Kwarantanny i inne takie

Zapewne nikomu nie uszedł uwadze wczorajszy news z każdego serwisu, że minął rok od pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem w naszym kraju. I znowu zrobili zamieszenia wokół tego biednego człowieka, któremu taka sława na pewno nie służy… Rok to bardzo długo, a niestety myślę, że jeszcze jeden taki przed nami… U nas właśnie trwa częściowa kwarantanna. Koleżanka z wynikiem pozytywnym. Teść innej koleżanki właśnie zmarł z powodu Covida. Przekonałam się też jak to interes pracodawcy jest ważniejszy niż zdrowy rozsądek. Sanepid przecież wszystkiego nie sprawdzi, mają wystarczająco dużo roboty, żeby dociekać. I może to właśnie jedno z tych nieodpowiedzianych zachowań, przez które to wszystko się tak ciągnie… Trudny tydzień już prawie za mną, niestety trudniejszy przede mną. Chyba przez to cieszę się na weekend, jednocześnie się nie ciesząc. Boli mnie głowa.

A rano tak pięknie prószył śnieg.

Domorosłe fryzjerstwo

Pandemia uruchomiła w nas przeróżne umiejętności 😉 dla mnie jest to fryzjerstwo 😉 chociaż pierwsza próba w tym temacie to była klapa 😉 Pierwszy był Mąż i strzyżenie maszynką, niby nic trudnego, ustawić długość, przyłożyć do głowy i ziuu. Ale to ziuu to jakoś tak nierówno szło 😉 i w efekcie Mężu sam się obgolił 😉 a ja powiedziałam, że nigdy więcej się za to nie wezmę. I nie wzięłam, Mężu jako jedyny w rodzinie chodzi do fryzjera. Druga była Juniorka i jej długie włosy, które stawały się coraz bardziej uciążliwe w codziennej pielęgnacji. Posadziłam dzieciaka na krzesełku, wzięłam nożyczki – krawieckie 😉 i ciach. Wyszło nadzwyczaj dobrze, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Potem przyszła kolej na moją Mamę i strzyżenie odrobinę pod uchem, wykonane dwa razy. Ja też nie byłam u fryzjera od stycznia 2020. Farbuję i tak w domu, fryzura zapuściła się na dłuższą formę, z której moja Mama wyrównała końce. Ostatnio po raz trzeci wzięłam na warsztat włosy Juniorki. Nożyczki ciut za wysoko się przyłożyły i w pierwszej chwili pomyślałam: o rety, za krótko. Włoski sięgają jej teraz tak do ramion. Na szczęście fanka długich włosów nic na ten fakt nie powiedziała. A z kolei kitki, które ma dziś uczesane wyglądają cudnie przy tej długości, takie dwie fajne kulki z włosów 😉 Zatem strzygę dalej 😉

Maseczkowy zawrót głowy

Mój Mąż przez długi czas używał maseczek jednorazowych. Ale w końcu i jemu kupiłam wielorazowe, przecież Juniorka i ja mamy całe kolekcje bawełnianych masek. A tu teraz rekomendowane certyfikowane medyczne i z filtrami. Zaczęłam się więc rozglądać za takimi właśnie, ale sensownymi. Ostatnie Małżowe były bardzo… hm… chińskie w wykonaniu. Dla nas pewnie zdecyduje się na takie z lokalnym zakładów opatrunkowych. Typu KN95 z filtrem ffp2 też bym chciała i może uda się wyłonić dobry produkt. Ale z małą buźką Juniorki mam problem, to co znajduję to najczęściej wysyłka prosto z Chin, pośredniczona przez sklepy o dziwnych nazwach. A też chciałabym żeby mogła nosić maseczkę dobrej jakości. I tak przeglądam te maski nie mogąc wybrać tych najlepszych i myślę sobie jak to bym chciała szukać maski, ale nie takiej… tylko takiej np na karnawał w Wenecji… założyć ją i uwodzić wzrokiem…

Na oścież

Jadąc do pracy mijam hotel w zaadaptowanym na ten cel XIX wiecznym dworku, który okala park. Piękne, ciche miejsce z dala od miasta, ale jednak w jego pobliżu. Przez czas hotelowego lockdownu na głównej bramie wisiał łańcuch z kłódką. Smutny to był widok dla pałacyku, w którym swego czasu bywał Fryderyk Chopin. Teraz, gdy brama jest otwarta na całą szerokość to jakoś tak czuje się, że to miejsce żyje. Mniej więcej rok temu szukałam hotelu na rodzinny weekendowy wyjazd. Nie mogłam się zdecydować czy morze, czy Mazury. Przyszła pandemia i nigdzie nie pojechaliśmy… do dziś. Co prawda znajomi w okresie świąteczno – noworocznym naciągnęli teorię wyjazdu służbowego (bez komentarza) i pojechali do Sopotu, ale wrócili… z COVIDem… Teraz nadciąga trzecia fala, Mazury znów zamknięte… Może latem się uda…

TanteTati/pixabay

Walka o przeciwciała

AstraZeneca właśnie opublikowała w ‚The Lancet” wyniki badań, z których wynika, że odporność wzrasta do 81% gdy druga dawka podana jest po 12 tygodniach, podanie jej po 6 tygodniach to skuteczność na poziomie 55%. Drugą dawkę mam 5 maja więc jest nadzieja 😉 A jak było? Gdy już się mentalnie nastawiłam na to co mi będzie i jak będzie (ja tak mam, że wolę przygotować się na gorszy scenariusz) to na szczepienie szłam ze spokojem. Dopiero kwalifikacja u lekarza mnie zestresowała, gdy doszło do rozmowy o Obrzęku Quinckego i padło pytanie czy wtedy podano mi sterydy czy adrenalinę. Bo jak adrenalinę to nie mogą zaszczepić mnie bez konsultacji alergologicznej i będę musiała mieć przy sobie autostrzykawkę z adrenaliną. Oczy zrobiły mi się jak 5 złotych bo gdy wystąpił obrzęk miałam 7 czy 8 lat i jedynie pamiętam, że w szpitalu podawali mi coś w kroplówce. Podejrzewam, że to były jednak sterydy i podobny incydent nigdy już nie zaistniał więc mnie zaszczepili i kazali poczekać przed wyjściem 30 minut. Po powrocie do domu zrobiłam 3 prania i udało mi się je powiesić, a nawet trochę pomalować zanim się zaczęło. Pierwszy pojawił się ból głowy taki z serii migrenowych z zawrotami i nudnościami i zaczynał się ból ramienia. Po około 10 godzinach od zaszczepienia zaczęły się bóle mięśniowe i wahania temperatury od 36,2 do 38,1. Niedzielę przeleżałam, wszystko mnie bolało (a ręka bolała bardzo przy najmniejszym ruchu), osłabienie takie, że jak chciałam się trochę umyć to zrobiło mi się słabo. Nie wystąpiło jednak nic o czym nie zostałabym uprzedzona przez lekarza. Większość z naszego grona czuła się właśnie w ten sposób. Czyli tak po prostu działają szczepionki tzw. wektorowe. Po 48h po szczepieniu w zasadzie pozostał mały ból ramienia, inne dolegliwości ustąpiły. Tylko nie wiem czy dzisiejszy płacz wiszący na czubku nosa to odczyn poszczepienny czy przyczynił się do tego Małżu…

22 grudnia 2020

Ostatni dzień przed przerwą świąteczną. Ten dzień zawsze był pełny gwaru, ruchu, zewsząd płynących życzeń, dzielenia się opłatkiem, uścisków, radości. Czuło się atmosferę Świąt i było się częścią ogólnoszkolnej społeczności. Dziś, chociaż choinki na korytarzach stoją przystrojone i zerówki mają swoje zamknięte wigilie klasowe, to jednak jest cicho i nijako. Taki zwykły, szary dzień z padającym deszczem.

PIMS

Na początku mówiono, że dzieci to w grupie najmniejszego ryzyka, że covid przejdą bezobjawowo lub bardzo lekko. Mówiono też, że szkoły nie będą transmiterem wirusa… Tymczasem szkoły trzeba było zamknąć. A od dwóch dni ciągle się mówi o PIMS-TS, skrót może śmieszny, ale przebieg pocovidowego pediatrycznego wieloukładowego zespołu zapalnego to już bardzo poważna sprawa. Relacje rodziców, którzy często nawet nie wiedzieli, że ich dziecko przeszło covid, a tu nagle pojawiają się takie problemy przyprawiają o gęsią skórę i przerażenie w oczach. Odliczam tygodnie, dni, godziny do przerwy świątecznej i ferii by nie musieć przywozić Juniorki do zerówki…

Wk…

Psu o dupę to wszystko potłuc. Organizacja pracy zaczyna wchodzić w opary absurdu sięgające kosmosu. I jak przez ten tydzień z chęcią przygotowywałam filmiki, prezentacje by wspomóc koleżanki, ogarniałam nowe aplikacje i programy by to wszystko było jeszcze atrakcyjniejsze. Tak teraz to mam ochotę napisać rezygnację z pracy albo niech mnie wyrzuci za piorun na profilu skoro mają kablować za poglądy.

Plącze się

Sprawy się komplikują. W pracy kolejna koleżanka z pozytywnym wynikiem testu. Dzieci z grupy Juniorki w nadzorze epidemiologicznym do piątku, inne w kwarantannie. Ja nie, bo przecież kontakt z dziewczynami nie przekraczał 15 minut. Co będzie od poniedziałku, nie wiem? Zerówki są oddziałami przedszkolnymi tylko tyle, że w szkole więc powinny pracować stacjonarnie. W stolycy jednak chyba zapomnieli, że organizacja pracy zerówek w szkołach nie jest taka prosta gdy klasy młodsze nie pracują. Dowozy, świetlica po zajęciach (które w zerówce trwają 5h), obiady, godzina religii, godzina angielskiego, ewentualne zastępstwo… Nawet jak ja w poniedziałek będę wracała do pracy to Juniorki chyba na te 2 dni nie puszczę… Mężu właśnie się położył bo boli go głowa (ale od kilku dni od rana do nocy, praktycznie non stop słucha audiobooków przez słuchawki…), pali go w płucach (ale chociaż wiatr był dziś nieprzyjemny to Jemu ciepło, chodził w sweterku i z gołą szyją…) Ręce coraz bardziej opadają na to wszystko. I chociaż mnie izolacja nie przeszkadza to jednak coraz bardziej marzę o powrocie normalności, chociaż ta pewnie nie tak prędko będzie mogła powrócić. Jak będzie wyglądał świat przez najbliższe miesiące? Czy wystarczy powiedzieć: oby do wiosny?

Wszystko inaczej

1 listopada i 10 stopni na plusie. Ciepło. A pamiętam śnieg i mróz, który w ten dzień już zawsze leżał na grobach gdy byłam dzieciakiem.

Pandemia. Cmentarze zamknięte. Co prawda i tak dzisiejszego dnia bym nie szła zapalić świeczkę więc ta decyzja nie budzi we mnie oburzenia. Na grobie mojego Taty w piątek rano była Mama z moim Mężem. Położyli kwiaty, ustawili znicze, ja pójdę innego dnia. Gdy było już wiadomo o zamknięciu cmentarzy jeszcze wieczorem pojechałam z Mężem na grób jego rodziców i dziadków. Pamięć o zmarłych to też nie tylko ten jeden dzień. Pamięć o Nich trzeba mieć w sercu.

Od jutra na cały tydzień moja szkoła w całości przechodzi na tryb pracy zdalnej. Okazało się, że wynik pozytywny ma nauczycielka angielskiego, która uczy w każdej klasie młodszej. Najbezpieczniejsze są jeszcze dzieci z grupy Juniorki bo tylko u nich lekcja przepadła. Inne trafią na kwarantannę. Ja z koleżanką w tygodniu też rozmawiałam, ale w maseczce i nie przez 15 minut więc może kwarantanna mnie ominie. I tak ten październikowy kupon nr 2 został odcięty małym bo naszym wewnętrznym lockdownem.