M jak mężczyzna

„Jeśli mężczyzna tej pomocy nie da, usłyszy potem od kobiety: Byłeś tatusiem z doskoku. Wracałeś z pracy, pogilgałeś dziecko, pocmokałeś i tyle”. Kiedy ojcowie nie przejmują części opieki, pielęgnacji dziecka, trudno mówić o partnerstwie i trudno się dziwić, że kobiety w naturalny sposób się od nich odsuwają. Seksualnie też, bo są nimi rozczarowane.”

Artykuł traktował o wczesnym rodzicielstwie, o baby bluesie, depresji poporodowej. Ale moim zdaniem tyczy się to całego okresu wychowania.

Photo by Alexandro David on Pexels.com

Grzyb

Przewijając fejsa natrafiłam post „Przekroju” z quizem pod tytułem: jaki jest Twój wewnętrzny grzyb. Patrząc na swój charakter stwierdziłam, że we mnie na pewno mieszka jakiś grzyb więc trzeba w końcu sprawdzić jaki. Odpowiedziałam na kilka pytań i dostałam taką odpowiedź:

„Twój wewnętrzny grzyb to pieczarka. (Ciekawe czy wiedzą też, że to jedyny grzyb jaki potrafię rozpoznać?). Jesteś osobą zgodną, pozytywną, popularną. Brakuje Ci jednak nieco indywidualności. Doradzamy znalezienie własnego stylu oraz refleksję nad tym, co naprawdę lubisz. W przeciwnym razie ktoś może może cię pomylić z prawdziwą pieczarką i zjeść – co wtedy?”

Z niedoborem indywidualności polemizowałabym bardzo. Mój styl to bycie sobą więc tego też nie zamierzam zmieniać. A refleksje nad tym, co lubię ciągle tu bujają między obłokami. A jak ktoś spróbuje mnie zjeść to mam nadzieję odbić mu się co najmniej czkawką 😉

a takie grzyby rosną u nas metr od drzwi kuchennych

Popołudniowe rozmyślania

Nie mogę uwierzyć, że od pobytu nad morzem minął już cały miesiąc. Przecież nadal gdy zamknę oczy to pod powiekami czuję ciepło promieni słonecznych, czuję też charakterystyczny nadmorski zapach. I mimo, że wiem, że sierpniowe temperatury tam też są już tylko wspomnieniem to nadal marzę sobie o morzu.

Mimo dwóch długich rękawów i kamizelki w pracy zmarzłam. Jest godzina 19 a dopiero zaczynam odczuwać ciepło. W końcu. Przynajmniej dam radę ruszyć się spod koca i przygotować kolejne warstwy na jutro… Juniorce zaczęło dziś lecieć z nosa… Ale wczoraj kupiłam Jej kurtkę zimową więc może pogoda będzie łaskawa roześmiać mi się w twarz i wrócić z temperaturą w okolice 20 stopni?

Mniej niż zero

Minister mojego resortu znany jest z buty i arogancji. Ale to z jaką pogardą mówił dziś o nas w radiowym wywiadzie to już woła jedynie o pomstę do nieba. Jak ktokolwiek ma się do nas odnosić z jakimkolwiek szacunkiem skoro „własny” minister tego nie robi… Byłam wściekła, ale teraz jest mi po prostu bardzo przykro.

Zaczęłam 19ty rok pracy. Zaczęłam go z bardzo ambiwalentnym nastawieniem. Mam wykształcenie kierunkowe z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym, a także podyplomówkę. Na rękę dostaję 3200 PLN. A praktykantkę (którą znam od zerówki) z całym przekonaniem zapytałam dziś czy naprawdę jest pewna, że ten zawód chce wykonywać już za rok. Bo to nie tylko nauczanie, to nie tylko życie problemami wychowanków, to też miękkie kolana na słowa: proszę pani a Zdzisiowi wybili ząb, a Stasi leci krew z nosa, a Felka ugryzła pszczoła i spuchł. Ale przecież my notorycznie nic nie robimy taki jest przekaz idzie nawet z samej góry.

Ber

Na anglojęzycznej grafice przeczytałam: „The BER months are here. September, October, November, December”. I chociaż po polsku nazwy tych miesięcy brzmią inaczej i każdy odmiennie to jednak to angielskie „ber” wprowadza spójność, która w tych miesiącach występuje. Gdy one przychodzą pojawia się chłód, szarość, marazm i nostalgia. Przynajmniej ja tak mam. A dzisiejszy dzień idealnie to obrazuje. I chociaż deszcz ogromnie potrzebny to jednak z westchnieniem zawodu patrzę na sine i ciężko niebo, na pranie „kiszące” się w domu, na zapięty sweterek. I mam ogromną nadzieję na nadejście złotej polskiej jesieni bo przecież świat po deszczu może nadal wyglądać kolorowo…

tak jak tu

Langsam, langsam aber sicher

A może to wcale nie czas tak pędzi, tylko my? Zastanawiał się Pies Pypeć podczas podróży pociągiem. Twierdzę jednak, że to nie ja pędzę, tylko właśnie czas. A ja robię wszystko, żeby spowolnić ten szalony bieg. Wiem, nie da się, ale chociaż mogę się połudzić, że ten czas teraz w ogrodzie z laptopem na kolanach nie jest czasem zmarnowanym bo na ten moment naprawdę nie jest. Czasami pędzę za domem, za pracą… Ale to nic, czas nie zawsze musi mieć znaczenie. Jak czas nie ma znaczenia to dedlajny też. Coraz lepiej wychodzi mi nie przejmowanie się na zapas. Po prostu tu i teraz.

a teraz jest piękną chwilą zdobiącą trawy słońcem

Sierpień niedzielnie czas odmierza

Ktoś zauważył, że sierpień to taka niedziela wśród miesięcy – niby odpoczywasz, ale wiesz, że zaraz wszystko się skończy. Od dawna mam takie poczucie, ale w tym roku trafia to jeszcze dobitniej bo mój wolny sierpień ma 24 dni. Dzień jest zatem jak godzina. Notabene takie właśnie mam poczucie upływającego czasu, nie wiem kiedy mijają te 24 godziny bo nim się obejrzę niedziela zamienia się w kolejną…

Z psem wychodzę około 22:30 i w piątek było tak letnio, powietrze jeszcze było nagrzane, słychać było cykanie pasikoników i buczenie kombajnów. Wczoraj o tej samej porze było zimno i cicho. Gdy skończy się sierpień zacznie kończyć się to, na co czekam całą jesień i zimę. W sierpniu już zaczyna być widać nadchodzące zmiany. Zmiany, których nie lubię.

Ale póki co, jest sierpień, godzina 7 z minutami, więc niedzielno – sierpniowy smuteczek na tył głowy zepchnąć trzeba. Jest jeszcze czas na „łapanie” motyli. Plany stają się realniejsze 🙂 oby tylko pogoda pamiętała, że nadal trwa lato. Tak jak jest w tekście piosenki „lato słońcu każe odkryć twarz”.

Malediwy

Przekręciłam kartkę w kalendarzu. Z Zatoki Wraku na Zakynthos na Malediwy.

I doszłam do wniosku, że jednak zły rodzaj kalendarza kupiłam. Dlaczego? Dlatego, że zdenerwował mnie fakt, że mimo uczciwej pracy to te Malediwy to ja sobie tylko na obrazkach pooglądać mogę. Chociaż nie do końca wierzę, że pogoda pozwoli by żniwa poszły sprawnie to jednak sprawdzam ewentualne możliwości wyjazdu. Juniorka ma niedosyt chlapania się w wodzie więc podpatruję Mazury. Na wyjazd do Wisełki wykorzystaliśmy bon turystyczny więc pobyt nie był kosztowny, ale też nie był to żaden wypasiony ośrodek. Było bardzo fajnie, ale jak tak człowiek szuka i ogląda oferty to chciałby zaznać czegoś więcej niż aneks kuchenny i placyk zabaw w ogrodzie. Jeszcze gdy byliśmy w Złotym Potoku koszt hotelu był dużo korzystniejszy. Teraz oferta hotelowa na około 4 noce to wydatek oscylujący dla naszej trójki w okolicach mojej miesięcznej wypłaty netto, w Polsce – gdzie dobra pogoda patykiem po wodzie pisana… Może ktoś czytając pomyśli, że narzekam. Nie, nie narzekam na swoje życie bo jeszcze nie musimy liczyć rzeczy wkładanych do koszyka w spożywczym. Może jedynie narzekam na niesprawiedliwość życiową bo najzwyklej w świecie też chciałabym taki bungalow ze zdjęcia sobie wynająć i odpocząć w świecie jak z bajki… przecież tylko jedna rzecz różni mnie od ludzi, którzy tak mogą, rzecz, która w zasadzie nie określa tego JAKIM człowiekiem się jest…

Koktajl z emocji

Juniorka wczoraj miała pierwszą wizytę u psychologa. Pani sympatyczna, uśmiechnięta, mama czwórki dzieci, psycholog nie tylko z doświadczeniem w prywatnym gabinecie, ale także tym klinicznym. Juniorka najpierw chciała, potem nie chciała, trochę się denerwowała, potem chciała wejść sama (i tak też było, a że ona w rozmowie z dorosłym nie ma sobie równych to rozmawiała, aż wypieki na twarzy miała – ale to pewni efekt pewnego stresu).

Dla mnie to też była stresująca sytuacja. Swego czasu miałam styczność z psychologami, żadnemu jednak nie potrafiłam zaufać więc żaden nie mógł mi pomóc. Dlatego wiem jakie to ważne by trafić na odpowiednią osobę. Stres, którego wczoraj doświadczyłam sprawił, że po wyjściu z gabinetu szalał we mnie koktajl dopaminy, endorfin i wszystkiego co tylko może wyprodukować własny organizm. Byłam pobudzona. Dopiero koło północy dotarło do mnie, że nie powiedziałam wszystkiego, że skupiając się na jednych sprawach zapomniałam o drugich, drugich które i dla Juniorki też są kwestią zasadniczą. Skupiłam się na braku pewności siebie i trudności w relacjach z rówieśnikami, a o toksycznej relacji koleżeńskiej jedynie wspomniałam w błahych przykładach, zapomniałam o grożeniu uderzeniem i wymuszaniu na moim dziecku udawania, że mnie nie widzi by tylko została chwilę dłużej w świetlicy… – jak to można było zapomnieć, przecież to w pierwszej kolejności miałam powiedzieć, że moje dziecko może czuć się osaczone. Zaczęło narastać przekonanie, że nie naprowadziłam psychologa na wszystko lub rozmowa ze mną była źle przeprowadzona. A w takich sytuacjach wytwarza się we mnie ogromna chęć naprawienia sytuacji natychmiast, tu i teraz i nie ważne, że kolejna wizyta już za 1,5 tygodnia i mogę dopowiedzieć co trzeba. Mnie gnębi myśl, że powinnam to zrobić od razu. Euforia zaczęła opadać. I dziś czuję się wyzuta z energii, opadnięta z sił i mam ochotę zwinąć się w kłębek i unikać świata.

Na ten moment psycholog skupiła się na wzmacnianiu poczucia wartości u Juniorki, co też jest ogromnie potrzebne. Ale przecież nurtuje mnie cały czas fakt czy to wystarczy do asertywnego powrotu do klasy…

Home, sweet home?

Lubię podróże. Nawet te dalekie samochodowe, lubię gapić się na mijany świat, mogę nawet spać na pół siedząco na parkingu. Psy zawsze było z kim lub pod czyją opieką zostawić. Teraz choć podróże mi się marzą to stały się stresujące. Po śmierci siostry mojej mamy, nie ma już kto do niej tu przyjechać. Moja mama jest już w słusznym wieku, potrafi mieć silne migreny i dopadają ją różne dolegliwości więc nie lubię gdy zostaje sama. I ta trauma, że dwie siostry mamy miały zawał i właśnie jedna zmarła może przez to, że była w tym czasie sama. Wolę więc krótkie wyjazdy, najlepiej nie za daleko, a czasami nawet wolę odpuścić wyjazd niż się martwić. Na wyspie Wolin było super. Gdybyśmy wyjechali ciut wcześniej to wrócilibyśmy przed ochłodzeniem. A tak niestety Juniorka ma pewien niedosyt pływania i w zasadzie nie chciała jeszcze wracać. W sumie to chyba wszystkim jeszcze się nie chciało skoro orzekliśmy, że wrócimy tam jeszcze. W dzień wyjazdu dowiedziałam się, że zmarł mój wujek. Co prawda dożył 90 lat, ale niemal 10 z Alzheimerem… No ale wieść o odejściu zawsze wnosi jakiś smutek, refleksję i zamyka jakiś mały etap w życiu. Potem jeszcze zapomniałam jaśka (jestem bardzo przywiązana do swoich rzeczy więc się zacietrzewiłam). A w domu? Najpierw ta ulga, że już na miejscu, że wszystko jest w porządku. Ale gdy usiadłam na swoim miejscu na kanapie to poczułam jakby dom wysysał ze mnie całą pozytywną energię nałapaną na Wolinie. Wakacje się skończyły, wróciłam do codzienności, do „konieczności” bycia naj panią domu (co mi w żaden sposób nie wychodzi, bo chcę mieć też czas dla siebie). Trzeba znowu wejść na nowe tory, dobrze że choć bez chodzenia do pracy.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij