Taki piątkowy dzień

Lata przybywają. Ale z dojrzałością, zaradnością, mądrością życiową to u mnie jakoś tak na odwrót. Wieczne dziecko we mgle.

Mężu miał dziś kupić ciasto do kawy. W miejscu, w którym kupujemy od lat, w którym znamy się z ekspedientkami i miałam wrażenie, że z różnych względów bubla nam nie wcisną. A okazało się, że tiramisu było stare, dobrze, że choć królewskie dało się zjeść…

Juniorka od kilku dni mówiła o wyjeździe do kina. Mężu stwierdził, że OK to on zrobi sobie dziś wolne i pojedziemy. A Juniorka na to, że nie, że nie chce… A potem to chyba odwiedził nas Grinch i mój dzień zamienił się w koszmarek.

Wczoraj przyszła paczka z jaśkiem w środku (tak jak mi się śniło). Pan Mirek chociaż sprawił, że nocami mi wygodnie znowu.

Dziś 612 rocznica bitwy pod Grunwaldem. Ja z krzyżackiej komturii wyjątkowo związana z tą datą jestem 😉

na dobranoc przytulę się

Obuchem

Dostać obuchem w głowę (w łeb) – zostać zaskoczonym jakąś (złą) wiadomością; nagle dostać jakąś niepomyślną, szokującą informację; znaleźć się w stanie oszołomienia po otrzymaniu niespodziewanej wiadomości. Jaka trafna definicja. Z oszołomienia nie mogę wyjść od 9 rano.

Cóż, upadki z koni, w dodatku nie swoich bolą. Jeszcze dwa tygodnie temu chyba nie byłabym zaskoczona tą informacją. Ale dziś… wydaje mi się ona niesprawiedliwa…

Rodzicielskie obowiązki

„Najważniejszy obowiązek wobec dzieci, to dać im szczęście.”

Alen Baxton

Tak. Nie ma nic piękniejszego niż widok dziecięcej radości. Jest taka spontaniczna, szczera, niepohamowana. I nam, dorosłym, już od samego patrzenia jest wtedy weselej. Oprócz szczęścia, lub może inaczej… szerzej pojęte szczęście dopełniają inne składowe takie jak chociażby zapewnienie poczucia bezpieczeństwa, nauczenie asertywności i odpowiedniego wyważania poczucia własnej wartości i jeszcze wiele innych, które teraz wpadły w czarną dziurę mojej świadomości. Bo nie zawsze wszystko jest proste. Bo nie zawsze nasze dobre chęci przekładają się na dobry efekt. Bo nawet z najprostszym sprawieniem radości może wyjść coś nie tak, tak jak dzisiaj stało się u nas. Zgodziłam się na dokupienie 2 rybek do akwarium. Juniorka męczyła Tatę, żeby któregoś dnia odebrał Ją zaraz po lekcjach i żeby pojechali po rybki. No i dziś Małżu miał więcej czasu i odebrał Ją chwilę wcześniej. Jak się Juniorka dowiedziała, że Tata już jedzie to podobno aż skakała z radości w świetlicy. Gdy wróciłam do domu przywitała mnie tuż za progiem. Pełna ekscytacji zaczęła opowiadać, że tamtych rybek nie mieli, ale kupili dwie inne. I tu do pięknej historii wkroczyłam ja i ją zepsułam. Molinezję żaglopłetwą może(?) bym jeszcze jakoś przełknęła (no może nie ja, a akwarium), ale jak zza rośliny wypłynął skalar czarny to ręce opadły mi do ziemi i już nie potrafiłam pohamować swojego rozczarowania pomieszanego ze złością. Juniorka zaczęła przepraszać i płakać. Tata coś tam bąknął, że to jego wina bo się spieszył, że te rybki im się podobały i że Pani powiedziała, że jak są podobnej wielkości to mogą być (błąd Pani, że nie zapytała jakie to akwarium i jakie rybki Juniorka już ma). Tata nie wpadł też na pomysł, żeby zadzwonić do mnie i zapytać co ewentualnie może być w zamian. No ale się chłop spieszył przecież… Stwierdził, że „a może się zaaklimatyzują i będzie dobrze”. Argumenty, że gdy urosną to narobią mi sporo kłopotów z utrzymaniem równowagi i będą czuły się jak w kałuży to tak mimo uszu przechodziły. A informacja, że dorosły skalar może osiągnąć długość 15!cm…”to zrobi selekcję naturalną”. No… i po sprawie. Tak to zrozumiałam. Zostałam z akwarium, które z taką obsadą istnieć nie może i coś z tym fantem trzeba zrobić. Radość poszła w kąt, jej miejsce na scenie zajęło dużo innych słów i odczuć. I tak się zalicza kolejną rodzicielską klapę. Tak się odbiera radość własnemu dziecku. A to tylko wierzchołek góry lodowej u dziecka, którego wychowawczo nie ogarniamy. Psycholog wybrany, teraz tylko się do niej dostać. I może znajdziemy patent na uwolnienie Juniorki z toksycznej przyjaźni szkolnej, na pokonanie lęków, które się pojawiają. Najgorsza jest chyba świadomość, że Ona w swoich deficytach i dysfunkcjach jest tak podobna do mnie, a mimo to, nie potrafię Jej wesprzeć i Jej pomóc, a nawet jest wręcz odwrotnie, moje usta wypełniają się tymi samymi słowami niezrozumienia, które słyszałam przez całe życie… 😦

Śmierć

Nieodłączna część życia. Czasami przychodzi nagle, innych wymęczy cierpieniem. Jednych zabiera za szybko, innym daje pożyć. Dla jednych jest przejściem, dla innych końcem ostatecznym. I ja w różnych konfiguracjach już jej doświadczyłam na swojej drodze. Przynosiła mi wielki ból, czasami tylko chwilę refleksji. W sobotę patrzyłam na męża siedzącego przy trumnie żony. Zgarbionego i zagubionego. Przeżyli razem 50 lat, aż ona ich rozdzieliła. Za kilka dni, z wielkim bólem własnego serca, będę patrzeć na matkę przy trumnie syna. Syna już trzydziestoletniego, będącego mężem i ojcem… ale dalej synem dla swojej matki, którego ona Jej odebrała w zaledwie 6 tygodni.

"Każ­de­mu kie­dyś ktoś bli­ski umie­ra,
mię­dzy być albo nie być
zmu­szo­ny wy­brać to dru­gie.

Cięż­ko nam uznać, że to fakt ba­nal­ny,
włą­czo­ny w bieg wy­da­rzeń,
zgod­ny z pro­ce­du­rą;

prę­dzej czy póź­niej na po­rząd­ku dzien­nym,
wie­czor­nym, noc­nym czy bla­dym po­ran­nym;

i oczy­wi­sty jak ha­sło w in­dek­sie,
jak pa­ra­graf w ko­dek­sie,
jak pierw­sza lep­sza
data w ka­len­da­rzu.

Ale ta­kie jest pra­wo i lewo na­tu­ry.
Taki, na chy­bił tra­fił, jej omen i amen.
Taka jej ewi­den­cja i omni­po­ten­cja.

I tyl­ko cza­sem
drob­na uprzej­mość z jej stro­ny –
na­szych bli­skich umar­łych
wrzu­ca nam do snu."

"Każdemu kiedyś" Wisława Szymborska

Przerwana nić

Nasz sąsiad popełnił samobójstwo. Nas ogarnął szok i niedowierzanie. A co musi czuć jego rodzina? To pytanie aż boli. To był spokojny, skryty człowiek, dobry gospodarz. Mój Mąż stwierdził, że nie ma tak dobrego przyjaciela jakiego miał dobrego sąsiada. Pomagali sobie nawzajem.

Mimo, że mieszkam tu od 10 lat to nie byłam na pogrzebie nikogo z okolicy. Moja aspołeczność sprawia, że tak w zasadzie nikogo tu nie znam. I chociaż z Sąsiadem też nie prowadziłam wielkich konwersacji, ani nie byłam z nimi w żadnej zażyłości to jednak tym razem pójdę bo współczuję wdowie i dzieciakom i taki zwykły smutek mnie ogarnia na myśl jak musiało być źle, że Sąsiad wybrał tak drastyczny krok i najzwyklej w świecie smutno mi, że już go nie zobaczę vis-a-vis.

Odcienie

Noc była dziwna. Ciepła, ale nie tak gorąca jak to bywało wcześniej. W każdym razie nam obojgu źle się spało.

Jako, że nic nie jest jednobarwne tak i te wyczekiwane wakacje też mają swoje ciemne strony. Dzieci w pobliżu jak na lekarstwo więc z każdym dniem Juniorce bardziej dokucza nuda i samotność. A mnie w związku z tym przygniata ciężar błędów rodzicielskich.

Mężu chodzi naburmuszony. I nie wiem czy to wynik Juniorkowych próśb o sprowadzenie do domu jamnika? Czy efekt kopania na obiad ziemniaków w zielsku bo nikt ich nie dopilnował? Czy może to tylko przedżniwne napięcie?

W ciągu kilku chwil potrafi dziś zacząć padać. I tak samo łatwo lecą mi dziś łzy. Oby tylko wielkie grzmoty, wyładowania i nawałnice przeszły bokiem.

Miałam dodać nowy post. Ale najpierw otworzyłam listę wpisów z obserwowanych blogów i jeden wprawił mnie w tak wielką konsternację, że słowa które miałam tu zawrzeć stały się nieistotne.

Nawałnica

Na przejście frontu atmosferycznego i ochłodzenie czekała pewnie większość. Ja nie koniecznie, bo upały też lubię. Z tej większości dzisiaj i tak pewnie nie wszyscy się cieszą. Pierwsza burza przeszła około południa. Tam, gdzie pracuję, pogrzmiało trochę w oddali, deszczu spadło sporo, ale wszystko na spokojnie. W mieście zlało tak solidnie, że piwnice wielu domów i parkingi podziemne galerii handlowych zostały zalane. W domu oprócz potężnej ulewy szalał też grad. To, że poniszczyło kwiatki to mały pikuś. Obraz rozpaczy odmalował się w ogrodzie warzywnym, tam praktycznie wszystko poobrywane z liści, podziurawione, połamane. 38 krzaków pomidorów hodowanych od nasionka, w tym te pikowane i pielęgnowane przez Juniorkę nazwane Olkiem i Oliwią. Dobrze, że na balkonie uchroniły się 4 doniczki koktajlowych więc tak do końca nie będziemy skazani na zakup tych sklepowych, sztucznie dojrzewanych. Cukinie, ogórki, koper, buraczki, natka pietruszki… Niewiele w tym roku będzie naszego, czyli na pewno zdrowego. Tyle pracy przy pieleniu i dbaniu, w dużej mierze mojej Mamy, na marne. Na polach różnie, pszenica wygląda dobrze, kukurydza w miarę dała radę, ucierpiały buraki cukrowe więc to na pewno odbije się na plonach. Jednak uprawy od kiedy takie zjawiska atmosferyczne są coraz częstsze po prostu muszą być ubezpieczane by nie zostać z niczym. Ot i takie to smuteczki przed wakacjami… Jedyny pozytyw to to, że się w domu ochłodziło. W pokoju Juniorki już nie ma 28,6 stopnia. Już rodzicielski szósty zmysł nie musi ignorować mojego zmęczenia jak to było wczoraj i podpowiadać żeby iść sprawdzić co u dziecka, które mimo uchylonego okna spociło się tak, że trzeba było ją przebrać.

Spokojnej nocy…

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij