Małżeńskie fazy

Na jakimś portalu kobiecym trafiłam na artykuł o 9 fazach przez które przechodzi małżeństwo.

  1. Optymistyczna panna młoda
  2. Żona idealna
  3. Dziecko w centrum uwagi (w tej fazie wiele par już się rozstaje)
  4. Jedno łóżko, dwa marzenia (w tą fazę się wchodzi około 9 lat po ślubie)
  5. Dwa pokoje, dwa łóżka
  6. Kryzys wieku średniego (w okolicach 20 rocznicy ślubu. A co jeżeli metrykalnie to my tak jakoś w wieku średnim już teraz, a nasze małżeństwo przechodzi dopiero z fazy 3 do 4? Będzie gorzej i będą dwa kryzysy wieku średniego? 😉 )
  7. Druga szansa
  8. Balsam
  9. Dojrzała, partnerska miłość

A na artykuł zerknęłam ponieważ nie tak dawno sama zastanawiałam się nad naszym związkiem od bycia parą po dzień dzisiejszy. Niezaprzeczalnie żaden związek nie jest jednostajny i przechodzi różne fazy. I tak pierwsze 5 lat to były różowe okulary. Kolejne 5 lat to czas, w którym okulary opadły. A ogólnie pozbawiony różowego filtra świat zaczął różnie oddziaływać na to, co w małżeństwie. Czas, w którym pojawiło się wiele różnic, sprzeciwów, wątpliwości, po wzajemne oddalenie. Teraz? Teraz mam wrażenie, że wchodzimy w kolejną fazę, może nie koniecznie z tej listy, ale widoczna jest pewna zmiana jakości. To jakaś próba uchwycenia balansu pomiędzy tym, co w nas różne (a jest tego dużo) i ponownym zbliżeniem. I o to chyba w małżeństwie chodzi, o właściwy balans. Czy go osiągniemy? Zobaczymy…

Odmierzany czas

Lubię mierzyć czas. Zegary prawie wszędzie. Bez zegarka z domu nie wychodzę i to nie, że mam zegar w telefonie, ja zegarek muszę mieć na ręce. Jak zegary to i kalendarz. W końcu jest i nawet udało mi się dostać te polskie zamki i pałace. Układ kalendarium może być. Spore zdjęcia obiektu i, co fajne, jest też krótki jego opis. Myślałam, że będzie Krzyżtopór, ale jednak nie ma, szkoda. Jest za to „nasz” (piszę nasz 😉 bo przecież flaga wujka wielkiego mistrza od lat wisi w sypialni) zamek w Malborku. Cztery mamy zwiedzone wspólnie: Książ, Ogrodzieniec, Mirów i Bobolice. W Malborku jedynie Juniorka nie była, ale i to nadrobimy. A i reszta może wpadnie na listę „do zwiedzenia” bo lubię zamkowe klimaty.

I tak sobie czas upływa. A jak upłynie go jeszcze blisko dwie dekady to przyjdzie czas na emeryturę. I tu się trochę znowu zmartwiłam. Przy okazji szkolenia z PPK (budżetówka dopiero od 1 stycznia w nie wchodzi) i wykresów Pana Prowadzącego dopatrzyłam się, że gdy będę przechodzić na emeryturę, to ta będzie wynosiła około 37% pensji… czyli słabo mówiąc oględnie. Środki z PPK to pewnie na margarynę i może lek na depresję starczą? Oj, na serio coś trzeba kombinować, żeby na stare lata z zębami w ścianie nie skończyć… może faktycznie trzeba rozważyć jeden z ostatnich pomysłów Męża na poświęcenie kilku hektarów na farmę fotowoltaiczną…

Dzień Introwertyka

World Introvert Day ustanowiony w 2011 roku na 2 stycznia. Święto ma na celu zwrócenie uwagi na obecność w świecie głośnym i ekstrawertycznym osób, które do sprawnego funkcjonowania potrzebują czegoś odmiennego. Nie bez przyczyny dzień został ustanowiony tuż po Nowym Roku. Ale introwertycy też nie są jednakowi. Psycholog Jonathan Cheek przeprowadził badania na podstawie, których wyodrębnił cztery typy osobowości introwertycznej: społeczna, myśląca, niespokojna i powściągliwa. Chociaż jak to ja… odnajduję siebie we wszystkich kategoriach, poza społeczną. Mieszają się we mnie i już. Wczoraj myśliciel doprowadził mnie nad przepaść niepokojów więc było słabo. Po przespaniu nocy (bo przecież introwertycy o czymś takim nie rozmawiają) na szczęście mroczne wizje się rozmyły i postrzeganie Świata mogło wrócić do normy. A dzisiejszy dzień mógł przebiec całkiem płynnie, sprawnie i miło. I mogę świętować sama ze sobą swoje święto przy lekturze Gambitu Królowej. Wracając od czasu do czasu myślami do cytatu ze stron wcześniejszych

” – Doświadczenie nauczyło mnie, że to, na czym się znasz, nie zawsze jest najważniejsze.

– A co jest najważniejsze?

– Żyć i wzrastać – stwierdziła kategorycznie. – Przeżywać swoje życie.”

Walter Tevis „Gambit Królowej”

Świątecznie urodzeni

Dzień przed Wigilią. Trwa wojna. Moja Babcia, w dzień swoich imienin, rodzi swoje czwarte dziecko, mojego Tatę.

Moja druga Babcia również w czasie wojny na tydzień przed Świętami rodzi bliźniaki.

W Wigilię swoje urodziny ma mój kuzyn. Szwagierka tuż po Świętach.

I w te Święta (choć nie w naszej rodzinie) wiele dzieci przyjdzie na Świat. Bo życie toczy się swoim torem bez względu na wojny, pandemię czy chociaż szczęśliwą, to jednak atmosferę rozluźnienia.

Superman i Kaczka Katastrofa

Znów jestem panią w zerówce. Dzieci mało, ale to i tak niewiele zmienia… dziś na koniec dnia jeden nie zdążył do toalety i była porażka. Na moje szczęście już się zmieniałam z koleżanką więc to ona została z ozłoconym problemem.

Od wczoraj też zastanawiam się jak to jest, że ojciec (który poświęca dziecku najczęściej minimalną cześć swojego czasu o różnej jakości) jest postrzegany jako superhero do kwadratu, a matka która zajmuje się nim od A do Z to zrzędząca maruda?

Babcia nadal źle się czuje więc po zakupy (z listą oczywiście) pojechał Mężu sam. Jakoś dziwnym trafem gdy On jest w sklepie to nie ma twarożków President, cześć rzeczy kupi tylko pod siebie, a do tego wciska mi kit, że płynu do naczyń nie było na liście (jak był, nawet wiem w którym miejscu, ale nie udowodnię bo Małżonek listę wyrzucił…)

Na poprawę nastroju ze schowka do koszyka przerzuciłam „Listy z powstania”, „Obsesyjną miłość”, „Zakłamane życie dorosłych” i „Dziewczynę z Paryża”. Dla Juniorki dorzuciłam „Elfa do zadań specjalnych” by przez 24 grudniowe wieczoru wprowadzać trochę świątecznej magii przed snem. Teraz tylko czekać na przesyłkę.

*nie obrażając oczywiście Kaczki Katastrofy, którą uwielbiam

Mamo, dlaczego tak bolało?

Wczoraj przy kolacji Juniorka zadała pytanie: „Mamo, dlaczego wyrywanie ząbków tak bolało?”. Ona ma na tyle szczęścia, że nigdy nawet porządnie kolana nie starła i doświadczenie odczuwania bólu ma małe. Uprzedzałam ją, że może zaboleć, ale to też nie obrazowało skali. Że boli widziałam, patrząc na cieknące łzy i słuchając płaczu. Serce matki też cierpiało bo rodzic swojemu dziecku nawet najmniejszego bólu zawsze chce oszczędzić. To tylko „głupie” mleczaki, bolało chwilę i przeszło, może następne łaskawie wypadną same i długo podobne doświadczenie nie będzie musiało stać się jej udziałem. Ale słysząc to pytanie to przyszli mi na myśl rodzice dzieci z nowotworami, z ciężkimi schorzeniami. Ile razy podobne pytania zadają dzieci, które wielokrotnie przechodzą przeróżne bolesne zabiegi, badania. Co ci biedni rodzice, tym okrutnie doświadczanym przez los dzieciom wtedy odpowiadają… Skąd jedni i drudzy czerpią siłę by non stop mierzyć się z bólem?

Złudzenie

XXI wiek więc powinno być równouprawnienie, dialog, zrozumienie, wsparcie, pomoc, współdziałanie i co tam jeszcze komu potrzeba, bo to w końcu przecież jest XXI wiek… Ale jak się zastanowić to jednak mam wrażenie, że nam się to wszystko tylko wydaje. I jest jak jest, a różnica polega tylko na tym, że w przeciwieństwie do naszych babć mamy do dyspozycji zdobycze techniki dla ułatwienia codzienności. Mamy ten swój XXI wiek i dalej naginamy się do rzeczywistości, tylko pod innymi kwestiami. Czy pokolenie mojej córki osiągnie właściwy balans? Szczerze, to wątpię… Ramy schematów nadal są sztywne. Też je niestety odczuwam i nie mam siły złamać… więc wzorców brak.

Halo, tu dynia

Nie wiem jak to jest… bo jakby człowiek miał się wgłębiać w takie pierdoły to by sfiksował do reszty… ale w wakacje była jakaś afera z Halloween, że to ma być zakazane czy tak jakoś. Ja tam problemu z tym nie mam i zdroworozsądkowo podchodzę. Juniorka kilka ważnych osób już na cmentarzu odwiedza i od pieluchy jest uczona pamięci, czci i odpowiedniego zachowania. Ale Juniorka lubi dyniowe motywy halloween’owe i tego zabraniać nie mam zamiaru. Już kilka dni temu wyciągnęła żelowe naklejki na okno i trzeba było zakładać. Jako, że mamy własne dynie to w tym roku też się Jej jedną wydrąży i ustawi na parapecie. Halloween, Dziady, Wszystkich Świętych to wszystko tkwi gdzieś tam w naszej tradycji wywodząc się często jedno z drugiego, więc wystarczy zachować odpowiednie proporcje by było jak należy. A tymczasem nawet na ściance akwarium dynia się szczerzy 😉

Pinokio

„Oszukujemy siebie tak często, że gdyby nam za to płacili, moglibyśmy się spokojnie utrzymać”

Stephen King „Ręka mistrza”

Ja na pewno. A gdybym już mogła się utrzymać to mogłabym poszukać sobie innej ścieżki życiowej. Wtedy nie trzeba się przejmować co będzie jak się nie uda. A w razie co, to zawsze można dalej się oszukiwać 😜

„Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”

Miało być dziś o czymś innym, ale będzie o psach. A to pod wpływem śmierci chłopca pogryzionego przez amstaffa i wpisu na blogu hakaessite.com, z którą zgadzam się w pełnej rozciągłości. W tytule posłużyłam się cytatem z „Małego Księcia” bo te słowa to czysta prawda. A ta odpowiedzialność to także wychowanie, właściwa opieka, a nawet prawidłowe rozmnażanie by nie potęgować pewnych cech. Psie rasy mają różne predyspozycje. Kupując psa mało kiedy zastanawiamy się czy zdołamy zapanować nad psim charakterem i zostać przywódcą stada. I to wcale nie chodzi o duże rasy, te małe też mają swoje charaktery. Tylko w nielicznych przypadkach zaburzenia psychiczne doprowadzają do sytuacji, w których pies jest tylko i wyłącznie agresywny. Ale i za to często odpowiedzialny jest człowiek chociażby przez błędy przy rozmnażaniu. Oczywiście, że większość wypadków zdarza się z udziałem psów ras agresywnych, ale to człowiek w procesie hodowlanym chciał te cechy wyeksponować po to, żeby pies go bronił. Śmierć tego chłopca i w ogóle tego typu wypadki to straszne tragedie, ale za nimi nie stoi tylko „zły” pies. Gdy kaukazy miały swojego ostatniego szczeniaka przyjechał po niego facet, który skwitował nasze psy w ten sposób: „ale one jakieś mało agresywne”. Szczeniaka nie dostał z wiadomych względów.

Te psy też już tu prezentowałam nie raz. Odbierane zawsze były jako słodziaki. Ale to jest rasa agresywna. To nie jest bernardyn, chociaż prawie tak wygląda. To moskiewskie stróżujące, już sama nazwa rasy podpowiada, że mają silny instynkt terytorialny przez co każdy intruz na ich terenie wywołuje reakcje obronne, są też samodzielne w działaniu i bardzo niezależne, przez co wymagają odpowiedzialnego właściciela i ułożenia. Są zarejestrowanie w Gminie, tego wymaga prawo i należy też mieć pozwolenie na posiadanie psa z rasy agresywnych. Dla nas tymi słodziakami one są, są łase na pieszczoty i mają w sobie ocean cierpliwości do zabaw z Juniorką. Ale gdyby pozostawić je samym sobie, bić, albo próbować podjudzać to na pewno górę wzięłyby nad nimi cechy agresywne. Trzeba się też liczyć z tym, że w chwili gdy poczują się zagrożone lub uznają, że któremuś z nas zagraża niebezpieczeństwo to instynkt też podpowie im obronę i atak, bo taka też jest ich rola w pewien sposób narzucona im przez… człowieka. To właściciel musi zadbać o właściwe ułożenie psa, o zaspokojenie jego potrzeb, o zabezpieczenie miejsca w którym przebywa. A z drugiej strony ludzie obcy też muszą we właściwy sposób wobec psa się zachowywać. A widziałam już młodych ludzi, którzy prowokowali nasze psy udając, że w nie czymś rzucają lub mamy tu takiego chłopaczka chodzącego z a’la bulterierem, który próbuje szczuć go na nasze moskale… Wypadki się zdarzają, ale wielu na pewno udało by się uniknąć gdybyśmy zachowywali się rozsądnie i odpowiedzialnie bo to my mamy zdolność przewidywania i wyciągania wniosków, zwierze ma tylko instynkt.