Taka jestem

Niespójna? Niejednorodna? Cień. Iskra. Wiatr. Motyl. Ziarnko piasku. Zabłąkana łódeczka wśród raf. Gdy powstawał ten blog byłam krótko po lekturze „Cienia wiatru”. A, że powstawał bez przygotowania to ten wciąż we mnie pobrzmiewający tytuł został i jego nazwą. Lubię takie dające pole wyobraźni tytuły: „Cień wiatru”, „Więzień nieba”, „Miasto z mgły”, „Gra anioła”. Zafon był w tym mistrzem. Potem przylgnął do mnie tekst piosenki Anny Marii Jopek „Ale jestem”. W refrenie zapisana jestem cała ja. To hymn tego bloga. Później, nawet nie wiem kiedy, zaczął towarzyszyć mi motyl. Może jako symbol duszy, czy motyw przemiany. Nie wiem. W każdym razie jest już częścią mnie. Jedyny problem jest w tym, że chciałabym te trzy motywy główne połączyć w jeden obraz. Co nie zawsze wychodzi, bo zazwyczaj jeden staje się dominujący, a inny praktycznie niezauważalny. Dlatego co jakiś czas na blogu dokonują się pewne zmiany, tak jak teraz. Wczoraj czytając Juniorce „Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek” trzecia powiedziała: każde prawo ma swoje lewo. I tak właśnie jest, wszystko ma swoje odcienie, takie spektrum od prawa do lewa. I jedno bez drugiego istnieć nie może. Tak jak i ja.

Bezludna wyspa

Internet zapytał co ostatnio kupiłam w kontekście przydatności do przetrwania. Ostatnio kupiłam wkłady filtracyjne do akwarium i pistolet z klejem na gorąco. Może zatem nie byłoby tak źle… gąbeczka posłużyłaby do mycia, a jakbym znalazła źródło zasilania to przy pomocy klejarki coś by się zbudowało. Nie tak dawno, już nie pamiętam a propos czego, rozmawialiśmy z Mężem o bezludnej wyspie. Teraz ciągle się podkreśla, że człowiek to taka społeczna istota i jak źle odbija się na nim konieczność dystansowania. No cóż, ja nie jestem tego przykładem, może jedynie jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę. W trakcie naszej rozmowy stwierdziłam, że jedynym problem w pobycie na bezludnej wyspie byłby dla mnie brak umiejętności zdobycia pożywienia, bo owoców nie lubię i praktycznie nie jadam. Mniejsza, o to, że z głodu to nie tylko każdy owoc by smakował, a każdy robaczek też. Chodzi o to, że obecność drugiego człowieka nie jest dla mnie konieczna. Oczywiście, że utrzymuję jakieś relacje, ale z powodzeniem mogą one wyglądać inaczej niż powszechnie. Jak zaczęła się pandemia założyłam grupę na Messengerze z moimi dziewczynami i tak sobie piszemy od czasu do czasu, nie widziałam się z nimi jakieś 1,5 roku i nie odczuwam z tego powodu dyskomfortu. Dość regularnie rozmawiam przez telefon z koleżanką z pracy, ale nie widziałyśmy się 3 lata, odkąd przeszła na emeryturę. W pracy pogadam o pogodzie, ale większość dnia spędzam sama. Nawet w domu potrafię nie odzywać się godzinami. No taka już jestem i już. Moja „wyspa” jest prawie bezludna i dobrze mi z tym. Tylko ten wciąż powtarzany przymus bycia aktywnym społecznie sprawia, że myślę, że zły przykład daję Juniorce.

Tik, tak, tik, tak mija czas

O tym, że niemal obsesyjnie kontroluję czas można było się domyśleć już po wpisach o kalendarzu. Zegar też jest nieodłączny. W domu jest prawie w każdym pomieszczeniu, nawet Juniorka już swój zegar ma w pokoju. Gdy wychodzę z domu to zakładam zegarek na rękę, ten w telefonie mi nie odpowiada. Jak nie kontroluję czasu to wpadam w otępienie, zatracam się w czasie i kontemplacji chwili, myśli, obrazu, zapachu, czegokolwiek. Pierwszy zegarek dostałam od Taty. Byłam wtedy odrobinę starsza od Juniorki i bardzo chciałam nosić zegarek tak jak nosi go Tata. Tata się zgodził pod warunkiem, że nauczę się odczytywać godzinę. Nauczyłam się. Mój pierwszy zegarek był radzieckiej produkcji, maleńki, delikatny, na parcianym czerwono-niebieskim pasku, nakręcany. W sumie muszę przejrzeć pudła (raczej nie mogłabym się go pozbyć w przeprowadzkach). Teraz mam różne zegary. Takie, które są też gadżetem, jak ten

Taki, który powstał na bazie zdjęcia zrobionego przez Męża podczas naszej pierwszej zimowej wędrówki nad Morskie Oko

Tych na rękę było już kilka. Marce Casio byłam wierna przez jakieś 20 lat mając dwa bardzo dobre modele. Jesienią skusiłam się na smartwatch. Początkowo faktycznie sprawdzałam kroki itp., później to jednak okazało się zbędnymi funkcjami. Zdecydowanie wolę zegarki w mniej nowoczesnym stylu 😉 I teraz mam takie połączenie retro z nowocześniejszym wyglądem

I tylko jedyne do czego mam ciągle zastrzeżenia to tempo upływu czasu. Nie nadążam łapać tych ziarenek przelatujących przez palce. I nie wiem czy chcę żeby coś już minęło, czy może żeby czas się cofnął…

Sięgnąć gwiazd

Sztuka sięgania gwiazd Chiary Parenti. Jak głosi napis na okładce: „Najbardziej inspirująca książka roku”. Z tyłu znajduje się też porada: „przeczytaj, zrób własną listę i zacznij żyć od nowa każdego dnia”. Przeczytałam, a jakże. To całkiem dobra powieść obyczajowa, bohaterką jest Sole, która po śmierci przyjaciółki zaczyna realizować pewien projekt. Listy lęków do pokonania nie będę jednak robić. Nie dlatego czytam takie książki. Może dla niektórych one są motywatorem, dla mnie nie. Czytam książki o takiej tematyce by poczuć, że nie jestem sama w walce ze strachami codzienności. Autorka książki pisze, że sama taka była/jest, bojąca się wszystkiego, nawet tego co dla innych jest „bułką z masłem”, o czym nawet nie pomyślą, że można się tego bać. Ja też całe życie boję się rzeczy prostych. To jest takie niezrozumiałe dla innych więc się o tym nie mówi by nie narazić się na śmieszność. I tak wystarczy, że sama czuję się z tym czasami jak nienormalna. Gdy zaczęłam jeździć do szkoły średniej to gdy był tłok to całą drogę bałam się, że nie przedostanę się do drzwi, że nie zdążę wysiąść. I strachu nie zmniejszało to, że udało się raz, drugi, tysięczny… myśl o tej obawie pewnie by mi przemknął przez głowę i dziś… dlatego spisanie listy i zrobienie czegoś raz nie eliminuje lęku. Boję się wysokości więc pierwszy raz w góry pojechałam mając 31 lat i najwyżej to pewnie byłam na Nosalu, do Doliny Pięciu Stawów nie dotarłam, nie dałam rady, chociaż było już blisko. Boję się schodów ruchomych więc ich unikam, tylko w Perugii nie było alternatywy i musiałam nimi zjechać. Do żadnego innego miasta nie pojechałam sama. Raz tylko sama wsiadłam do autobusu i pojechałam 100 km dalej, ale tam na przystanku czekał Ktoś. Gdy mam coś załatwić telefonicznie to muszę się mentalnie przygotować, już wolę iść osobiście. Wczoraj tuż przy wyjeździe z parkingu czyścili studzienki burzowe, przez co kawałek drogi był zablokowany, i już się denerwowałam czy sprawnie mi się uda wyjechać, a tu jeszcze jak dojechałam do bramy to zobaczyłam, że pobliski przejazd kolejowy jest zamknięty więc moje wyjeżdżanie dodatkowo jeszcze się skomplikowało (przynajmniej w moim pojęciu, bo dla innych tam nic strasznego nie było). Tylko węża nie bałam się wziąć na ręce i to prawda, że ich skóra jest przyjemna w dotyku. Trudno żyję się w ten sposób, gdy dosłownie walczy się o swoją codzienność i jej normalność, to bywa strasznie frustrujące.

Ale to nic, ja już potrafię sobie radzić na tyle na ile mogę. Teraz pojawia się we mnie inny, dużo większy i poważniejszy lęk. Jak będąc bojącym się życia introwertykiem wychować Juniorkę na kobietę, która z odwagą spojrzy życiu prosto w oczy, zmierzy się z nim i będzie umiała czerpać z niego pełnymi garściami? W książce też trafnie jest pokazane jak lęki rodziców przekładają się na lęki dzieci. Ja też już niestety widzę, że popełniłam błędy na fundamentach pewności siebie mojego dziecka. Jak teraz dalej na nich budować? Kiedy z każdym rokiem trzeba bardziej zachęcać do rozwijania skrzydeł, a nie zamykać drzwiczki klatki i wciąż powtarzać: ostrożnie, uważaj… Boję się, bo nie chcę by Juniorka stała się kimś podobnym do mnie…

Wizualizacja

Wczoraj najpierw była wściekłość. Nie mogąc jednak znaleźć ukojenia lęków, beznadziei i bezsilności w końcu się poryczałam. Myślałam, że introwertyzm będzie moim sprzymierzeńcem w tym pandemicznym świecie. Niestety jak zawsze jest wręcz odwrotnie. Nie jest ze mną dobrze i pewnie długo nie będzie. Na co muszę się przygotować, a „słońce” czerpać ze wszystkiego z czego się da. Czytam kolejną książkę, której tematem przewodnim jest pokonywanie własnych strachów. I chociaż wiem, że jutro z każdą godziną mój stres i lęki będą narastać to dzisiejszy wieczór chcę spędzić z obrazem tego cytatu pod powiekami:

„Gdy docieramy do domu na wzgórzu, Ugo wita nas z otwartymi ramionami.

Morze widziane z jego ogrodu połyskuje niczym bezkresna srebrzysta przestrzeń. Jak na pocztówce. Chciałabym tu zamieszkać, by budzić się każdego ranka w tym pięknym domu, z którego roztacza się zapierająca dech w piersiach panorama.

Subtelne dźwięki fortepianu ulatują przez otwarte okno, docierają do nas, otaczając świetlistą łuną.”

Chiara Parenti

Oczami wyobraźni

Jestem wzrokowcem. Swoje postrzeganie opieram więc na obrazach. To co słyszę też przekładam na obrazy. Zawsze żałowałam, że nie mam zdolności manualnych, nie umiem rysować, malować, nawet z plasteliny nie ulepię nic co ma sensowny kształt. A chciałabym. Chciałabym usiąść z kartką papieru i przelać na nią swoje myśli, przekształcić je w obrazy. W wakacje postanowiłam pobawić się trochę narzędziami umożliwiającymi tworzenie projektów graficznych. I wciągnęłam się. Praca w Canvie sprawia sporo przyjemności i daje większe możliwości niż początkowo sądziłam, bo oprócz pracy na szablonach można pracować na własnych zdjęciach. Do filmików wybrałam Kizoę. A jeszcze mam ochotę spróbować animacji więc Animaker lub Biteable czekają na moją wolną chwilę. Już dawno wiedziałam, że obraz to w pewnym sensie mój świat. I szkoda, że kiedy był czas wyboru nie było jeszcze takich możliwości, a ryzykantka ze mnie żadna więc mam wrażenie, że coś się zmarnowało…

Pada deszcz, jest szaro i ponuro. Nie jest to najlepsza aura do budowania nastroju na poniedziałek przy nie najlepszych wieściach docierających z zewnątrz.

Buka… i wszystko jasne

Przeglądając Internety trafiłam na test: „Którą postacią z Muminków jesteś?”. No i oczywiście, że go zrobiłam. Co wyszło? Za pierwszym razem, że jestem Buką. Po zmianie jednej odpowiedzi, która u mnie wahała się pół na pół wyszedł mi Włóczykij. Ale jak się zastanowię to faktycznie z Buką łatwiej mi się utożsamić. Może dlatego nigdy się Buki nie bałam, jej postać nigdy nie wydawała mi się straszna. A Buka w innych językach to np.: Morra (włoski), the Groke (angielski), la Courabou (francuski).

buka i włóczykij
źródło: Kwejk.pl

W bajkach bałam się kogoś innego. Panicznie bałam się Gorgów, wielkoludów z Fraglesów.

A po głowie, nie wiem dlaczego 😉 chodzi tekst refrenu „children of the revolution”

Neapolitańskie przemyślenia

Różne czynniki sprawiają, że wybieramy tą, a nie inną książkę do przeczytania. Ja ostatnio wybieram na podstawie miejsca akcji. Ale mimo to, niektóre książki wybierają nas, a nie my je. Zagubionych w Neapolu Heddi Goodrich myślałam, że wybieram ze względu na Neapol, miasto w którym kiedyś byłam. Miasto, które wcale nie urzekło, jak zrobiło to pobliskie Sorrento, czeska Praga czy chorwacki Split. „Trudno było uwierzyć, że na świecie istnieje miejsce tak nieuregulowane, męczące i karykaturalne – obdarzone okrutnym pięknem i niewybaczalną brzydotą”. Kończąc lekturę już wiedziałam, że to nie ja ją wybrałam, a ona mnie. Gdy byłam w Neapolu mogłam być jak powieściowa Heddi, może nawet nią byłam. Im bliżej było końca tym bardziej zastanawiałam się czy nadal więcej we mnie Heddi czy jednak Pietro bo też czuję się często „więźniem swojego charakteru”. Czytając (tylko) powieść spojrzałam też z innej perspektywy na własne używanie, może nadużywanie formy trzeciej osoby zaimka osobowego… smutne to wnioski, lepiej się poprawić…

Neapol

„- Luca, co to znaczy, że świat jest książką?

– Świat jest książką, a kto nie podróżuje, nie pozna z niej ani jednej strony.

– To twoje zdanie?

– Przeceniasz mnie, to Święty Augustyn. Dla mnie to znaczy i to, że rzeczy, których warto się nauczyć, nie znajdziesz w książkach.”

Lubię podróżować i poznawać świat w ten sposób. Ale od przeszło 3 lat przychodzi mi to z większym trudem. Ale to już temat na jeszcze inną niż te dwie zawarte tutaj, bardzo osobistą opowieść, może kiedyś powstanie.

Czytanie w okularach mimo, że jest ułatwieniem bywa też utrudnieniem gdy łzy skapują na szkła tworząc na ich powierzchni małe kałuże, literalne jeziora…

mea culpa

Nie umiem się kłócić. Nie umiem walczyć o swoje. Umiem się dzielić. To od początku było powodem stwierdzenia, że: nie mam cech jedynaczki, nie jestem egoistką. Kilka razy, już jako dziecko usłyszałam to z ust obcych ludzi. W końcu sama tak myślałam, że nie jestem egoistką. Teraz już wiem, że egoizm to coś więcej. Teraz już wiem, że jestem absolutnie skupiona na sobie. A efekty tego skupienia zaczynają parzyć nie tylko mnie i będą odczuwalne przez następne kilkadziesiąt lat. Co można zmienić to można, ale ani czasu się nie cofnie, ani nie wszystko jest w zasięgu ludzkiej możliwości.

jabłka

Zimno mi

Jestem zmarzluchem. Cały rok czekam na lipiec. To jest mój miesiąc. Miesiąc, którym oddycham, a jego rozgrzane powietrze powinno wibrować na mojej skórze. Tymczasem od kilku dni termometr za oknem dobrze jak 20 stopni wskazuje. A rozhulany zimny wiatr swoimi lodowatymi palcami bezczelnie dotyka miejsc na moim ciele, które chłodu nie znoszą. Najpierw podnoszę kołnierzyk bluzki, potem zarzucam na ramię ponczo otulając kark jego miękkością. Dla mnie lato zaczyna się od 25 stopni i wyżej. Czekam…

ja

Zimno, „ciemno” i „do domu daleko”… ***** ***