Bez wytchnienia

Już było dobrze, już niemal normalnie. W Święta skończył się syrop na kaszel i mamy regres. W ciągu dnia Juniorka znów gorzej się poczuła, kaszel znów mocniejszy, słaby apetyt, pokładanie się. Zasnęła szybko z temperaturą 37,5 po dwóch podanych dziś dawkach syropu i wysmarowana Vicksem. I znowu nerwowa noc przed nami. Jutro powinnam iść do pracy, w końcu przed przerwą świąteczną już na opiece byłam, a dyrektor jakoś za pracą zdalną nie jest. Czuję się jak zawiązana w supeł. Ciężko mi się skupić. A jednocześnie robię to, czego nie powinnam. Piszę nie to co powinnam. W chęci odreagowania szukam świata, który od lat nie istnieje. Paranoja…

Nie teraz!

W porze kolacji Juniorka zaczęła się skarżyć na zmęczenie (chociaż nigdy tego nie robi). Potem to już poszło szybko. Dreszcze. Ból głowy. Gorączka. I płacz małego człowieka, że się boi, że to koronawirus. Przez noc było 38 z kreskami, raz mniej raz więcej. Na dzień dobry się zwymiotowało. Pojawił się kaszel. Teraz 37,1.

Mam wrażenie jakbym była na jakimś speedzie. Prawie nie spałam, ale poziom napięcia utrzymuje organizm w pełni sił. Nie wydaje mi się żeby to był Covid (chociaż jak pediatra jutro zleci test to go zrobimy, w końcu w szkole ostatnio trochę pozytywnych przypadków było, nawet u dziecka z klas młodszych – więc może dla świętego spokoju jednak warto go zrobić). Martwi mnie, że w ogóle jakiś wirus się teraz w domu pojawił. W czwartek Mama ma szczepienie i musi być zdrowa, nawet najmniejsze i najzwyklejsze przeziębienie nie może wchodzić w grę. Siedzimy u góry. Juniorka w ogóle nie schodzi. Ale co z tego, jak wczoraj na kilka godzin przed pojawieniem się objawów przytulała się do Babci. Babcia będzie sobie mierzyć temperaturę. Ograniczymy kontakty na tyle na ile się da to zrobić w jednym domu. I miejmy nadzieję, że będzie dobrze. Eh…

Zgaszone

Niekiedy czuję się jak palące się drewno, na które ktoś wylał zimną wodę. Trochę zasyczy. Uniesie się lekki dymek z pary… Zgaszone… Pozostają tylko zimne, osmalone, pokryte warstewką popiołu nic nieznaczące kawałki. Tak słowa gaszą myśli, odczucia, czasem całą osobowość. Słowa, na które nie reaguję na czas. Jeżeli wrócą, będę jednak gotowa. Moje emocje są ważne, nawet jak nie są normatywne.

suju-foto/pixabay

Dzień nie-pozytywnego myślenia

Dzień, który właśnie dobiega końca w kalendarzu oznaczany jest jako: dzień pozytywnego myślenia. Niestety pozytywnego wymiaru nie miał. Chrzestna Juniorki zachorowała na Covid, na szczęście, póki co, przebieg jest łagodny. Po raz kolejny rozczarował mnie rządowy program szczepień. Nie rozumiem przyczyny dla której cześć społeczeństwa zostanie zaszczepiona preparatem, którego skuteczność to tylko 60%, gdy dwa pozostałe to 93 i 95% (to znaczy rozumiem, że AstraZeneca jest tańsza, ale to nie fair…). Szczepienie wiąże się dla mnie z pewnym ryzykiem i długo zastanawiałam się nad szczepieniem więc podejmując to ryzyko chciałabym mieć większą gwarancję działania. Niestety nie mam możliwości wyboru szczepionki (a nawet mogłabym dopłacić z własnej kieszeni) dostanę Astrę… bo tak. I w sumie to znowu zaczynam się zastanawiać czy skórka jest warta wyprawki… A na koniec przeczytałam jeszcze artykuł o planach wprowadzenia jeszcze w tym roku pierwszych ograniczeń wjeżdżania diesli do dużych miast. Co oznacza tylko tyle, że wkrótce przyjdzie rozstać się z moim kochanym Eugeniuszem, który choć świetnie wyposażony ma już swoje lata i za chwilę nie będzie spełniał norm.

2 lutego przypada też Dzień Świstaka. I jak donoszą media Phil zobaczył dziś swój cień co oznacza, że zima szybko nie odpuści. Kończąc po polsku – idzie luty, obuj dobre buty… co w gruncie rzeczy mi nie przeszkadza, byle ślizgawicy nie było i mrozy były umiarkowane.

Psi smuteczek

U suni to nie nowotwór, ale dobrze też nie jest. Weterynarz we wtorek założył szwy tymczasowo ratujące sytuację. Codziennie aplikujemy zastrzyki. Szwy jednak średnio się spisują bo codziennie wypadające tkanki trzeba odprowadzać do wewnątrz. Co budzi niepokój bo jak szwy nie spełnią swojej roli to konieczna będzie natychmiastowa operacja, która w tej fazie cyklu u suki jest obarczona bardzo dużym ryzykiem wykrwawienia i nasz wet nawet się teraz tego nie podejmie, trzeba by szukać gdzie indziej. Jak szwy wytrzymają to operacja i tak będzie konieczna, ale za 3 miesiące można ją przeprowadzić dużo bezpieczniej bo ryzyko krwotoku zmaleje. No ale musimy te 3 miesiące przetrwać…

A pies, no cóż, owładnięty feromonami żyje tylko miłością i jak już bywało wcześniej przestał jeść. Tylko pilnuje swojej pani, piszczy i obmyśla sposób jak się do niej przedostać, co jest absolutnie zabronione.

Niech ten rok już się skończy

Juniorka smarcze i kaszle. Na szczęście temperatura w normie. Ale jutro i tak będę dzwonić do przychodni bo wolę zostać w domu i jej przypilnować. Zresztą moja obecność w domu i z innego względu może być potrzebna. Wypadł (dosłownie) problem z sunią. Powinna właśnie wchodzić w ruję więc nawet nie wypuszczamy jej razem z psem. A tu dziś rano okazuje się, że sporych rozmiarów kulka wystaje jej z pochwy. Telefon do weterynarza, wysyłanie zdjęć i wetka mówi, że to może być wypadnięta macica. Ale po konsultacji ze swoim szefem wetka dzwoni jeszcze raz i mówi, że to nie macica to guz. Kazali dziś wysmarować guz wazeliną lub oliwką dla dzieci. Jutro mamy odebrać zastrzyk (Mężu potrafi podać zwierzakom takie rzeczy). A we wtorek mamy psinę zawieść na zabieg. Jeżeli potwierdzi się, że to ten guz, o którym mówił szef przychodni weterynaryjnej to jest to sprawa nowotworowa. Nie będę panikować dopóki wet tego nie zobaczy na własne oczy, ale martwić się będę. To młody pies, ma tylko rok i 8 miesięcy i na ten moment nie widać cierpienia więc może to działa na jej korzyść… z drugiej strony już guz… No nic, czekamy najpierw do wtorku, a potem dalej 😦

Kiedy to się skończy?

FlitsArt/pixabay

Lawina złych wiadomości i zdarzeń nie ustępuje. Trzecia koleżanka z pracy ma potwierdzony Covid. Kuzyn koleżanki w ciężkim stanie pod respiratorem. Rodzina kolegi z grupy Juniorki podobno też z koroną… i mimo, że od kontaktu dzieci mija właśnie 10 dni to mam stresa.

A stresa mam bo gdy byłam w pracy zadzwoniła Mama z pytaniem czy mam coś ważnego bo Ona ma nawrót migreny i leży (a wczorajszego popołudnia narzekała, że jest jej zimno). Do tego Juniorka w domu, Juniorki do zerówki nie posyłałam bo ich Pani jeszcze na kwarantannie. Na szczęście nic, czego nie mogłabym zrobić w domu dziś nie miałam i dyrektor mnie zwolnił i w te pędy pognałam do domu. I jak ja mam tą swoją seniorkę chronić jak mieszkamy w jednym domu?

U syna kuzyna zdiagnozowali boreliozę. Teraz czeka go trzytygodniowa dożylna antybiotykoterapia, ze szpitala wyjdzie na początku grudnia.

Naprawdę nie chcę gwiazdki z nieba. Tylko takie kilka dni, w których będzie po prostu normalnie…

Plącze się

Sprawy się komplikują. W pracy kolejna koleżanka z pozytywnym wynikiem testu. Dzieci z grupy Juniorki w nadzorze epidemiologicznym do piątku, inne w kwarantannie. Ja nie, bo przecież kontakt z dziewczynami nie przekraczał 15 minut. Co będzie od poniedziałku, nie wiem? Zerówki są oddziałami przedszkolnymi tylko tyle, że w szkole więc powinny pracować stacjonarnie. W stolycy jednak chyba zapomnieli, że organizacja pracy zerówek w szkołach nie jest taka prosta gdy klasy młodsze nie pracują. Dowozy, świetlica po zajęciach (które w zerówce trwają 5h), obiady, godzina religii, godzina angielskiego, ewentualne zastępstwo… Nawet jak ja w poniedziałek będę wracała do pracy to Juniorki chyba na te 2 dni nie puszczę… Mężu właśnie się położył bo boli go głowa (ale od kilku dni od rana do nocy, praktycznie non stop słucha audiobooków przez słuchawki…), pali go w płucach (ale chociaż wiatr był dziś nieprzyjemny to Jemu ciepło, chodził w sweterku i z gołą szyją…) Ręce coraz bardziej opadają na to wszystko. I chociaż mnie izolacja nie przeszkadza to jednak coraz bardziej marzę o powrocie normalności, chociaż ta pewnie nie tak prędko będzie mogła powrócić. Jak będzie wyglądał świat przez najbliższe miesiące? Czy wystarczy powiedzieć: oby do wiosny?

I jeszcze

Miało być dziś o książce z sierpniowego konkursu. Na luzie więc i w neutralnym temacie, taka odskocznia. Ale nie będzie bo i wybić się nie ma od czego. Bo jak to już dawno temu klasycy po murach sprayem bazgrali, life is brutal. Mamę po iluś dniach z bólami głowy w końcu migrena położyła do łóżka. Ze dwa, trzy dni poleży na pewno, nim organizm da jako tako funkcjonować. To zawsze i we mnie stres wywołuje. Rano okazało się, że zdechła ulubiona molinezja Juniorki, Plamka. Ciężko patrzeć na dziecięce łzy, bo dla niej to nie tylko jedna z rybek, ona straciła coś co było dla niej ważne. Planowanej na przyszły rok zdjęciowej prezentacji rzepaku nie będzie. Mężu jednak musiał go zaorać, bo nic by z niego nie było. Straty finansowe są i to całkiem spore, ale przynajmniej teraz pola ponownie zostaną zagospodarowane. A ze zmiany czasu to się nawet cieszę. Dodatkowa godzina w domu przyda się na szukanie sposobów by dalej pchać, a może ciągnąć ten wózek. Pod górkę chyba lepiej ciągnąć niż pchać…

Małe smutki

Gołąbek Bąbek, o którym była mowa kilka wpisów wstecz, odpoczął i uzupełnił wszelkie inne braki i szczęśliwie sam odleciał. Ale Juniorka niepocieszona.

Chomik szczęśliwie doczekał powrotu właścicielki i pojechał do domu. Ale Juniorka niepocieszona.

Jesień wzięła już nas w swoje objęcia, tym jak w czwartek było 15 stopni. Pola za oknami wypełniają się czernią. Rzepaki już posiane i tylko czekać wiosennego kwitnienia. W tym sezonie rzepak okala dom więc może powstanie prezentacja podobna do pszenicznej, z rzepakiem przez rok… bo to zaskakująca roślina z rodziny kapustowatych (serio).

Poza tym duszą mnie opary absurdów, w których przychodzi się poruszać… teraz, kiedy wszystko powinno być jasne i precyzyjne.

I wylało się to ze mnie rano niecenzuralną strużką łez. Ale tylko w części, reszta nadal przygniata trzewia.