Znaczenie wielkości

Różne firmy przyzwyczaiły nas do opakowań ponad miarę. Otwieramy sporych rozmiarów pudełka, a w środku coś dużo mniejszego. A wczoraj z małego pudełka wyjęłam jedynie odrobineczkę mniejszy słoiczek. I zaczęłam się zastanawiać… czy przypadkiem przy zakupie nie pomyliłam kremu do twarzy z kremem pod oczy, sprawdziłam też pojemność bo wydawała się mniejsza niż tych słoiczków, które mam w łazience. Krem jest właściwy, pojemność zwyczajowa – 50ml, tylko opakowania nie oszukujące nas wizualnie i nie wykorzystujące więcej materiału niż trzeba. I fajnie 🙂

średnica mniejszego słoiczka to 4,8cm, pojemność obu to 50ml

Dziś luz blues (kino, kawiarnia, planszówki), jakby jutro nie istniało. A w niebie przecież same dziury, które przez najbliższe 3 tygodnie trzeba załatać. Ale o tym pewnie zacznę myśleć od 4/5 nad ranem.

Aby do lipca

Wczoraj już rankiem śnił mi się sen, którego „fabuła” była bardzo irytująca. Irytująca mnie ze snu, ale i mnie śniącą. Obudziłam się na 40 minut przed budzikiem, oczywiście realnie poirytowana nierealnym snem. Zasypiać już nie było po co i nie było jak, w tym stanie emocjonalnym. Wstałam, naładowana złością i źle nastawiona do budzącego się dopiero dnia i powrotu do pracy. Wychodząc z pracy zapomniałam lunchboxa i apaszki. W domu ogarnęła mnie taka senność i zmęczenie, że lekcje z Juniorką odrabiałam na siłę.

Dziś obudziłam się prawie 2 godziny przed budzikiem. Dlaczego? No cóż, od jakiegoś czasu zdarza mi się to coraz częściej. Co oczywiście nie wpływa korzystnie na komfort funkcjonowania przez cały dzień. Pogłębia to tylko zmęczenie i zniechęcenie.

Zawodowo teraz bardzo trudny czas przede mną, na hiper wysokich obrotach, ze stresem sięgającym zenitu. Próbuję mieć na to, za przeproszeniem, wywalone i po prostu działać… ale tak do końca to się nie da. Bardzo już potrzebuję czegoś całkowicie odmiennego, co pokazały mi dni, w których dochodziłam do siebie po chorobie. Potrzebuję nocy, w których będę spać spokojnie, tyle ile potrzebuję, w godzinach w których potrzebuje tego mój organizm. Potrzebuję spokojnych poranków zamiast zrywania się z obawą jaki dzisiejszy dzień będzie. Potrzebuję dni, które wypełnić może słońce i świeże powietrze, dni które mogę swobodnie regulować pod siebie, dni w których znowu będę patrzeć i widzieć Świat, smakować go i doceniać zamiast codziennego przedzierania się przez życie. Potrzebuję niespiesznych wieczorów zamiast gonitwy za dniem następnym. Potrzebuję relaksu, a może nawet resetu.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Tymczasem pora spać by jutro lepiej funkcjonować. Ale Mężu zajęty przy pilnowaniu pól przed dzikami wchodzącymi w szkodę więc wróci pewnie o godzinie 1 lub 2. A ja, jakkolwiek infantylnie to brzmi, nie lubię – nie potrafię zasypiać gdy nie ma Go obok mnie.

W poszukiwaniu utraconego

„Jeszcze chwilę temu byłaś młoda i beztroska, a teraz wkurza cię, że ktoś zapakował zmywarkę nie w taki sposób, jak jest najlepiej.”

Przeczytałam w zeszłym tygodniu i aż we mnie zabulgotało potwierdzenie, że TAK, że WKURZA, wkurza jak nie wiem co. UPS, co to się z człowiekiem przez te lata stało? Nie wiadomo jak beztroska to też nie byłam, ale… ale na pewno było w moim życiu więcej radości. Teraz wszystko jest tak strasznie na poważnie, aż do (za przeproszeniem) porzygania. I mierzi ta świadomość, bo jednak tęsknie za innym czasem, tamtym czasem. Przecież kiedyś nawet robienie zakupów w spożywczym potrafiło być fajne, a teraz chociaż dalej duże zakupy robimy wspólnie to jednak oboje robimy to z niechęcią i poczuciem straty czasu.

W tym tygodniu przerzucając bezcelowo kanały trafiłam na reportaż o Urszuli, w którym zaśpiewała „Na sen”. Odgrzebałam w pamięci tekst sprzed lat. I nie. To nie jest na sen. To jest na PRZEBUDZENIE!

Kamyczki pod kocem

Leżę i patrzę w niebo.

Przez sypialniane okno, bo pochmurzyło się i ochłodziło.

Zajadam kruche ciastka z marmoladą pośrodku. I myślę.

Myślę, o tym, że jeszcze tylko kilka dni i trochę słońca i zrobię idealne zdjęcie z rzepakiem aż po linię nieba. Kadr nie zakłócany przez linie energetyczne ani dachy domów na horyzoncie. Tak, jest takie miejsce za stodołą.

Myślę o tym moim patchworkowym krajobrazie, który nie jednemu szukającemu wytchnienia mieszczuchowi by się spodobał i mimo to, chciałabym by inny widok mógł być za moim oknem.

Myślę, że mam ochotę na jakiś rodzinny, maleńki wyjazd. Wspominam wrześniowy wypad do oliwskiego ZOO. Było miło i odprężająco. Potrzebuję czegoś takiego. Majówkowy czas nad pobliskim jeziorem wypadł średnio. Nasłuchaliśmy się młodzieżowych mocno niecenzuralnych dialogów do tego stopnia, że nawet Mąż stwierdził, że nastolatki teraz są bardzo agresywne. Niezbyt to optymistyczny wniosek w perspektywie dorastania Juniorki.

Myślę nad ostateczną wersją projektu. Baza już powstała. Zrobiłam własne zdjęcia skoro regulamin dopuszcza wykorzystanie grafiki z tylko jednego komercyjnego źródła (do którego nie mogę się nawet zalogować nie mając konta na PayPal ani karty kredytowej). Teraz tylko dopracować szczegóły. I… 😉

Nie myślę, o jutrzejszym powrocie do pracy.

Photo by Liza Summer on Pexels.com

3001. Nierzeczywista rzeczywistość

Takie wydarzenia sprawiają, że nie do końca się dowierza rzeczywistości, która się dzieje. Ale przecież ten typ emocji nie pierwszy raz mi towarzyszy. Pierwszy raz taki lęk odczuwałam po atakach na World Trade Center, a potem były kolejne konflikty. W ciągu ostatnich 12 lat dwa razy śnił mi się czołg na naszym podwórku z lufą skierowaną w kuchenne okno, a my siedzieliśmy pod parapetem tego właśnie okna. To jednak tylko sen. Natomiast obrazy z Ukrainy czy granicy sprawiają, że lecę mi łzy. Łzy, ale wzruszenia, lecą mi na widok otwartych ludzkich serc, którzy chętnie ruszają z pomocą. Sama też dorzucam co mogę i gdzie mogę. Zapasów paliwa, produktów ani gotówki przy tym nie robiąc. Moje mieszkanie po dziadkach od kilku lat wynajmuje Ukrainka więc jej rodzina ma zapewnione spokojne lokum. Dorosłe dzieciaki z rodziny wśród znajomych zorganizowały prywatną zbiórkę na rzecz swoich przyjaciół ze studiów, którzy są w Kijowie. Kuratoria sprawdzają kto porozumiewa się ukraińskim bądź rosyjskim. Powoli przychodzi pewne uspokajanie emocji bo krzepiąca jest myśl o tym, że jednak człowieczeństwo i poczucie empatii jednak w ludziach istnieje. I chociaż to zapewne chwilowe to jednak na ten czas jednoczy. Bo początek był naprawdę trudny, gdy w czwartkowe popołudnie samoloty nad naszymi głowami latały jak szalone. Co prawda od razu były artykuły o wzmożonym ruchu wojskowych odrzutowców, cystern przeznaczonych do tankowania w powietrzu i innych tego typu oficjalnych jednostek widocznych na aplikacjach typu flightradar to jednak huk tych silników jest na tyle donośny i złowrogi, że skóra cierpła. Jeden całe popołudnie robił kółko Gniezno – Inowrocław – Toruń. Teraz też latają, ale już z mniejszą częstotliwością albo przynajmniej zmieniły korytarz powietrzny, uf. I chociaż jeszcze pewnie wiele ciemnych chmur zawiśnie nad kolejnymi dniami to mając nadzieję w działaniu (nawet tym maleńkim) to może przyjdzie niebiesko – żółta wiosna… tylko nie możemy być obojętni i mówić, że nas to nie dotyczy.

Co do pracy to miałyśmy z koleżanką rację. Końcówka tygodnia to już były pełne ręce roboty. Gardło mam tak zdarte, że aż boję się jutra. Głowa boli od trzech dni, ale to też z nadmiaru myśli i emocji, których nie mogę skanalizować poza wypisaniem się tutaj. Spokojnego tygodnia.

Z duszą na ramieniu

Wstałam, a tu wszystko pokryte szronem. W nocy był mróz. Po wypadku boję się takich warunków. Droga w przewadze była biała, a co za tym idzie śliska. Skupiona maksymalnie na drodze i prędkościomierzu jadę z dzieckiem siedzącym cichutko z tyłu i słyszę doniesienia radiowe o inwazji rosyjskiej. W sumie mnie nie dziwią, to nie ten typ, żeby odpuścić bo wtedy czułby się przegrany. Ale spięłam się jeszcze bardziej. To jednak wojna i to bardzo blisko nas. A może zabór rosyjski to też część ich imperium? Ja z zaboru pruskiego, ale co to ma za znaczenie… W internetach z jednej strony pojawiający się lśniące lukrem pączucie, z drugiej nakładki z ukraińską flagą. Jesteśmy solidarni… Z trzeciej strony skomasowany atak przypuszczą trolle, których zadaniem będzie jak najszerzej rozsiać ziarno nienawiści do ukraińskich emigrantów. Już w niedzielę była mowa o takich portalach, które czekają na hasło. A podatny grunt znajdzie się na pewno. Zdjęcia Kijowa to sznur samochodów próbujących wyjechać z miasta… W Internecie czytam co powinno się według zaleceń znaleźć w plecaku ewakuacyjnym ukraińskiego ucznia oraz w takowym plecaku klasowym. Straszne. Chociaż sporo uczniów już dziś zapewne nie poszło do szkoły.

Czy od II wojny naprawdę minęło tak dużo czasu, że historie dziadków są już traktowane jako bajki z zamierzchłej przyszłości i jakoś tak odseparowane od obecnych czasów…? Na pewno inaczej widzą to ludzie, którzy w pośpiechu pakują najważniejsze rzeczy by życie ratować ucieczką. Obserwując napiętą sytuację na świecie już dawno i nie raz (choć trochę w żartach) zdarzało nam się z Mężem rozważać co by było gdyby w obliczu wielkiego zagrożenia czy to wojną czy katastrofą klimatyczną przyszło uciekać z domu… Dopóki by było paliwo to mamy ciągnik (pojedzie niemal w każdym terenie) i przyczepę, na którą sporo da się załadować… to dopóki dałoby się jechać… Zwierzęta… tu jest duży problem… wszystkich psów uciekając i bojąc się przede wszystkim o własne życie nie dałoby się zabrać i wykarmić. I chociaż oczy teraz robią się wielkie i wszystko się buntuje to podświadomość wie, że racjonalnie pewnie te dwa duże przyszłoby puścić wolno…

Tymczasem poza szokiem i odczuwalną dezaprobatą to nasza rzeczywistość się nie zmienia. Dziewczynki z 7 klasy mówią, że nie chcą umierać i jednocześnie szukają biletów na koncert Taco albo Dawida Podsiadło. Nasze życie toczy się po prostu dalej. Skończę pracę, odwiozę Juniorkę do domu, zjem obiad i pączka, włączę komputer by dołączyć do szkolenia na temat radzenia sobie z rozczeniowym rodzicem. A co zrobić z rozczeniowymi ludźmi, których robi się ostatnio na pęczki. A rozczeniowi dyktatorzy??

Nie sądziłam, że taki będzie mój wpis nr 3000…

O co ludziom chodzi?

Rozpoczynając dzień przeczytałam artykuł o książce, w której zawarte są portrety górali, silnych jak halny kobiet i twardych jak skała mężczyzn, doświadczonych życiowo i doświadczonych przez życie. W artykule było odniesienie tylko do jednej kobiety i jednego mężczyzny, ale i to wystarczyło by dać pewien ogląd i zaciekawić. Tym góralem z artykułu był 65-letni baca, który przez całe życie wypasa owce, a fachu w zasadzie wyuczył się od wuja. Pięknie mówi o swoich owcach. Nie tylko podczas rozmów z autorem książki. Wiem to osobiście bo widziałam go na Rusinowej Polanie. Miło było słuchać i patrzeć na ten obrazek, jakby nie było pochodzący z innej epoki (a szkoda). Kobietą z artykułu jest 83-letnia już góralka, która w pewnym momencie mówi, że harowała dzień i noc, ale Ona jest zadowolona z każdego swojego dnia, jest szczęśliwa i teraz to już jedynie może prosić o spokojną śmierć.

Artykuł czytałam krótko po opublikowaniu go na jednym z portali na FB, komentarzy jeszcze było mało. Na mnie osobiście tylko te dwie historie wywarły bardzo pozytywne wrażenie, wywołując szacunek wobec tych osób. Z ciekawości weszłam w komentarze. I co? I już w pierwszym jakaś kobieta uczepiła się słów góralki o tej właśnie harówce przez dzień i noc – że to kiedy w takim razie spała… (?!?) Nie raz już pisałam o hejcie i pewnie nie raz jeszcze napiszę bo hejtu nie znoszę i nie rozumiem. Rozumiem, że można się nie zgadzać, ale to nie oznacza też, że od razu mamy prawo negować i napadać słownie. A już w ogóle nie rozumiem powodów dla których hejterzy doszukują się nie wiadomo czego (jak w tym przypadku, przecież to jest tylko określenie, którego każdy z nas nie raz użył), to takie wylanie swojej żółci dla… zasady(?)…

Sycylijski klimat to to nie jest

Wieje niemożebnie. Pół nocy nieprzespane bo wyje, huczy, dosłownie słychać pęd powietrza. Taki wiatr to zawsze strach, że przewróci jakieś drzewo, że zerwie coś z dachu, że coś się nabroi. Do tego co jakiś czas pada, przy tym wietrze pada poziomo. Dziś WOŚP, już drugi z moim udziałem ograniczającym się do wpłaty na konto. Za to Mężu od rana do późnego popołudnia z Morsami się udziela. Chociaż po prawdzie to uważam, że to nie jest pogoda by nad jeziorem sterczeć 7 czy 8 godzin… Upiekłam muffinki na ich stoisko. Ale nie wziął. Nie wiem czy dlatego, że nie były zapakowane czy wytrąciło go z równowagi kilka słów prawdy, które rano usłyszał… Ciekawe czy wziął ogórki kiszone do chleba ze smalcem?

Nie ważne. Jestem dość wzburzona. W takim nastroju zaczęłam ferie i w takim je kończę. Przykre trochę. To więc uciekam myślami w śródziemnomorskie klimaty. Czasami oglądam „Jestem z Polski”. Fajnie tak zobaczyć jak się rodaczkom żyje w innych krajach. Gdy oglądałam odcinek, w którym córka moich znajomych oprowadzała po Jokohamie to myślałam tylko, że fajnie by kiedyś było odwiedzić to miasto. W piątek program gościł na Sycylii. Gdy Paulina pokazała dom na sprzedaż za mniej więcej 200 tysięcy złotych (tak, „tylko” tyle), którego okna sypialni z jednej strony wychodziły na typową włoską uliczkę, a z drugiej strony na morze to miałam ochotę wstać, spakować walizki i tam pojechać. Nie żeby zwiedzić, tylko właśnie taki dom kupić i tam zamieszkać. W końcu nie po to pod koniec studiów (trochę w żartach, trochę nie) planowałyśmy z koleżanką by za 10 lat mieszkać we Włoszech i nie po to tłukłam swego czasu włoskie rozmówki by siedzieć na tym polnym wywiejowie. Ale cóż, odwagi mi brak na tak radykalne zmiany więc pozostaje naciągnąć lepiej czapkę na uszy i trwać…

Patykiem po wodzie

Takie dziwne te czasy są, że planować niczego teraz nie można. Juniorka miała w tym tygodniu pojechać z rewizytą do kuzynki by pobawić się wspólnie rodzinkami Sylvanianów, ale żona kuzyna przyniosła do domu Covid więc nici z wyjazdu. Został przełożony na bliżej nieokreślony weekend, ale dziewczynki zawiedzione… Chorowali już na Covid prawie rok temu, ale to idealny przykład na to, że ta choroba zostanie z nami na dłużej, może na zawsze, co najwyżej straci na zakaźności i konsekwencjach.

Codzienne doniesienia o napięciu na granicy ukraińsko – rosyjskiej nie przynoszą nic dobrego. Niby daleko, niby nas nie dotyczy, ale Świat stał się już taki mały… na początku 1939 też pewnie nikt nie myślał o wojnie światowej. Nie snuję tu czarnych scenariuszy, po prostu taka myśl w obliczu całego zła, które dzieje się wokół… wszak w codziennym myśleniu Charków i dla mnie jest bardzo odległym miastem, poza tym cały czas mam nadzieję, że to tylko takie prężenie muskułów przez Putina…

W szkołach znowu nauka zdalna. Bez wątpienia nie jest to dobra forma nauki. Ale cóż począć jak w większości szkół obostrzenia sanitarne to fikcja, która może funkcjonować jedynie na papierze, a nie w realnych warunkach bo to po prostu niewykonalne. I ten równy podział w podstawówkach 😉 śmiechu warte…

Były światełka dla Pani Izy, dziś są światełka dla Pani Agnieszki [*] takie to wszystko smutne i przerażające.

Wykluczenie komunikacyjne

Czasy, takie że przemieszczanie po świecie staje się coraz łatwiejsze, szybkie samochody, jeszcze szybsze pociągi, samoloty. Czas podróży też się skraca. Z dostępnością nie ma generalnie problemu. Właśnie, generalnie nie ma… świat w zasięgu ręki. Ale akurat w weekend przeczytałam tutaj reportaż o wykluczeniu komunikacyjnym, które od jakiegoś czasu obserwuję na własnym „podwórku”. Gdy chodziłam do szkoły średniej czy w trakcie studiów nie było problemu z dojazdem do miasta. Mieszkałam w miejscowości oddalonej zaledwie 10km od miasta i autobusów jeździło dużo, oczywiście z wyjątkiem godzin nocnych. Gdy zamieszkałam tutaj, 16 km od tego samego miasta tylko z innej jego strony, przez wieś jeździł autobus PKS (chociaż podobno już w dużo mniejszej częstotliwości niż za czasów, w których Małżu chodził do szkoły). Od jakiegoś czasu jeździ tu jedynie jakiś prywatny przewoźnik (4 czy 5 razy w ciągu doby!) W tym momencie brak porządnego publicznego środka transportu niespecjalnie nam przeszkadza ponieważ jeździmy własnymi samochodami. Juniorka póki co do szkoły jeździ ze mną, a nawet gdyby chodziła do podstawówki w obwodzie to gmina zapewnia dzieciom transport i tak to działa w większości, a pewnie nawet w całej Polsce. Problem dla dzieciaków pojawia się gdy zaczynają chodzić do szkoły średniej, bo tu zaczyna się ogromny problem z dojazdem, o którym opowiada chłopak z reportażu. Też się zastanawiam jak to będzie gdy Juniorka pójdzie do szkoły do miasta. Do przystanku, z którego odjeżdża większa liczba autobusów są 3 km, autobus ze swoimi przystankami i prędkością do centrum miasta jedzie przez godzinę (gdy samochodem ten odcinek pokonuje się w 25 minut). Mimo, że autobus z tego przystanku jeździ częściej to jednak częstotliwość jest dużo, dużo mniejsza niż autobusów komunikacji miejskiej. Wszystko to znacznie wydłuża czas jaki jest potrzebny na dojazd do szkoły i powrót do domu. Między 15 a 18 rokiem życia będzie pewnie miała ciężko z dojazdami. Na 18-tkę obowiązkowy prezent to pieniądze na egzamin na prawo jazdy i pierwsze auto (o ile będzie nas stać). Mieszkając kawałek poza miastem osoby nie posiadające prawa jazdy w obecnych czasach faktycznie są wykluczone, a przynajmniej mocno ograniczone pod względem możliwości poruszania się pomiędzy miejscowościami.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij