Skandynawka

Internety co i rusz podrzucają różne quizy i testy. Ostatnio na moją ukrytą narodowość. I wyszło, że jestem:

No cóż, jak się tak zastanowię to… czemu nie. Nie raz uroda Finów wpadała mi w oko. Norweskimi Lofotami zachwyciłam się już dzięki samej wyobraźni czytając „Hardą” i „Królową”, ich opis tam jest równie piękny jak zdjęcia, które później oglądałam. A Szwecja? No cóż, że ze Szwecji 😉 też może być 😉 Jedno jest pewne: swoim introwertycznym usposobieniem dobrze wpasowuję się w chłodną skandynawską mentalność. Problem jest tylko jeden, nie znoszę zimnej pogody, brr!

Lofoty, trondmyhre4/pixabay

Tymczasem dziś mam wrażenie, że mieszkam w Anglii. Pada od samego rana i końca nie widać. Całe wyjście na dwór zakończymy na przejściu z domu do garażu i z parkingu do sklepu. Akwarystyczny dziś otwarty więc jedziemy po rybki danio i ślimaka. Juniorka już nie odpuści, nawet w ulewę. A jakby komuś wyszło, że tą ukrytą narodowość też ma polską i chciałby doświadczyć wiejskiej sielanki to proszę, obok cienia można kupić dom 😀 w sumie to mam nadzieję, że zamieszka tu jakaś fajna rodzinka z dziećmi w podobnym do Juniorkowego wieku…

Życia cud

28 kwietnia bardziej czuję fakt bycia mamą niż w Dzień Matki. I chociaż Juniorka nie zawsze chce mieć to, co modne. I chociaż wolę by nie podążała ślepo za wszystkim. To gdyby trzeba było, to szukałabym po świecie lodów ekipa jak inni rodzice 😉

„Ach mamą być” 😉

Operacja: Wielkanoc

Tydzień temu całkowicie nie miałam ochoty na żaden świąteczny czas. Jedyne czego chciałam to: SPOKÓJ, możliwość odpoczynku (takiego totalnego, a nie będącego efektem zmęczenia po tych całych przygotowaniach) czyli inaczej: zaszyć się w niebycie. Do tego grafika, którą ostatnio widziałam dała też do myślenia w kwestii prawa do świętowania. Grafika przedstawiała dwie osoby: mężczyznę, który mówi, że jest katolikiem… ale niepraktykującym i kobietę twierdzącą, że jest wegetarianką, ale niepraktykującą więc na obrazku z apetytem zjadała pałeczkę z kurczaka. No i jak się zastanawiam to dochodzę do wniosku, że faktycznie gdy chodzę do Kościoła od wielkiego dzwonu to nie mogę mówić o przeżywaniu Świąt w pełnym tego słowa znaczeniu, ja jedynie celebruję niektóre tradycje. Ale jednak jak je celebruję, wpajam je dziecku to dziecko „pilnuje” by były zachowane. Od czwartku Juniorka wpadła w trans przygotowań 😉 To już nie jest mówienie o Świętach, to są porządki (tak, moje dziecko samo z siebie zaczęło sprzątać – szok), to jest produkcja dekoracji i planowanie co kiedy musi być zrobione. No i cóż, no i się udzieliło 😉 Nakupowałam „koszulek” do dekoracji jajek, barwników spożywczych i ryżu bo widziałam prosty sposób na zabarwienie pisanek (więc wypróbuję), pomysły na potrawy też powstały. Także może nie do końca jak należy, ale tradycje po naszemu będą zachowane. A tymczasem odpowiednimi printami na sukienkach promujemy z Juniorką wiosnę 🙂

W drodze…

Nasze życie to pewnego rodzaju droga. Najwyraźniej to czuć w dniu ślubu w życzeniach: wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ta droga jest niby jedna, a składa się jakby z kilku. Rodzicielstwo też jest drogą. Czasami prostą, szybką i z pięknymi widokami. Innym razem wyboistą, stromą i z karkołomnymi zakrętami. A my na tej drodze jesteśmy drogowskazami dla naszych dzieci. Wczoraj nie tyle szukałam zapomnienia co rozwiązania. Na wychowawczej ścieżce Juniorki postawiłam znak ostrzegawczy, dodałam kilka informacyjnych… ale wiem, że dziecku nieśmiałemu wobec rówieśników ciężko będzie je zastosować. Głowię się w jaki sposób jeszcze ją wesprzeć by sobie poradziła? Jak nauczyć czegoś, co samemu się ledwo umie, a wypracowywało się to latami? Dróżka Juniorki zboczyła na manowce i jak sugestie z ostatnich rozmów nie poskutkują to będzie konieczne zastosowanie znaków zakazu i nakazu… a tego bym nie chciała, bo może naprostuję kurs, ale kosztem jeszcze większych Juniorkowych emocji i niekoniecznie nauczę tego, czego bym chciała…

MEM

Na fanpejdżu Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży pojawiło się wczoraj jedno z trafniejszych podsumowań obecnej sytuacji. Na czarnym tle biały napis: „W tym miejscu byłby śmieszny mem, ale nie ma, bo okazuje się, że sami żyjemy w memie. Ale niestety nie śmiesznym, tylko takim, k***a smutnym.”

I cóż… nie sposób się z tym nie zgodzić. Tak, żyjemy w jakimś dziwnym, chorym memie. Jako części składowe, tylko nie wiem czy bardziej tło czy dekoracja, popapranej rzeczywistości udającej spójny obrazek jak w Matrixie jakimś. I tylko nie wiadomo czy to incepcyjne wahadełko w końcu zatrzyma się i przewróci czy będzie kręcić się w nieskończoność… „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat. Ja wysiadam!”

Dzień Tłustych Pączków, doczekałyśmy się z Juniorką. Wyczekiwany bo na co dzień nie jemy pączków. Pierwszy już za mną, dobry bo od pań z KGW. Ale te najlepsze, Mamine 🙂 dopiero rosną.

Sen o normalności

Pobudka była dziś wczesna. Juniorka przebudziła się po 4 i mimo prób (najpierw w asyście taty w swoim pokoju i późniejszym przyjściu do naszego łóżka) nie mogła zasnąć. A to trzeba było przytulić, a to za rękę potrzymać, a to po głowie pogłaskać. Wiem, że taka jej potrzeba bliskości już prędzej nie później odejdzie w zapomnienie, więc cierpliwie starałam się utulić to, co nie dawało jej spać. Zresztą i ja często potrzebuję poczucia jej bliskości obok mnie. W końcu zasnęła o 6. Ja wstałam o 6:30. A dzień dziś długi bo i stacjonarnie i popołudniu zebranie on-line. Weekend zbytnio relaksujący się nie zapowiada bo to natłok myśli do przeanalizowania, wertowanie ministerialnych stron by może znaleźć odpowiedzi na pytania, które w medialnych komunikatach nawet nie istnieją, i krótki termin na podjęcie decyzji. Mimo, że izolacja ogólnie nie jest mi straszna to jednak jestem zmęczona pandemią. Pokazała inne oblicze życia i doprowadziła do wniosków, które w normalnych warunkach może by nie zaistniały. I nawet ciężko powiedzieć, że to dobrze, że można było sięgnąć gdzieś w głąb siebie… bo co, w tych czasach (gdy ludzie tracą pracę, wieloletnie biznesy) przewracać na przykład do góry nogami swoje stabilne życie zawodowe… Coraz częściej chciałabym obudzić się w normalnym świecie. Nie takim po pandemii, tylko w takim, w którym pandemii nigdy nie było. W życiu toczącym się po dobrze znanych torach…

Małżeńskie fazy

Na jakimś portalu kobiecym trafiłam na artykuł o 9 fazach przez które przechodzi małżeństwo.

  1. Optymistyczna panna młoda
  2. Żona idealna
  3. Dziecko w centrum uwagi (w tej fazie wiele par już się rozstaje)
  4. Jedno łóżko, dwa marzenia (w tą fazę się wchodzi około 9 lat po ślubie)
  5. Dwa pokoje, dwa łóżka
  6. Kryzys wieku średniego (w okolicach 20 rocznicy ślubu. A co jeżeli metrykalnie to my tak jakoś w wieku średnim już teraz, a nasze małżeństwo przechodzi dopiero z fazy 3 do 4? Będzie gorzej i będą dwa kryzysy wieku średniego? 😉 )
  7. Druga szansa
  8. Balsam
  9. Dojrzała, partnerska miłość

A na artykuł zerknęłam ponieważ nie tak dawno sama zastanawiałam się nad naszym związkiem od bycia parą po dzień dzisiejszy. Niezaprzeczalnie żaden związek nie jest jednostajny i przechodzi różne fazy. I tak pierwsze 5 lat to były różowe okulary. Kolejne 5 lat to czas, w którym okulary opadły. A ogólnie pozbawiony różowego filtra świat zaczął różnie oddziaływać na to, co w małżeństwie. Czas, w którym pojawiło się wiele różnic, sprzeciwów, wątpliwości, a nawet pewne wzajemne oddalenie. Teraz? Teraz mam wrażenie, że wchodzimy w kolejną fazę, może nie koniecznie z tej listy, ale widoczna jest pewna zmiana jakości. To jakaś próba uchwycenia balansu pomiędzy tym, co w nas różne (a jest tego dużo) i ponownym zbliżeniem. I o to chyba w małżeństwie chodzi, o właściwy balans. Czy go osiągniemy? Zobaczymy…