Odcienie

Noc była dziwna. Ciepła, ale nie tak gorąca jak to bywało wcześniej. W każdym razie nam obojgu źle się spało.

Jako, że nic nie jest jednobarwne tak i te wyczekiwane wakacje też mają swoje ciemne strony. Dzieci w pobliżu jak na lekarstwo więc z każdym dniem Juniorce bardziej dokucza nuda i samotność. A mnie w związku z tym przygniata ciężar błędów rodzicielskich.

Mężu chodzi naburmuszony. I nie wiem czy to wynik Juniorkowych próśb o sprowadzenie do domu jamnika? Czy efekt kopania na obiad ziemniaków w zielsku bo nikt ich nie dopilnował? Czy może to tylko przedżniwne napięcie?

W ciągu kilku chwil potrafi dziś zacząć padać. I tak samo łatwo lecą mi dziś łzy. Oby tylko wielkie grzmoty, wyładowania i nawałnice przeszły bokiem.

Nawałnica

Na przejście frontu atmosferycznego i ochłodzenie czekała pewnie większość. Ja nie koniecznie, bo upały też lubię. Z tej większości dzisiaj i tak pewnie nie wszyscy się cieszą. Pierwsza burza przeszła około południa. Tam, gdzie pracuję, pogrzmiało trochę w oddali, deszczu spadło sporo, ale wszystko na spokojnie. W mieście zlało tak solidnie, że piwnice wielu domów i parkingi podziemne galerii handlowych zostały zalane. W domu oprócz potężnej ulewy szalał też grad. To, że poniszczyło kwiatki to mały pikuś. Obraz rozpaczy odmalował się w ogrodzie warzywnym, tam praktycznie wszystko poobrywane z liści, podziurawione, połamane. 38 krzaków pomidorów hodowanych od nasionka, w tym te pikowane i pielęgnowane przez Juniorkę nazwane Olkiem i Oliwią. Dobrze, że na balkonie uchroniły się 4 doniczki koktajlowych więc tak do końca nie będziemy skazani na zakup tych sklepowych, sztucznie dojrzewanych. Cukinie, ogórki, koper, buraczki, natka pietruszki… Niewiele w tym roku będzie naszego, czyli na pewno zdrowego. Tyle pracy przy pieleniu i dbaniu, w dużej mierze mojej Mamy, na marne. Na polach różnie, pszenica wygląda dobrze, kukurydza w miarę dała radę, ucierpiały buraki cukrowe więc to na pewno odbije się na plonach. Jednak uprawy od kiedy takie zjawiska atmosferyczne są coraz częstsze po prostu muszą być ubezpieczane by nie zostać z niczym. Ot i takie to smuteczki przed wakacjami… Jedyny pozytyw to to, że się w domu ochłodziło. W pokoju Juniorki już nie ma 28,6 stopnia. Już rodzicielski szósty zmysł nie musi ignorować mojego zmęczenia jak to było wczoraj i podpowiadać żeby iść sprawdzić co u dziecka, które mimo uchylonego okna spociło się tak, że trzeba było ją przebrać.

Spokojnej nocy…

Poniedziałkowa kłoda

Poniedziałek nie mógł być gorszy i do wszystkich pozostałych kłód pod moje nogi dołożył kolejną. Wtorek już czeka ze swoją. Środa być może. Czwartek i piątek … już się nawet nie zdziwię. Tylko, że równowagi na tych kłodach już nie ogarniam. Każda kręci się w inny sposób, a ja już tylko nieskładnie przebieram nogami i macham rękami bez kontroli tocząc się przez kolejne godziny.

Bez wytchnienia

Już było dobrze, już niemal normalnie. W Święta skończył się syrop na kaszel i mamy regres. W ciągu dnia Juniorka znów gorzej się poczuła, kaszel znów mocniejszy, słaby apetyt, pokładanie się. Zasnęła szybko z temperaturą 37,5 po dwóch podanych dziś dawkach syropu i wysmarowana Vicksem. I znowu nerwowa noc przed nami. Jutro powinnam iść do pracy, w końcu przed przerwą świąteczną już na opiece byłam, a dyrektor jakoś za pracą zdalną nie jest. Czuję się jak zawiązana w supeł. Ciężko mi się skupić. A jednocześnie robię to, czego nie powinnam. Piszę nie to co powinnam. W chęci odreagowania szukam świata, który od lat nie istnieje. Paranoja…

Nie teraz!

W porze kolacji Juniorka zaczęła się skarżyć na zmęczenie (chociaż nigdy tego nie robi). Potem to już poszło szybko. Dreszcze. Ból głowy. Gorączka. I płacz małego człowieka, że się boi, że to koronawirus. Przez noc było 38 z kreskami, raz mniej raz więcej. Na dzień dobry się zwymiotowało. Pojawił się kaszel. Teraz 37,1.

Mam wrażenie jakbym była na jakimś speedzie. Prawie nie spałam, ale poziom napięcia utrzymuje organizm w pełni sił. Nie wydaje mi się żeby to był Covid (chociaż jak pediatra jutro zleci test to go zrobimy, w końcu w szkole ostatnio trochę pozytywnych przypadków było, nawet u dziecka z klas młodszych – więc może dla świętego spokoju jednak warto go zrobić). Martwi mnie, że w ogóle jakiś wirus się teraz w domu pojawił. W czwartek Mama ma szczepienie i musi być zdrowa, nawet najmniejsze i najzwyklejsze przeziębienie nie może wchodzić w grę. Siedzimy u góry. Juniorka w ogóle nie schodzi. Ale co z tego, jak wczoraj na kilka godzin przed pojawieniem się objawów przytulała się do Babci. Babcia będzie sobie mierzyć temperaturę. Ograniczymy kontakty na tyle na ile się da to zrobić w jednym domu. I miejmy nadzieję, że będzie dobrze. Eh…

Zgaszone

Niekiedy czuję się jak palące się drewno, na które ktoś wylał zimną wodę. Trochę zasyczy. Uniesie się lekki dymek z pary… Zgaszone… Pozostają tylko zimne, osmalone, pokryte warstewką popiołu nic nieznaczące kawałki. Tak słowa gaszą myśli, odczucia, czasem całą osobowość. Słowa, na które nie reaguję na czas. Jeżeli wrócą, będę jednak gotowa. Moje emocje są ważne, nawet jak nie są normatywne.

suju-foto/pixabay

Dzień nie-pozytywnego myślenia

Dzień, który właśnie dobiega końca w kalendarzu oznaczany jest jako: dzień pozytywnego myślenia. Niestety pozytywnego wymiaru nie miał. Chrzestna Juniorki zachorowała na Covid, na szczęście, póki co, przebieg jest łagodny. Po raz kolejny rozczarował mnie rządowy program szczepień. Nie rozumiem przyczyny dla której cześć społeczeństwa zostanie zaszczepiona preparatem, którego skuteczność to tylko 60%, gdy dwa pozostałe to 93 i 95% (to znaczy rozumiem, że AstraZeneca jest tańsza, ale to nie fair…). Szczepienie wiąże się dla mnie z pewnym ryzykiem i długo zastanawiałam się nad szczepieniem więc podejmując to ryzyko chciałabym mieć większą gwarancję działania. Niestety nie mam możliwości wyboru szczepionki (a nawet mogłabym dopłacić z własnej kieszeni) dostanę Astrę… bo tak. I w sumie to znowu zaczynam się zastanawiać czy skórka jest warta wyprawki… A na koniec przeczytałam jeszcze artykuł o planach wprowadzenia jeszcze w tym roku pierwszych ograniczeń wjeżdżania diesli do dużych miast. Co oznacza tylko tyle, że wkrótce przyjdzie rozstać się z moim kochanym Eugeniuszem, który choć świetnie wyposażony ma już swoje lata i za chwilę nie będzie spełniał norm.

2 lutego przypada też Dzień Świstaka. I jak donoszą media Phil zobaczył dziś swój cień co oznacza, że zima szybko nie odpuści. Kończąc po polsku – idzie luty, obuj dobre buty… co w gruncie rzeczy mi nie przeszkadza, byle ślizgawicy nie było i mrozy były umiarkowane.

Psi smuteczek

U suni to nie nowotwór, ale dobrze też nie jest. Weterynarz we wtorek założył szwy tymczasowo ratujące sytuację. Codziennie aplikujemy zastrzyki. Szwy jednak średnio się spisują bo codziennie wypadające tkanki trzeba odprowadzać do wewnątrz. Co budzi niepokój bo jak szwy nie spełnią swojej roli to konieczna będzie natychmiastowa operacja, która w tej fazie cyklu u suki jest obarczona bardzo dużym ryzykiem wykrwawienia i nasz wet nawet się teraz tego nie podejmie, trzeba by szukać gdzie indziej. Jak szwy wytrzymają to operacja i tak będzie konieczna, ale za 3 miesiące można ją przeprowadzić dużo bezpieczniej bo ryzyko krwotoku zmaleje. No ale musimy te 3 miesiące przetrwać…

A pies, no cóż, owładnięty feromonami żyje tylko miłością i jak już bywało wcześniej przestał jeść. Tylko pilnuje swojej pani, piszczy i obmyśla sposób jak się do niej przedostać, co jest absolutnie zabronione.