Z kosmetycznej półki

Wakacyjne, często przypadkowe 😉 pozytywne zaskoczenia:

Na wyjazdy lubię brać produkty mini, nie zawsze lubię przelewanie do mniejszych pojemników i tak kupiłam żel do mycia twarzy Tołpa. Urban garden. Stosowałam nie tylko podczas wyjazdu, ale i po powrocie. I z chęcią kupię kolejną tubkę. Bardzo dobrze oczyszcza i pielęgnuje, sprawdził się na mojej tłustej cerze lepiej niż myjący żel matujący tej samej firmy.

Z wyjazdem też wiąże się zapach. Flakoniki perfum zazwyczaj są duże, ozdobne i nieporęczne w sytuacjach gdy chcemy zmieścić je w małej torebce, plecaku tak by były pod ręką, ale nie zajmowały miejsca. Z dużej gamy zapachów Adopt’ wybrałam swoje wody perfumowane, 30ml w prostej, wysokiej butelczce za rozsądną cenę więc wzięłam dwie. Dostępne w drogeriach Rossmann.

Potem Okularnica skusiła serum. Do tej pory używałam jedynie kremów, na co moja skóra od jakiegoś czasu różnie reaguje i generalnie woli zdecydowanie mniej i rzadziej niż więcej i częściej. Kupiłam w zasadzie pierwsze lepsze napotkane serum. Wzięłam nawilżające z kwasem hialuronowym. I byłam w szoku jak idealnie się wchłania i jak fajnie działa na skórę. Dokupiłam sobie jeszcze serum rozświetlające z witaminą C i teraz stosuje naprzemiennie.

I ostatni nabytek. Pianka do mycia twarzy z aloesem i kwasem hialuronowym Garnier. Część kosmetyków myjących sprawia, że moja tłusta cera tuż po umyciu jest szorstka i nieprzyjemnie sucha. W tym przypadku tak nie jest, skóra jest wręcz aksamitna w dotyku i ładnie oczyszczona. Konsystencja ciekawa i wydajna.

Znaczenie wielkości

Różne firmy przyzwyczaiły nas do opakowań ponad miarę. Otwieramy sporych rozmiarów pudełka, a w środku coś dużo mniejszego. A wczoraj z małego pudełka wyjęłam jedynie odrobineczkę mniejszy słoiczek. I zaczęłam się zastanawiać… czy przypadkiem przy zakupie nie pomyliłam kremu do twarzy z kremem pod oczy, sprawdziłam też pojemność bo wydawała się mniejsza niż tych słoiczków, które mam w łazience. Krem jest właściwy, pojemność zwyczajowa – 50ml, tylko opakowania nie oszukujące nas wizualnie i nie wykorzystujące więcej materiału niż trzeba. I fajnie 🙂

średnica mniejszego słoiczka to 4,8cm, pojemność obu to 50ml

Dziś luz blues (kino, kawiarnia, planszówki), jakby jutro nie istniało. A w niebie przecież same dziury, które przez najbliższe 3 tygodnie trzeba załatać. Ale o tym pewnie zacznę myśleć od 4/5 nad ranem.

Kosmetyczne must have z 2021

Kosmetycznych wpisów u mnie mało, ale i ja dziś się dołączę ze swoimi ulubionymi, odkrytymi w ubiegłym roku. Chociaż wszystkie kosmetyczne cuda to mimo wszystko często indywidualna sprawa i szereg parametrów sprawia, że jednemu pasują a drugiemu nie 😉

1. Baza pod cienie Avon Mark – dla mnie trafiona w dziesiątkę, przy mojej tłustej cerze bardzo dobrze przez cały dzień trzymają cień na miejscu

2. Puder matujący Avon Mark – nie roluje się, w miarę dobrze matowi, ładnie wygląda na twarzy to znaczy nie rzuca się w oczy

i tylko szkoda, że chyba oba kosmetyki Avon już wycofał 😦 więc będę musiała znaleźć sobie nowe bo cienie bez bazy u mnie nigdy się nie trzymały…

3. Czarne mydło Dudu-Osun – używam go do twarzy już kilka lat (nie jest więc odkryciem), ale świetnie na moją cerę działa.

4. Szampon balansujący Eveline – od lat szukam dobrego szamponu do włosów przetłuszczających się (niestety w ostatnich latach typowo takich brakowało w ofertach), ten jest dedykowany skórze przetłuszczającej się i normalnej, a efekty jego działania są u mnie całkiem dobre.

5. Kuracja nawilżająca do włosów Isana Anti-Frizz – kosmetyk, który z opisu nie powinien sprawdzać się na moich włosach. Ale znalazłam go w jakimś artykule o włosach elektryzujących się, niestety w zimę strasznie walczę z elektryzowaniem. Kupiłam i faktycznie pomogła. Stosuję w niewielkich ilościach, czasami na mokre, czasami na suche włosy. Stosuję nawet na Juniorkowe włoski.

6. Ananasowy antyperspirant Ziaja – nie lubię ananasa, szczególnie smaku, ale ten antyperspirant polubiłam na tyle, że kupiłam kolejną buteleczkę 🙂

7. Lekki krem Ziaja Baltic – zawsze na swojej tłustej cerze doceniałam działanie alg, a i ten krem dotleniająco – nawilżający ma je w swoim składzie. Moja skóra różnie toleruje kremy, nawet te które niby są dla takiej dedykowane, ale ten się sprawdza i w zasadzie jeżeli używam kremu (bo często lepiej mojej skórze bez takich specyfików) to teraz już tylko tego.

8. Suche dłonie i spierzchnięte usta – tylko i wyłącznie Neutrogena już od lat.

A odwiedzając w tym tygodniu drogerię zauważyłam, że coś się ruszyło w ofercie szamponów do włosów przetłuszczających się, a że nie często teraz osobiście odwiedzam drogerię wzięłam do testowania od razu dwa 😉

  1. Zielony szampon Dermaglin – z zieloną glinką, jestem po pierwszym użyciu i efekt był, włosy dobrze oczyszczone, puszyste i podniesione od skóry. Może na dłuższą metę będzie to mój must have…
  2. Tołpa. Dermo Hair. Przetłuszczanie – tego jeszcze nie próbowałam, ale ma redukować wydzielanie sebum o 7% już po pierwszym użyciu… zobaczymy…

Sól morska

Pierwszy post z zapowiadanej listy. Chociaż Myszka, chyba będzie trochę zaskoczona 😉

Sól kojarzy mi się głównie z dwoma rzeczami. Przede wszystkim jako przyprawa do wytrawnych potraw. Nawet taka kanapeczka z mozzarellą, pomidorem i szczypiorkiem, która króluje wśród moich letnich śniadań, dobrze smakuje ze szczyptą soli. Druga rzecz to oczywiście sól do kąpieli, dla zmęczonych całodziennych chodzeniem stópek. Na ostatnich zakupach Mężu włożył do koszyka coś innego z dodatkiem soli

i chociaż nie znoszę połączenia słonego czy wytrawnego ze słodkim (żadne schabiki ze śliwką itp. przez gardło mi nie przechodzą) to ten mariaż zaskoczył mnie dość pozytywnie. Grudki soli wyczuwalne, ale nie kłócą się z niezbyt jednak słodką czekoladą w tej zawartości kakao. Polecam. Smacznego 🙂

Rekomendacja

Czas odkurzania domu i potem mycia podłóg doprowadza mnie do szału. Zaczęłam więc przeglądać oferty odkurzaczy z funkcją mopowania. Może nie za każdym razem będzie to idealnym rozwiązaniem, ale może choć w części zaoszczędzi czasu i sił. I czytając opinie trafiłam na jedną, która mnie rozbawiła, a jednocześnie dodała wiarygodności 😉 Pani standardowo opisała zalety i wady produktu, a na koniec na potwierdzenie działania dorzuciła: „mam dwójkę dzieci i męża, który wszędzie kruszy”. Mój co prawda nie kruszy, ale rozlewa kawę idąc z kubkiem do góry… I gdyby nie to, że wolę przewodowy by nie dzielić roboty i nie czekać na naładowanie akumulatora (wystarczy dobry przedłużacz) to po takiej rekomendacji brałabym ten model od ręki 😉

Piesa była dziś na kontroli. Dostała nowy kołnierz, bo ten już się do niczego nie nadawał. Wszystko wygląda dobrze więc może już w piątek będzie miała wyciągane szwy. Uf.

Drogeryjny szał ciał ;)

Ze trzy miesiące nie byłam w drogerii. Rzeczy najpotrzebniejsze zamawiałam przez Internet. Ale w paczkomatach tak zimno, że nie wiem czy to dobrze by niektóre rzeczy aż tak się wychładzały. Pojechałam więc wczoraj do sklepu. Na rachunku zobaczyłam tyle, że aż mi się w głowie zakręciło, ale się obkupiłam 😉 Farba do włosów (na razie dalej złoty brąz, chociaż patrząc na ilość siwych odrostów zaczęłam się zastanawiać nad jakimś popielatym blondem, ale to tak na przyszłość, bo to podobno lepiej u fryzjera zrobić, a nie mam teraz ochoty na wielogodzinne tam nasiadówki), szampon, dwie odżywki i spray nawilżający na końcówki. W zasadzie to pierwszy raz w życiu zaczęłam bardziej dbać o kondycję włosów. Kiedyś ważne, żeby było szybko. Nawet suszarki używałam starej i podróżnej, na imieniny Mama zafundowała mi nową z jonizacją (i faktycznie jest różnica). Zmieniam system mycia, co prawda dalej codziennie, ale wyczytałam, żeby skupić się na skórze głowy i skalpie, a na długości to wystarczy aby szampon spłynął po włosach w trakcie płukania. Kupiłam krem do twarzy z olejem konopnym 😉 (w razie jak będę na haju to ja tylko się nakremowałam), będzie „ładnie” wyglądał na półce obok tego ze śluzem ślimaka 😉 i zrobiłam kolejne podejście w szukaniu idealnego kremu nawilżająco – matującego (tym razem wersja z aloesem i pudrem ryżowym). I inne zwyczajowo kupowane specyfiki dla siebie i dla rodziny. Jedynie mojego ulubionego tuszu do rzęs nie było, wzięłam inny, ale tej samej firmy więc zobaczymy. Tylko najlepszych na świecie chusteczek zapomniałam włożyć do koszyka. Ale jak jest siwizna to i musi być skleroza 😉

Pierwsze zakupy 2021

Kalendarza nadal nie mamy. W tym starym, w wersie trwającego tygodnia dopisałam trzy pierwsze dni nowego roku. Zajrzałam do księgarni internetowej, z której kiedyś często kupowałam. Kalendarz Zen się wyprzedał. Zamówiłam sypki brokat ponieważ Juniorka bez niego nie widzi możliwości przygotowania laurek, a dwie w styczniu ma zrobić. Wzięłam też dla niej książkę i grę wspomagającą naukę czytania metodą sylabową bo jest jakaś niepewna i trzeba ją wspomóc. I nie wiem jakim cudem, ale nic dla siebie 😉

Kalendarzowe wyboje

I w moim i w Męża domu kalendarz ścienny zawsze był wieszany, to i w naszym wspólnym domu w kuchni jest stałe miejsce dla kalendarza. Zawsze był kupowany, ale w zeszłym roku książę KRUS przysłał bardzo ładny kalendarz (że też król ZUS za te horrendalne składki nie może…), ale w tym roku kalendarz nie przyszedł. A ja wcześniej nic nie kupiłam. Jeszcze przed Świętami wpadł mi w oko kalendarz Podróże, niestety już niedostępny. W ogóle dostępne to w większości takie, które mnie nie interesują… Ale następny wybór padł na Zamki i pałace. Udało mi się znaleźć miejsce, gdzie nadal był w sprzedaży. Wrzuciłam do koszyka, a że był dostępny kalendarz Pana Kuleczki to Juniorka zażyczyła go sobie do swojego pokoju, oprócz tego wzięła puzzle z ferajną Pana Kuleczki ;). I okazało się, że do darmowej dostawy brakuje mi 2zł, zaczęłam przeglądać ofertę, ale nic za taką kwotę nie spodobało mi się… dorzuciłam więc powieść Chmielarza za 25 ;). I zamówienie poszło. Wczoraj odebrałam, ale w paczce mojego kalendarza nie było. Po wymianie maili okazało się, że niestety się wyprzedał… I w ten sposób kalendarza póki co nie mamy (chociaż dziecko nawet skłonne by było podzielić się swoim). Przeglądam dostępne oferty i… po tych wszystkich przebojach Zen będzie chyba najlepszym wyborem 😉

(nie)Do pary

No to wczoraj padły dwa ostatnie bezwirusowe bastiony. Co też oczywiście było do przewidzenia. Ale i tak długo się trzymaliśmy. Ale do brzegu, bo nie o wirusie dzisiaj… ileż można. Ostatnio kupiłam kilka par nowych skarpet. W większości jednokolorowe tak żeby były uniwersalne, ale wzięłam też jedną kolorową bo teraz taki trend. A trendy to są takie, że skarpetki mają jakby… motyw przewodni 😉 co oznacza, że para nie koniecznie wygląda jak para 😉 A ja jednak starej daty widać jestem bo niezupełnie do pary się w tych skarpetkach czuję 😉 Trochę mam wrażenie jakbym ubrała się pod akcję otagowaną hasłem #zespółkolorowychskarpetek, która odbywa się w Światowy Dzień Zespołu Downa, który wypada 21 marca. Na razie tak chodzę (znaczy w domu chodzę 😉), ale jak zaraza się skończy to chyba kupię sobie drugą taką parę i skompletuję parę w staromodnym znaczeniu 😉

skarpety
liście, papugi i piórka do pary 😉

Klapka

Od kiedy pojawiły się telefony komórkowe zawsze najbardziej podobały mi się te z klapką. Miałam dwa, motorolę i samsunga. Miałam też slidera, do którego najpierw podchodziłam z rezerwą, ale potem go polubiłam. Wraz z pojawieniem się ekranów dotykowych klapki zaczęły z rynku znikać. Obecnie większość smartfonów ma, jak dla mnie, absurdalnie duży rozmiar. Miesiąc temu podpisując nową umowę zostawiłam sobie stary telefon. Po pierwsze: ponieważ nadal dobrze działa i jego rozmiar mi odpowiada. Po drugie: skoro urządzenie, które mam działa to nie będę niepotrzebnie generować nowego elektrośmiecia. Ale w sprzedaży pojawiają się „cuda”, które bez względu na parametry wzbudzają mój zachwyt 😉

zflip

Na razie coś takiego kosztuje 6 600 zł (czyli moje dwie pensje netto i jeszcze odrobinka trzeciej) więc technologiczną nowinką lansować się nie będę 😉 Ale jak już będzie dostępny dla możliwości finansowych budżetówki to sobie taki, składany sprawię 🙂

 

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij