Zajęcza akcja ratunkowa

„Nasz” zajączek pojawiał się przez jakiś czas regularnie, potem zniknął, potem Mąż go spotkał przy bramie. A wczoraj gdy Juniorka z Tatą wybierała się na przejażdżkę rowerową i weszli do jednego z garaży po rower zaczęło się… Juniorka wpadła do domu i z przejęciem woła: „mama, mama mama, zajączek wielkanocny, ten jego pomocnik wpadł do kanału!!! Chodź szybko!” No to idę do garażu, w którym jest kanał, taki do naprawiania aut. Mąż już ma założone wielkie rękawice z grubej gumy i mówi, że zając siedzi w środku, że pewnie pies go pogonił przez podwórko. Ale zając dzikie stworzonko, jak zobaczył człowieka to wcisnął się do rury melioracyjnej… Nic na siłę nie można było zrobić więc postawiliśmy na spokój. Włożyliśmy do wnętrza kanału długą i dość szeroką deskę, tak że powstało coś w rodzaju trapu i wyszliśmy zostawiając zwierzątko w spokoju. Spryciula poradził sobie i wyszedł mniej więcej po 15 minutach, zobaczyłam go skubiącego najbliższą od garażu trawę i nawet udało mi się zrobić mu zdjęcie. Deska w kanale na wszelki wypadek została 😉

SONY DSC

Także wesoło u nas bywa 😉 w przygotowaniu jeszcze wpis na temat gołębiego big brother’a 😉

Reklamy

W strugach deszczu

W piątek gdy odbierałam Juniorkę z przedszkola padał, nie to złe słowo, lał bardzo ulewny deszcz. Jechało się jak środkiem rzeki wzbijając fontanny, pod przedszkolem stałam chyba 15 minut by jakoś wysiąść (parasol i tak był bezsensowny), baseny (kałuża to zbyt mało 😉 ) były po kostki. Juniorkę wynosiłam na rękach. Potem przemieszczałam się z kierunkiem chmury więc jechać trzeba było wolno, wycieraczki nie nadążały z odbieraniem wody, widoczność była mocno ograniczona. A szum i łomot rozbijanych kropel o dach taki, że w ogóle nie słyszałam co Juniorka opowiada na tylnym siedzeniu. Dziś było podobnie, choć na szczęście trochę łagodniej. Juniorka znów całą drogę nadawała, ale dziś udawałam że wszystko słyszę i rozumiem (w piątek strofowałam ją niestety, że ma mówić głośniej bo nic nie słyszę, co i ją i mnie niepotrzebnie denerwowało). Także jazda w deszczu lejącym się potokiem opanowana. Najlepsze przy takiej ulewie jest jeszcze mijanie się z TIRem, jak zarzuci wodą z kolein… Ale samochód za to jak umyty 😉

truskawki
a teraz mniam mniam 🙂 z naszego ogródka

Drogocenny spokój ducha

Od dwóch tygodni miałam problem ze snem. Wybudzałam się w środku nocy i potem drugi raz dużo za wcześnie przed wstaniem. Dlaczego? Ze stresu. Odkąd 3 lata temu zmieniliśmy system zakupu nagród to proces ten doprowadza mnie na skraj załamania i pewnie zawału serca. Przez ostatnie 2 lata książki docierały na 1,5 dnia przed zakończeniem roku. Znosiłam to fatalnie mimo, że przez ten czas byłam na lekach uspokajających, inaczej nie funkcjonowałabym w ogóle. W tym roku stres pojawił się jeszcze szybciej. Ale na szczęście już w piątek po południu dostałam wiadomość, że pierwsza przesyłka na 100 szt. została nadana. Kamień gruchnął z serca. Największe zamówienie w drodze, wszystko będzie na spokojniej. Druga przesyłka, już mniejsza ma być nadana jutro. Pozostało jeszcze około 20 nagród, ale tu jeszcze rodzice nie dali odpowiedzi, ale to już pikuś. Dlaczego w tym roku może być łatwiej? Płacę wykorzystując PayU, a nie przekazując rachunki do Rady Rodziców czekając na wykonanie przelewu…

Ważne, że wiadomość o nadaniu przesyłki wyluzowała mnie na tyle, że jak zasnęłam w piątek około 23 to obudziłam się w sobotę o 8, bez żadnych nocnych pobudek. Rany, jaki to luksus! W sobotę z przyjemnością (bo bez żadnych kołaczących się po głowie myśli) pojechałam do opery. Straszny dwór dorównał oczekiwaniom, a wykonany w finale mazur przepiękny. Wróciliśmy późno, ale zadowoleni, nasyceni pięknym śpiewem, choreografią, scenografią. Niedzielę zaś spędziliśmy leniwie i rodzinnie. Sunia ma się u nas już na tyle dobrze, że nawet ciągnie psa za ogon, a pies ma do niej ocean cierpliwości (szok). Przede mną kolejny szalony i mega intensywny tydzień, ale zacznę go ze spokojem.

Wspomnień nie koniecznie czar

W poniedziałek pracowałam od 6:30 do 20:00 (ale za wycieczki nie płaci się nadgodzin). Można by powiedzieć, że fajnie, że pozwiedzać można. Czasami faktycznie „coś” człowiek użyje, ale głównie taki wyjazd jest stresem, tym bardziej gdy jedzie się z młodszymi dziećmi. Jechała jedna klasa więc ilościowo niby nie było źle, ale problemów jednak było mnóstwo. Jedno wymiotowało i miało rozwolnienie, dwójka innych tylko wymiotowała, jednemu leciała krew z nosa. Zgubioną legitymację, 50 zł i czapkę pomijam jako niezagrażające zdrowiu. Do tego upał, na nieprzewiewnym rynku w czasie gry miejskiej dawał się we znaki. Mankamentem też był sposób ułożenia zajęć przez organizatora ponieważ chodziliśmy w tą i z powrotem, licząc ciągle głowy co by się nie pogubili w obcym mieście 170 km od domu. Zrobiłam dosłownie 3 zdjęcia, wróciłam wymęczona i poparzona słońcem. Całe szczęście nie zawsze jest tak źle.

ot
tu musiałam zrobić zdjęcie, w miejscu historycznym, będących też tłem w książkach Cherezińskiej

A dziś innych wspomnień na pewno nie czar. Po raz trzeci przekonuję się, że zakup pojedynczych książek w księgarniach internetowych idzie błyskawicznie to z dużymi zamówieniami (naprawdę dużymi) nie radzą sobie tak dobrze mimo odręcznej dostępności towaru. I znowu tydzień ogromnego stresu przede mną czy wszystko przyjdzie na czas, szczególnie, że nadal nie mam odpowiedzi od części rodziców co do preferencji ich pociech na książkowe nagrody…

Mam nadzieję, że jutro choć odrobinę zresetuje się na „Strasznym dworze”.

Atrakcje

Po festynie przedszkolnym przyszedł czas na dziecięce świętowanie. Z prezentów w tym roku postawiłam na gry). Potem festyn z chrzestnym i lody, na których Juniorka spotkała koleżankę z przedszkola i to chyba (oprócz lodów) był najlepszy punkt programu bo razem raźniej było im się bawić na kawiarnianym placyku zabaw. Ale i tak nic nie przebiło nowego członka rodziny (w piątek w nocy przywieźliśmy psa). Co prawda jechaliśmy po inną suczkę, ale tamta hodowla okazała się bardzo podejrzana więc się zdenerwowaliśmy i pojechaliśmy do innej wszak było to już tylko 65 km dalej. Tam nikt nic nie kręcił, papiery do wglądu, psy do obejrzenia. Drożej, ale przynajmniej wszystko jak należy. W sumie przejechaliśmy dobre 500 km, wróciliśmy w środku nocy, ale psiak fajny i teraz już mamy parę moskiewskich stróżujących. Ale na tym nie koniec atrakcji, jutro dzień dziecka w przedszkolu. Ja nie chcę, ale muszę, jechać na całodniową wycieczkę, ale przynajmniej katar już mnie tak nie męczy jak w czwartek.

piesa
Ayra – duża, ale ma tylko 2 miesiące 😉

Na zielonej polanie był wiosenny bal

Na tegorocznym przedstawieniu z okazji dnia mamy i taty Juniorka była motylem (przynajmniej mogła się zaprezentować w stroju zakupionym na bal przebierańców, który ominął ją z powodu choroby). Było uroczyście, wzruszająco, poważnie, a zarazem wesoło. Od razu po przedstawieniu był przedszkolny festyn rodzinny z teatrzykiem, zabawami tanecznymi, loterią, puszczaniem ogromnych baniek, torem przeszkód, malowaniem twarzy i dmuchańcem, grochówką i chlebem ze smalcem (który nawet dzieciom smakował 😉 Było przednio, a po całym dniu podekscytowania zasnęło się w mgnieniu oka i bez czytania 😉

A ja ostatnimi dniami zastanawiałam się nad swoim macierzyństwem. Nie byłam z tych, dla których dziecko było życiowym priorytetem. Długo nawet mówiłam, że nie chcę bo się do tego nie nadaję. Gdy Juniorka już była długo nie nazywałam siebie mamą, nawet nie mówiłam przykładowo: chodź do mamy, mówiłam: chodź do mnie. Teraz oczywiście jest już inaczej. Ale to też może dlatego, że inaczej już postrzegam swoją rolę. Na początku byłam całkowicie skupiona na funkcji opiekuńczej, zapewnienia dziecku komfortu fizycznego i psychicznego. Teraz gdy Juniorka jest już „partnerem” do rozmów moja rola nabrała cech przewodnika przez życie, świat, doświadczenie. To wymagająca i bardzo odpowiedzialna rola, bo pokonując własne ułomności (a mam ich wiele) muszę wyposażyć dziecko w umiejętności poruszania się we współczesnym szalonym świeci przy jednoczesnym byciu dobrym człowiekiem. Często o tym myślę, ponieważ bardzo chciałabym sprostać temu zadaniu, a boję się, że ktoś taki jak ja (bojący się świata, pesymista, introwertyk), nie ma odpowiednich kompetencji do przekazania właściwych wzorców. Boję się, że mimowolnie uformuję dziecko na swoje podobieństwo i zginie w tym świecie, tak jak ja w nim ginę… Mam jednak nadzieję, że wspólnie (tata jest całkowicie moim przeciwieństwem) uda nam się wychować Juniorkę na fajną kobietę, przed którą świat stanie otworem.