Siedem żyć?

Ludzie różnie traktują zwierzęta. I to nie tylko te na wsi mają gorzej, bo i te miejskie różnie trafiają (zawsze żal mi widoku psów dużych ras, które siedzą na balkonie na którymś tam piętrze, przez większość dnia w małym mieszkanku). Ale do brzegu bo nie o psach dzisiaj, tylko o kotach. Koty na wsi też mieszkają w domach, są kuwetowe i mało co wychodzą. Jednak większość żyje według własnych ścieżek, jak są w domu (czy wokół niego) to są, jak ich nie ma to kiedyś przyjdą albo i nie. Mnóstwo jest tutaj kotów, które regularnie chodzą na polowania w zboża, w których myszy teraz w bród. Przechodzą drogę, na której obowiązuje ograniczenie do 40km/h, czego niestety nie wszyscy przestrzegają. Całe szczęście do wielkiej tragedii tu nie doszło, ale tych małych trochę jest. I nie wiem jak można potrącić zwierzaka i zostawić go, od tak, na środku asfaltu? I nie to, że w ciemnym zaułku tylko wprost po lampą, na drodze na której w 90% przypadków jedzie jeden samochód w jednym czasie, ale za to właśnie jedzie za szybko szczególnie wieczorem czy nocą… I niestety, taki kot łazik, gdy już leży na asfalcie, staje się bezpańskim zwierzęciem. Ludzie zwalniają, omijają, ale nikt nic nie zrobi. Mężu zakopał wczoraj, nie pierwszego, takiego biedaka… a ładny był, taki trikolor.

Nie, wcale nie narzekam. Dobrze zdaję sobie sprawę, że mam wszystko co do szczęścia potrzebne. Ale czasami zdarza mi się myśleć o tym, co by było gdyby okoliczności posplatały się inaczej…

Na studiach jednymi z bardziej ulubionych były zajęcia z edytorstwa. I żałowałam, że akurat wtedy nie można było na specjalizację tego wybrać. Ostatecznie padło na historię książki. A tak może teraz tworzyłabym… okładki książek… 😉

A gdyby tak urodzić się, lub po prostu zamieszkać gdzie indziej? Może chorwacka mała Promajna, malownicze Positano, z wielkich miast może Praga lub Wiedeń? A może inny kontynent… Rio de Janeiro lub Sao Paulo…

Tak mnie dziś naszło na rozmyślania o tym, co i jak mogło by być inne. Bo jak wiadomo trawa zawsze jest zieleńsza tam gdzie nas nie ma 😉

41

Szczęka spadła

I zawodowo i prywatnie interesuje mnie to co wydawane jest dla dzieci. I właśnie na jednym z recenzenckich blogów wpadł mi w oko pewien tytuł. Od razu chciałam kupić więc zaczęłam szukać na moich ulubionych stronach księgarni internetowych. Nie ma… Wrzuciłam we wszechwiedzącego google’a, no i jest na stronie wydawnictwa. Wydawnictwo początkujące, to ich pierwsza książka. Wszystko wygląda fajnie bo opisują siebie jako wydawnictwo dokładające wszelkich starań by ich publikacje były dopracowane pod względem papieru (ekologiczne certyfikaty), szyte kolorowymi nićmi, wzbogacanie druku o elementy sensoryczne. Wow, elegancko, wręcz kolekcjonersko. Przechodzę dalej do książki, której fabuła zaciekawiła na tyle, że chciałabym ją kupić Juniorce. Klikam kupuję, a tam ceny: książka papierowa (144 strony, format A5) 58 zł + najtańsza wysyłka 11,90zł, audiobook i e-book 39 zł. Ja rozumiem wszelkie koszty włożone w powstanie publikacji o wyżej wymienionych walorach, intencje bycia niezależnym wydawnictwem, ale…

Poglądy kontra wiedza

„Ludzie mają nie wiedzę, a poglądy. Nie wiedzą, ale myślą, że wiedzą lepiej”.

Te słowa zawarł w swoim filmie Można panikować profesor Szymon Malinowski, fizyk atmosfery. Tam odnosi je do naszego podejścia do ochrony klimatu i Matki Ziemi.

Ale te słowa świetnie pasują do wielu innych zagadnień. Ludzie często mają poglądy uważając, że to wiedza, a czerpią ją zbyt często z youtube’owych kanałów… czerpiąc przy tym pełną buty pewność, że ich wiedza jest jedyna i słuszna. Teraz przeglądając Internet można odnieść wrażenie, że większość społeczeństwa jest teraz ekspertem w każdym poruszanym temacie… Oczywiście jest część ludzi będących świadomymi swojej wiedzy, ale oni nie krzyczą w Internecie, zresztą przebić się przez szum informacyjny nie jest łatwo…

Smartfonizacja

Kilka dni temu trafiłam na artykuł, w którym podano, że Olympus wycofuje się z rynku fotograficznego. Firma poinformowała, że ma zamiar sprzedać cały dział zajmujący się fotografią spółce Japan Industrial Partners i tym samym zakończyć produkcję aparatów. Zrobiło mi się trochę smutno bo moim pierwszym cyfrowym aparatem był właśnie Olympus

olympus

z wysuwającym się obiektywem i mogący być zasilanym przez baterie akumulatorowe, ale i zwykłe AA, z zaślepką obiektywu oryginalnie doczepioną do paska. A przede wszystkim jest (bo cały czas działa) to aparacik robiący bardzo ładne zdjęcia. Żaden inny z moich kompaktów, czy to Nikon czy Kodak nie był tak dobry. A co jest powodem rezygnacji Olympusa z działu foto? Oczywiście zmniejszenie zainteresowania aparatami na rzecz aparatów w telefonach. No to biję się w pierś… też zarzuciłam używanie aparatów fotograficznych. Jeszcze przed urodzeniem Juniorki wyjeżdżając na wakacje zabieraliśmy tego Olympusa i lustrzankę i robiliśmy zdjęcia jednocześnie na dwa aparaty. Potem miejsce w plecaku przeznaczone na aparaty zajęły dziecięce rzeczy pierwszej potrzeby (których jest cała masa) i tak robienie zdjęć zaczęło spoczywać na telefonach… Czasami jeszcze wracam do zrobienia zdjęć lustrzanką, ale… są to sporadyczne przypadki. W zeszłym roku nawet zastanawiałam się nad kupnem jakiegoś kieszonkowca… ale gdy stałam przed sklepową półką Mężu stwierdził: „choć i tak będziesz robić zdjęcia telefonem”. I na wakacje pojechałam już tylko z telefonem i kijkiem do selfie, co byśmy we trójkę na zdjęciach byli… Smartfony powoli/czy raczej bardzo szybko zastępują nam wiele innych urządzeń…

Życie na challenge’u

Gdzie się człowiek nie obejrzy to jest jakiś challenge. Wyzwania powiązane ze zbiórkami pieniędzy wpłacanymi na określone konta i potrzeby przez nominowanych i drugi rodzaj przypominający mi bardziej dawne łańcuszki szczęścia… Pierwszym wyzwaniem takiego typu o jakim usłyszałam to był chyba „Ice Bucket Challenge”, w którym należało wylać sobie wiadro zimnej wody na głowę…(?). Od tego czasu rozwiązał się worek z wyzwaniami, mądrzejszymi i głupszymi w formule. W niektórych sama brałam udział, pamiętam taki o najważniejszych książkach w życiu. A teraz dopiero co skończyłam wyzwanie 10 czarno-białych zdjęć z codzienności (w to się nawet wkręciłam i na nowo zauważyłam piękno w takich zdjęciach). To są te w zasadzie nic nie wnoszące. Te powiązane ze zbiórkami charytatywnymi…no mają w założeniu jakiś szczytny cel… ale z drugiej strony (przynajmniej dla mnie) to wygląda trochę żenująco gdy urzędnicy w godzinach pracy wychodzą robić przysiady i pompki. Finansowanie leczenia chorych dzieci powinno mieć państwowe źródło… a nie takie. Ale gdy wyzwanie ma taki charakter to i tak dobrze. Gorzej gdy wyzywanie jest po prostu głupim sposobem na promocję w sieci. Ostatnio czytałam artykuł o dwóch absurdalnych trendach szerzących się w społecznościówkach. Pierwszy polega na nagraniu filmiku, w którym do rytmu grającej muzyki polewa się znienacka dziecko wodą (?!?) Na dołączonych do artykuły filmikach większość dzieci przestraszona nagłym oblaniem płacze i się boi… a rodzice uchachani z tego faktu po same uszy… Drugi trend nazywa się pigging i szerzy się na portalach randkowych, a polega na poderwaniu, upokorzeniu i wyśmianiu drugiej osoby (?!?) Takich „wyzwań” to już nawet skomentować nie ma jak. Nasuwa się tylko pytanie do czego jako ludzie (podobno gatunek myślący i inteligentny) zmierzamy?

Zamknięte?

drzwiklucz

Dziś po raz drugi w tym roku zamknęłam drzwi na klucz na dłużej. Założyłam bursztynowe kolczyki. Wakacyjna lektura już się do mnie uśmiecha. A budzik wyłączony. Na luzie, ale tak do końca wolnej głowy chyba jednak mieć nie będę, z tyłu coś może pobrzękiwać bo taką już mam namolną naturę. Wrzesień w tym roku jest dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż kiedykolwiek. Juniorka wieczorem mówi, że chce już iść do zerówki i poznać nowe dzieci. A rano mówi, że nie chce bo nie będzie tam jej przedszkolnego przyjaciela. Raz odpowiadam, że wakacje szybko miną, drugi, że do września jeszcze daleko i nie ma co się martwić. A jaki w ogóle ten wrzesień będzie? Mimo przedwyborczych zapewnień, nie jestem pewna czy będzie tak normalnie. Szkoły zapewne wrócą, ale czy w takiej formie w jakiej je znamy, to już inna kwestia. Prace nad platformami do zdalnej nauki trwają równocześnie. Włosi podobno skracają czas trwania lekcji i zakładają osłony z pleksi na ławki… Chociaż bardzo bym chciała by było po staremu, bo trudno jest mi wyobrazić sobie budowanie zespołu i relacji w całkiem nowej grupie w oparciu o reżim sanitarny. No nic, co ma być to będzie i z tym będziemy się mierzyć.

Opis, tytuł, czy okładka?

ksiazki

Zakupy książkowe bywają silniejsze ode mnie 😉 I tak znowu przyszła paczka z lekturą dla Juniorki, dla Męża i w wakacyjnym stylu 😉 dla mnie. Wydania teraz coraz bardziej dopracowane, okładki coraz piękniejsze i przyciągają wzrok. No właśnie, mówi się, że nie ocenia się książki po okładce, ale to okładka (gdy nie znamy autora) i tytuł przyciągają uwagę w pierwszej kolejności. Oczywiście za tym co wizualne musi iść ciekawa fabuła. Sama mam wiele książek, po które sięgnęłam przez to, że okładka zwróciła moją uwagę. Ostatnio widziałam piękną okładkę do Latawców z nurtu literatury young adult. Są też takie, które skusiły tytułem, jak chociażby Cień burzowych chmur. Tematyka to już przede wszystkim poznawanie opisu. Jeszcze jest wyszukiwanie po ulubionych autorach, czyli w zasadzie trafiony wybór. Mnie właśnie wypadł z listy wyszukiwania jeden autor, zmarły kilka dni temu, Carlos Ruiz Zafón 😦

Mamo, czy niebo może być na różowo?

Pisząc kilka miesięcy temu ten post o dziecięcym doborze kolorów i o tym jak łatwo wpędzamy wyobraźnię małego człowieka w schematyzm opierałam się nie tylko na własnych spostrzeżeniach, doświadczeniach i wnioskach, ale bazowałam też na treści artykuły, w którym jednym z przykładów był kolor nieba. Małe dzieci rysując nie zawsze używają kolorów, które nam dorosłym nasuwają się na myśl w pierwszej kolejności. Często jest tak, że naszą reakcją na niebo w kolorze różowym jest pytanie: „a dlaczego różowe? przecież niebo jest niebieskie. następnym razem narysuj niebieskie i białe chmurki”. A jakich kolorów używa Matka Natura do kolorowania nieba, szczególnie tego przy zachodzie słońca? Na pewno nie tylko tych z gamy niebieskiego. Moje wczorajsze niebo na zachodzie, o godzinie 21:30. Bez retuszu, tylko to co uchwycił aparat

róż1

róż2

Tak dziecko, niebo może być na różowo i nie tylko 🙂

Ziemskie raje

„Na pewno masz takie dni – jak wszyscy, tak sądzę – kiedy wstajesz i mijają godziny, a ty marzysz o jakiejkolwiek odmianie, o jakiejś różnicy, o czymkolwiek.” [„Północ i Południe” Elisabeth Gaskell]

No pewnie, że tak. Różne są to marzenia i różne chęci na zmiany. Ostatnio trafiliśmy na program, w którym małżeństwo szukało dla siebie domu na wybrzeżu Belize. W końcu wybrali taki z prywatną plażą i prywatnym molo, z widokiem, który dosłownie zapierał dech w piersi. Czy nie chciałabym mieszkać w takim zakątku? Morze Karaibskie, palmy, ciepło i te widoki… No pewnie, że bym chciała. Chociaż wystarczyłby też fajny zakątek nad naszym morzem…

A jak się zastanawiałam nad treścią tego wpisu to mój zakątek zafundował mi przepiękny spektakl wypatrzony przez Juniorkę

tęcza1a

tęcza2a

Tęcza, wyjątkowa dla nas, ponieważ towarzyszyła nam w zaręczynach i ślubie. Także wczoraj to był jej i mój czas i miejsce.

A na zakończenie wieczoru całkiem przypadkowo trafiłam na film, którego fabuła mieści się w treści cytatu. Kanapkowy król, film oparty na faktach. W połowie lat 80 jedno ze szwedzkich miasteczek uznano za najnudniejsze w kraju. Mieszkańcy niby się oburzyli, ale nic więcej. Tylko jeden człowiek, w zasadzie nieudacznik, postanowił coś z tym zrobić i zrobił. Postanowił ustanowić rekord Guinessa i mimo, że poparcia nie uzyskał to dążył do celu. Rekord został ustanowiony, a na miasteczko nie tylko mieszkańcy, ale i cały kraj spojrzał z innej perspektywy. Ludzie spojrzeli też inaczej na siebie i swoje możliwości.

Zmieniać i dążyć do realizacji marzeń można wszędzie i będąc kimkolwiek.