Autonomia w związku

Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się razem na każdym kroku. Każdy ma inne potrzeby, hobby, inną energię i nie powinno się tego tłamsić. Dlatego mój Mąż sam wybrał się dwukrotnie na Rysy, ogarnia różne imprezy charytatywne z morsami, jeździ z motocyklistami (gdy ja nie mogę), a w zeszłym roku znalazł sobie kolejne hobby, które zabiera sporo czasu i jak dotąd pieniędzy też. Ale w tym tygodniu ostro mnie zdenerwował swoim wyjazdem na narty z moim kuzynem. Ignorując zeszłotygodniowe problemy z nadciśnieniem i ilość zachorowań na koronę w Zakopcu… Pojechał, bo już dwa sezony nie był! Bo musi zaszaleć na Harendzie, powygłupiać się na Szymoszkowej, a na Witowie popróbówać snowboardu. Dziś są jego 47 urodziny i nie spędzamy ich razem. I jak tak sobie prześledzę to wszystko to dochodzę do wniosku, że to kryzys wieku średniego.

A ja dziś zaliczyłam przygodę… Pojechałam z Juniorką na zakupy, Babcia została w domu (całe szczęście, bo inaczej byśmy przechowania po rodzinie szukały). Gdy wyjeżdżałam brama bez problemu się otworzyła i zamknęła, śniegu jest mało więc kółka i szyna, po której się przesuwa nie są zapchane. A jak wróciłam to ruszyła na 10 cm i się zatrzymała. Próbowałyśmy otwierać innym pilotem w nadziei, że w moim rozładowała się bateria. Chciałyśmy otworzyć skrzynkę sterowniczą i odłączyć zasilanie, ale Babci nie udało się otworzyć skrzynki. Nożem wygrzebałyśmy te niewielkie ilości śniegu, które były na szynie. I nic. Nie wygląda też by brama spadła z szyny. Samochód zostawiłam na podjeździe. Babcia otworzyła drzwi przez budynki gospodarcze żebyśmy mogły wejść na podwórko i do domu. Uf. Ale gdyby Małżu był w domu to by zaistniałą sytuację rozwiązał lepiej niż my…

Rodzina na zakupach

Całą rodziną na zakupy praktycznie nie chodzimy. Ale czasami trzeba, np. buty czy kurtkę dziecku przymierzyć i wtedy ruszamy na podbój galerii 😉 Co prawda galerioza nam nie grozi (z Juniorką już może być różnie, bo Ona zawsze galerią zachwycona i pewnie mogłaby tak od sklepu do sklepu 😉 ) bo odwiedziliśmy 3 sklepy w tym Decathlon 😉 Mężu i Juniorka obkupili się całkiem nieźle. A ja… ja doszłam do wniosku, że nic nie potrzebuję. Mężu w szoku 😉 gdy wychodziliśmy z jednego sklepu (w którym kupił sobie 4 T-shirty) patrzy na mnie i pyta: „a ty nic nie masz? naprawdę? może jednak coś ci kupię?”. Nie, nie trzeba. Mężu to nie wie, bo nie kojarzy ubrań które mam, że w czerwcu kupiłam kilka bluzek, spódniczkę i ostatnio trzy sukienki 😉

Dobrana para

Jak co roku, to już norma 😉 zapomnieliśmy o wczorajszej rocznicy pierwszego ślubu 😉 A jeszcze w niedzielę rozmawialiśmy na ten temat przy okazji szukania wymówki by nie iść na ślub, na którym podejrzewam, że obostrzenia będą tylko fikcją.

M: ale 19 to nasza rocznica jest

Ja: ale nie w czerwcu. W czerwcu 16, a 19 to w maju

M: no tak

Czyli wszystko wiemy. A jak przychodzi co do czego to oboje nic nie wiemy 😉 A dlaczego dziś mi się przypomniało? Otóż, Facebook podrzucił wspomnienie, zdjęcie na którym był widok na Tatry z Gubałówki… chwilę się zastanowiłam i mnie olśniło, że to był taki przedłużony weekend z połączeniem interesów Męża ze świętowaniem pierwszej rocznicy. Uśmiałam się setnie na ten przebłysk geniuszu 😉 przecież jestem kobietą i o TAKICH datach powinnam pamiętać i obrażać się na Męża za niepamiętanie 😉 Ale jak widać u nas działa to zupełnie inaczej 😉 i to całkiem OK 😀

to nie my, to artisticfilms/pixaba

Nie majstrować…

Żeby obraz mojego Małżonka, który tu ostatnio powstał, nie był zbyt lukrowany to dziś wrzucę kilka łyżek dziegciu. Mężu jest bałaganiarzem uważającym, że bałaganiarzem nie jest, a bałagan to robię… ja. Mamy w planach trochę poprzestawiać i wyrzucić to, co zużyte. Zadzwonił więc Małżu zawczasu do Gminy zgłosić gabaryty do wywozu. A przy okazji planowania „wiosennych porządków” wymyślił, że w schowku za łazienką zrobi regały na moje przeczytane książki bo się nie mieszczą, a drugi raz po nie nie sięgnę (fakt, nie czytam dwa razy, ale co z tego?). Rozeźliło mnie to do białości, już abstrahując od tego, że książki są dla mnie ozdobą domu, to Jego książki leżą jak leżą na komodzie w sypialni i jak popadnie… Zresztą jak wszystko co Jego, ubrania, buty, dokumenty, klucze, kubki po kawie, butelki po wodzie i wszystko co było mu potrzebne ale już nie jest. I no trudno, często to sobie tak leży, bo ja nie mam zamiaru każdego dnia porządkować rzeczy, które nie są moje i których nie zostawiłam tam gdzie nie trzeba. Aż przychodzi dzień, w którym Mężu zauważa, że COŚ leży, wtedy się naburmusza i z wyrzekaniem (niby ogólnym, ale tak jakoś pod moim adresem) na bałagan w jak szaleńczym widzie zaczyna sprzątać. Czym mnie oczywiście doprowadza do szału, bo ani to pomoc ani nic… Maria Czubaszek powiedziała kiedyś, że: „Mężczyzna jest jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego.” I faktycznie mężczyzna jest jaki jest, majstrować przy egzemplarzu zastałym w swoich przekonaniach nawet się nie da. Próbowałam majstrować, ale to jak grochem o ścianę, albo obraca się przeciwko mnie. Zrozumienie przychodzi zazwyczaj za późno, gdy jest już, nomen omen, pozamiatane. Pozostaje jedynie się przyzwyczaić i mówiąc kolokwialnie nauczyć się olewać to czy tamto…

Coś w ten deseń

W pobliżu pracy mam sklep dobrej piekarni gdzie zawsze kupuję pieczywo. Dziś po chleb pojechał Małżu. Miał też odebrać ze szkoły książki do uzupełnienia dla Juniorki, przecież to po drodze. Wrócił i mówi, że maść Vicks’a kupił, o którą dodatkowo prosiłam. Ale książek nie odebrał. Zapomniał… Przebrał się w ciuchy robocze i poszedł do swoich zadań, a po książki pojedzie w poniedziałek. W poniedziałek to ja już może w szkole będę, a Juniorka może wyzdrowieje to też. Już nawet chciałam wsiąść w samochód i sama po nie jechać, skoro prosiłam żeby mi je przygotowali… ale potem doszłam do wniosku, że albo mam opiekę i siedzę z dzieckiem albo się pałętam po szkole…

W tym co robi „zawodowo” jest zorganizowany i metodyczny. Ale reszta bywa roztargnieniem, że ręce opadają…

Finał historii kamienia

W sobotę o godzinie 10 zadzwonił Mężu i przywitał mnie słowami „veni, vidi, vici”. I już wiedziałam co było drugim, a może najważniejszym powodem zawiezienia chrześniaka na badania diagnostyczne. Mój Mąż miał niedokończoną misję. I po 14 miesiącach właśnie ją zakończył. Zdobył Rysy. A odłamek menhira Melchiora spoczął na ich szczycie. I nie ważne czy próba samotnego wejścia była odpowiedzialna, (może całe szczęście, że tamtego dnia ruch na Rysach był prawie taki jak na Krupówkach, więc w razie co, ktoś by pomógł) i że nadchodzącej nocy miał do przejechania przeszło 500 km. Bo, w nawiązaniu do wczorajszego cytatu, mój Mąż właśnie w ten sposób powiedział: oto ja.


Historia kamienia

Czyli jak to wszystko się zaczęło w czerwcu 2019:

Wejście na Rysy nie powiodło się. Pogarszająca się pogoda i niedyspozycja mężowego towarzysza spowodowały, iż rozsądek wziął górę nad testosteronem i chłopaki odpuścili na wysokości Czarnego Stawu Pod Rysami (1583 m n.p.m.). Misja przerwana i… przeniesiona najprawdopodobniej na wrzesień. Mężu od zawsze mówił o wejściu na Rysy, ze mną niestety to niemożliwe, a zanim Juniorka dorośnie do takiej wspinaczki to Mężu już może nie być w kondycji… Ale we wrześniu może faktycznie uda mu się zmontować małą grupę (w grupie raźniej) by spróbować znowu. A czemu piszę o misji? Wczoraj dowiedziałam się, że marzenie przerodziło się w misję jakieś 3 lata temu. Wtedy podczas jesiennej orki pług zahaczył o głaz (pewnie narzutowy z epoki lodowcowej, a że ziemia pracuje to wyszedł pod powierzchnię). Zdarzenie było o tyle niebezpieczne, że siła, którą wygenerowało spowodowała, że pług dosłownie przerzuciło kilka centymetrów obok kabiny. Te kilka centymetrów uratowało mojemu Mężowi życie, gdyby lemiesze spadły na kabinę… nie było by szans. Od głazu wtedy odłamał się kawałek. A mój Mąż obiecał sobie, że ten kawałek (mniej więcej 10 kg kamlota) zaniesie na Rysy. Teraz odłamek leży odpowiednio schowany (tam już wysoko w górach) i czeka na dokończenie misji. A głaz zdobi wjazd do domu.

menhirek
menhirek

Nienormalnie normalni

Wczoraj wypełniła się rocznicowa pętla naszych dwóch ślubów w odstępie 3 tygodni. Taka ideologia, a z perspektywy czasu taki kaprys 😉 Nasza obecna rocznica znana jest aż pod trzema nazwami jako: brązowa, spiżowa i blaszana. Do nas to jakoś ta blaszana nazwa chyba najbardziej pasuje 😉 Nie obchodziliśmy jej jednak. To nie to, że nie pamiętamy bo pamiętamy o datach ślubu. To nie to, że nie chcemy robić sobie prezentów bo z innych okazji, czy to urodzin, czy dnia kobiet czy chłopaka to je sobie robimy. Jakoś tak wyszło, że oboje nie mamy potrzeby szczególnego obchodzenia rocznic. Może jak będzie jakaś okrąglejsza? Ale nie wiem. Wystarcza nam spojrzeć na siebie, pomyśleć o tym co wspólne i wzajemnie życzyć sobie wszystkiego najlepszego.

foto112(2)
archiwum domowe

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij