Galerioza

Musiałam dziś pojechać do księgarni. A, że każde z nas miało coś do kupienia więc stwierdziliśmy, że pojedziemy wszyscy do Galerii Handlowej. W Empiku kupiłam potrzebne książki do zamknięcia nagrodówki. Jednej z dziewczynek, która wychowuje się ze sporą gromadką rodzeństwa kupiłam „Niebieski dom” naszej blogowej Rivulet bo coś mi się wydaje, że znajdzie z bohaterami wiele wspólnego 🙂 Juniorka też obkupiła się w książeczki i inne akcesoria. Mężu poszedł uzupełnić szufladę z T-shirtami. Pech chciał, że przymierzając rozciął sobie skórę pod okiem kartonikową metką i resztę czasu przesiedział w samochodzie tamując krew. Chciałam do drogerii, a po drodze było Hebe (fioletowy szampon i odżywka do włosów, pomadka ochronna i niebieski i fioletowy specyfik do robienia szybkich pasemek bo chcę zaszaleć w weekend 😉 zaś Juniorka do swojej torby dorzuciła opaskę do włosów). Tuż obok kupiłyśmy Juniorce nowe crocsy bo to jej ulubione letnie obuwie do chodzenia wokół domu. A dalej zaczęły się schody. Chciałam sobie jeszcze kupić spódnicę, którą mogłabym założyć na zakończenie roku i na weselne poprawiny i ewentualnie torebkę do weselnej sukienki, którą dużo wcześniej kupiłam przez Internet. Sklepowe wieszaki upchane po brzegi. Ale na nich nic, co by pasowało do moich bluzek i mglistego wyobrażenia jak chcę wyglądać. Od sklepu do sklepu zniecierpliwienie i zniechęcenie narastało. W końcu weszłam do Reserved (Juniorka wypatrzyła dla siebie bransoletkę) a ja zauważyłam jak perełkę na wyprzedaży (ostatnia sztuka, pewnie z zeszłego lata 😉 ale na szczęście w moim rozmiarze) długą spódnicę w ciekawym kroju i pasującym mi kolorze. Szybko do kasy. Kilka sklepów dalej torebka (dla Juniorki też 😉 ) i UFFFF koniec horroru z galerii 😉 Po raz kolejny się potwierdziło, że nie lubię zakupów w dużych galeriach handlowych.

Słowa kluczowe

Każdy ma takie swoje wytrychy, słówka które otwierają w mózgu szufladki z marzeniami, wspomnieniami, sentymentem. Dla mnie to na przykład: Chorwacja, Praga, motyl, bursztyn, Włochy, wiatr, chmury, niebo, błękit, szum, morze, Paryż, Barcelona i inne… One zawsze przykuwają oko, skupiają słuch, przyciągają, sprawiają, że chcę. Tak też w oczy rzucił się plakat filmowy „Księgarnia w Paryżu”. I po prostu chcę iść na ten włosko – francuski film. Przeczytałam opis, ale w sumie jest dla mnie nie ważny, najważniejsza jest księgarnia i Paryż i już działa pewna magia 😉

Mam

Zawsze podobały mi się kapelusze słomkowe. Jednak co widziałam je na letnich straganach to zawsze były „one size” co dla mojej małej łepetyny oznaczało za duże. Aż tu całkiem niespodziewanie na straganie na deptaku, tam gdzie Maxi Kaz ruszał na łowy, wypatrzyłam rozmiarówkę w centymetrach. To już oprzeć się nie mogłam, gdy znalazłam swoje 56. Kupiłam i od razu założyłam 😀 Mąż dziwnie popatrzył 😉 A niech sobie patrzy. Dziś założę mój kapelutek na tłuczenie butelek do Jego kuzynki 😉 wszak główkę przed słońcem chronić trzeba 😉

Obuchem

Dostać obuchem w głowę (w łeb) – zostać zaskoczonym jakąś (złą) wiadomością; nagle dostać jakąś niepomyślną, szokującą informację; znaleźć się w stanie oszołomienia po otrzymaniu niespodziewanej wiadomości. Jaka trafna definicja. Z oszołomienia nie mogę wyjść od 9 rano.

Cóż, upadki z koni, w dodatku nie swoich bolą. Jeszcze dwa tygodnie temu chyba nie byłabym zaskoczona tą informacją. Ale dziś… wydaje mi się ona niesprawiedliwa…

Kiedyś ogarnę ;)

Minęła północ czyli zaczął się wtorek. Dopiero skończyłam pracowe zamówienia. Ten czas tak nagli… Powinnam iść spać bo nie mam przygotowanych ubrań na dziś 😉 ale stwierdziłam, że jeszcze wstukam parę zdań. Juniorka w sobotę miała pokazy swojej grupy tanecznej. Miała tremę, ale dała radę 🙂 w tym tłumie dzieciaków (chyba 3 grupy na raz występowały). Zdobyła tym samym brązowy medal za pierwszy rok uczestnictwa w zajęciach tanecznych. A ja byłam pod wrażeniem ilości układów, których się przez te kilka miesięcy nauczyli. Było disco, hip-hop i jazz, były koła, pompony i szarfy, w sumie 10 tańców. Potem były rodzinne spotkania przy lodach i kawach. Było też lato, ale się zmyło (dosłownie gradem i deszczem spłynęło). ZUS w dwie minuty potwierdził, że ja to ja (dojazd i powrót trwały za to godzinę). Niestety na faktyczne skorzystanie z platformy PUE dziś już czasu nie starczyło. Szaleństwo trwa i trwać będzie bo właśnie weszło na level: hard. Dobranoc i dobrego dnia.

Urzędowo

Dekada minęła i dowód osobisty do wymiany. Gdyby koleżanka nie wspomniała o wymianie swojego, to pewnie teraz oboje chodzilibyśmy z nieważnymi. A tak wszystko na styk, ale udało się wymienić. Przy skanowaniu odcisków palców wystartowałam z kciukiem (jakbym jakieś doświadczenie w temacie pobierania odcisków miała 😉 ) a to przecież o palce wskazujące chodzi więc od razu poprawka. Nowy dowód odebrałam, schowałam i nawet nie obejrzałam 😉 na kolejne 10 lat spokój. Przy okazji zabraliśmy Juniorkę żeby i ona swój dowód miała. A, że w urzędach dorośli (a nie dzieci, które ją stresują) to trzeba było hamować jej zapędy do zwiedzania gabinetów. Takie to moje dziecko specyficzne.

O ile w Urzędzie Gminy poszło gładko to ZUS i jego platforma PUE mnie zdenerwowało. Nie wiedziałam, że nie zaloguje się od tak, że konieczna jest wizyta potwierdzająca tożsamość. Mam na to 7 dni. Ale przy moim trybie pracy i trybie pracy urzędów muszę czekać do tego jednego dnia w tygodniu, kiedy to petenci przyjmowani są dłużej. I teraz nawet nie jestem pewna czy wyrobię się czasowo ponieważ rejestrowałam się w poniedziałek wieczorem, a wydłużone godziny pracy mój oddział ZUS ma właśnie w poniedziałki. Oby licząc mieli na myśli dni robocze… bo inaczej irytacja przybierze zdwojoną siłę…

Jeszcze paszporty powinniśmy nowe wyrobić bo poprzednie dawno straciły ważność. Ale w tym przypadku słabo kumam system. Wniosek można pobrać jedynie w urzędzie, jakieś rejestracje internetowe (która wiecznie jest zapełniona), numerki o ile system nie stwierdzi, że już jest pełny. To nie na moje nerwy w tej chwili.

Uspołecznianie…

Odkąd „przyjaciółka” Juniorki poinformowała ją, że jak nie zrobi za nią zadania to ją pobije to Juniorka jest jeszcze bardziej wycofana. Ostatnio przyznała, że ta koleżanka jej dokucza i nie pozwala na kontakt z innymi dziećmi z klasy. Znając brata tej dziewczynki przypuszczałam, że mogą z nią być problemy, ale nie sądziłam, że tak szybko aż takie. W zerówce gdy zaczęły się razem bawić miałam więc duże obawy i próbowałam uzmysłowić Juniorce, że są też inne dzieci, ale zabronić kontaktu też nie chciałam bo wiem jaką trudność w nawiązywaniu kontaktu ma Juniorka. Jak widać może to był błąd… teraz Juniorka chciałaby do innych, ale obawia się reakcji „koleżanki”. A to, że chciałaby też nie oznacza, że potrafi ten kontakt nawiązać.

Wczoraj na terenie naszej szkoły organizowany był festyn dla dzieci. Gdy Juniorka upewniła się, że zaborczej koleżanki nie będzie to zdecydowała się pojechać, inne dzieci z klasy też się wybierały. Nie lubię takich imprez, ale skoro dziecko chce to pojechałam. Gdy Juniorka zobaczyła ile jest dzieci, których nawet nie zna (impreza była dla dzieci z całej gminy) od razu się zablokowała. Obeszłyśmy teren, kilka dziewczynek z jej klasy było, ale nie reagowała. Zdecydowała się stanąć w kolejce po balon. Wybrała by Pani zawiązała dla nie zielonego dinozaura. Niestety balon nie przetrwał do końca, sam z siebie pękł w jednej części, reszta zaczęła się rozwijać i w dwie minuty było po wszystkim. Wypełniłyśmy kupon na loterię, na której też nie miałyśmy szczęścia. Za to trafił jej się lód truskawkowy, a ten smak bardzo lubi. Namawiałam ją do ozdobienia doniczki do kwiatka. Wystarczyło usiąść przy stoliku i robić swoje. Ale stwierdziła, że boi się tych dzieci. Ruszyłyśmy więc zrobić kolejną rundę po terenie. Dmuchańce, na które się nastawiła całkowicie odpuściła. Może dlatego, że non – stop były przy nich długie kolejki. Chodząc przyglądała się zabawom prowadzonym przez animatorki. W końcu zdecydowała się na grę w klasy (ta nie cieszyła się zainteresowaniem). Podeszliśmy znowu do doniczek. Już teraz chciała. Widać wygrała miłość do kwiatków ponieważ wraz z doniczką dostawało się begonię lub turka. Dumna, z kwiatkiem w ręku, zaprowadziła mnie do kolejki do Bubble Tea. A, że kolejka była spora i przy grach w rozmiarze xxl to Juniorka wróciła do gry w klasy. Tam przez chwilkę pobawiła się z Mają (ale chyba tylko dlatego, że Maja ją zauważyła i zaprosiła do wspólnej gry). Samej trudno jej wyjść z inicjatywą. Pomachała do Kuby i podobno do Mariki. Dopiero łapać bańki mydlane poszła między dzieci. Może jakby impreza trwała jeszcze 2 godziny to może by się rozkręciła, ale niestety to był koniec. Z mojej perspektywy wyjazd wypadł słabo, z perspektywy Juniorki jednak było fajnie i była zadowolona, że pojechała.

Między innymi z tych powodów przyda się Juniorce psycholog.

Rodzicielskie obowiązki

„Najważniejszy obowiązek wobec dzieci, to dać im szczęście.”

Alen Baxton

Tak. Nie ma nic piękniejszego niż widok dziecięcej radości. Jest taka spontaniczna, szczera, niepohamowana. I nam, dorosłym, już od samego patrzenia jest wtedy weselej. Oprócz szczęścia, lub może inaczej… szerzej pojęte szczęście dopełniają inne składowe takie jak chociażby zapewnienie poczucia bezpieczeństwa, nauczenie asertywności i odpowiedniego wyważania poczucia własnej wartości i jeszcze wiele innych, które teraz wpadły w czarną dziurę mojej świadomości. Bo nie zawsze wszystko jest proste. Bo nie zawsze nasze dobre chęci przekładają się na dobry efekt. Bo nawet z najprostszym sprawieniem radości może wyjść coś nie tak, tak jak dzisiaj stało się u nas. Zgodziłam się na dokupienie 2 rybek do akwarium. Juniorka męczyła Tatę, żeby któregoś dnia odebrał Ją zaraz po lekcjach i żeby pojechali po rybki. No i dziś Małżu miał więcej czasu i odebrał Ją chwilę wcześniej. Jak się Juniorka dowiedziała, że Tata już jedzie to podobno aż skakała z radości w świetlicy. Gdy wróciłam do domu przywitała mnie tuż za progiem. Pełna ekscytacji zaczęła opowiadać, że tamtych rybek nie mieli, ale kupili dwie inne. I tu do pięknej historii wkroczyłam ja i ją zepsułam. Molinezję żaglopłetwą może(?) bym jeszcze jakoś przełknęła (no może nie ja, a akwarium), ale jak zza rośliny wypłynął skalar czarny to ręce opadły mi do ziemi i już nie potrafiłam pohamować swojego rozczarowania pomieszanego ze złością. Juniorka zaczęła przepraszać i płakać. Tata coś tam bąknął, że to jego wina bo się spieszył, że te rybki im się podobały i że Pani powiedziała, że jak są podobnej wielkości to mogą być (błąd Pani, że nie zapytała jakie to akwarium i jakie rybki Juniorka już ma). Tata nie wpadł też na pomysł, żeby zadzwonić do mnie i zapytać co ewentualnie może być w zamian. No ale się chłop spieszył przecież… Stwierdził, że „a może się zaaklimatyzują i będzie dobrze”. Argumenty, że gdy urosną to narobią mi sporo kłopotów z utrzymaniem równowagi i będą czuły się jak w kałuży to tak mimo uszu przechodziły. A informacja, że dorosły skalar może osiągnąć długość 15!cm…”to zrobi selekcję naturalną”. No… i po sprawie. Tak to zrozumiałam. Zostałam z akwarium, które z taką obsadą istnieć nie może i coś z tym fantem trzeba zrobić. Radość poszła w kąt, jej miejsce na scenie zajęło dużo innych słów i odczuć. I tak się zalicza kolejną rodzicielską klapę. Tak się odbiera radość własnemu dziecku. A to tylko wierzchołek góry lodowej u dziecka, którego wychowawczo nie ogarniamy. Psycholog wybrany, teraz tylko się do niej dostać. I może znajdziemy patent na uwolnienie Juniorki z toksycznej przyjaźni szkolnej, na pokonanie lęków, które się pojawiają. Najgorsza jest chyba świadomość, że Ona w swoich deficytach i dysfunkcjach jest tak podobna do mnie, a mimo to, nie potrafię Jej wesprzeć i Jej pomóc, a nawet jest wręcz odwrotnie, moje usta wypełniają się tymi samymi słowami niezrozumienia, które słyszałam przez całe życie… 😦

Znaczenie wielkości

Różne firmy przyzwyczaiły nas do opakowań ponad miarę. Otwieramy sporych rozmiarów pudełka, a w środku coś dużo mniejszego. A wczoraj z małego pudełka wyjęłam jedynie odrobineczkę mniejszy słoiczek. I zaczęłam się zastanawiać… czy przypadkiem przy zakupie nie pomyliłam kremu do twarzy z kremem pod oczy, sprawdziłam też pojemność bo wydawała się mniejsza niż tych słoiczków, które mam w łazience. Krem jest właściwy, pojemność zwyczajowa – 50ml, tylko opakowania nie oszukujące nas wizualnie i nie wykorzystujące więcej materiału niż trzeba. I fajnie 🙂

średnica mniejszego słoiczka to 4,8cm, pojemność obu to 50ml

Dziś luz blues (kino, kawiarnia, planszówki), jakby jutro nie istniało. A w niebie przecież same dziury, które przez najbliższe 3 tygodnie trzeba załatać. Ale o tym pewnie zacznę myśleć od 4/5 nad ranem.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij