa psy 40 kg suchej karmy starcza na 1,5 miesiąca. Ale takie chrupki, to nie to co kawałki mięsa między kaszą 😉

Niestety nie wszystkie pieski mają tak dobrze. Przedwczoraj Mama oglądała program interwencyjny w pseudohodowli, właśnie moskiewskich stróżujących. Gromada psów w ciasnych kojcach, bez możliwości wybiegania, zaniedbanych i słaniających się z głodu na łapach. Psy zostały odebrane, a właścicielka śmiała jeszcze twierdzić, że miały u niej swój raj… Niestety psy trafiły do kilku schronisk, ale mam nadzieję, że znajdą się dla nich odpowiedzialni nowi właściciele.

Grinch 2020

Boże Narodzenie w tym roku na pewno będzie inne od wszystkich poprzednich. Ale nie zraża mnie to. A wręcz przeciwnie już czekam na Święta. Prezenty już w zasadzie opanowane. Co prawda do sprzątania się tak nie spieszę, chociaż akurat w tym roku to właśnie Sanepid przyjść może (taki suchar). Ale już nie mogę się doczekać atmosfery światła, które ten czas generuje. I chociaż nie planujemy zwyczajowych spotkań rodzinnych to myślę, że i tak będzie fajnie i odnajdę w tej naszej małej rodzinnej bombce, to czego teraz potrzebuję. Już od dobrych dwóch tygodni nucę Christmas time…, zaopatrzyłam się w herbaty: winter time i magic moments, a nawet zaszalałam i kupiłam dla siebie sweterek w świąteczno – zimowy wzór 😉

Zapikało

Jeszcze ciemno, a nas wybudza pikanie. Pierwsze myśl: co ta za dźwięk? Druga to już jasność: to czujnik czadu. Z jednej strony nie dobrze, że pika… z drugiej dobrze bo jesteśmy bezpieczni. Szybkie wietrzenie domu. Przy mroźnej nocy też się od razu wychładza. Ale po wszystkim można jeszcze zasnąć. Nie zdarza się to często, ale to też nie jest pierwsze pikanie przez te kilka lat jak mamy czujnik. Gdyby nie czujnik mogło by być źle albo wręcz tragicznie.

Emocje

Nie stresuj się bo stres szkodzi. Mówią to wszyscy, przede wszystkim też lekarze. Ale jak się nie poddawać emocjom? Już od dawna wiadomo, że obecny świat (wcale nie mam na myśli tego pandemicznego, tylko jeszcze wcześniejszy) ze spokojem i luzem ma coraz mniej wspólnego i bezstresowo żyć się nie da. A teraz negatywnych emocji jest jeszcze więcej. I ten tydzień też ich nie szczędzi. Syn kuzyna kończy drugi tydzień pobytu w szpitalu (jeszcze dwa tygodnie przed nim) i leczenia boreliozy, niby ma te 14 lat… ale to i tak nie łatwy czas na bycie samemu w szpitalu. Koleżanka zadzwoniła, że jej kuzyn jednak zmarł z powodu covidu. Kolega z pracy z powodu tego cholerstwa trafił do szpitala, miał już problemy z oddychaniem. Wychowawczyni Juniorki jako ozdrowieniec wróciła już do pracy. Juniorkę więc zaczęłam przywozić do zerówki. Ale nie jest mi z tym łatwo. Z jednej strony widzę, że kontakt z dziećmi i dalsza nauka ważna… ale martwię się czy jednak z kontaktu z dziećmi nie przywiezie wirusa, a przecież Babcia itd. itp… i już mi się gorzej przez to się śpi. I tak to wszystko jakoś musi się kręcić ze stresem czy bez.