Dzień Edukacji

Z okazji dzisiejszego święta życzę koleżankom i kolegom po fachu przede wszystkim spokoju. Ja go we wrześniu nie miałam, wypracowując w 4 tygodnie 32 zastępstwa (bezpłatne oczywiście), październik nie jest lepszy… Żeby ministrem w końcu został w pełni świadomy szkolnej rzeczywistości praktyk, bo obecny to nawet nie teoretyk… By w końcu przeprowadzono prawdziwą reformę programową na miarę XXI wieku. By zawód nauczyciela znowu kojarzył się pozytywnie i cechował się właściwym prestiżem to może uczeń bez skrępowania nie powie do nauczyciela: „sprawia mi satysfakcję denerwowanie Pani”… – to tekst z naszej szkoły do jednej z koleżanek, a takich „cwaniaczków” jest pewnie więcej… – to i młodych, fajnych ludzi w zawodzie przybędzie.

Był sobie wrzesień

Juniorka na zajęciach plastycznych. Mam więc 1,5 godziny czasu, w którym nic nie muszę, poza czekaniem… W zeszłym tygodniu wykorzystałam ten czas na rozmowę telefoniczną. Dziś wrócę pamięcią do września. Oj mało mnie tu było, mało jak chyba nigdy wcześniej, jedynie pięć marnych postów dodanych. Niestety czasu nie ogarniam, gonię swój ogon, ciągle zmęczona natłokiem obowiązków zawodowych i domowych, zapominam niekiedy, że istnieje coś ponad. Jak tylko mogę łapię jednak dobre chwile, by choć trochę podładować swoje akumulatory. W któryś bardzo piękny piątek było więc oliwskie ZOO i peeling pięt na plaży w Brzeźnie. Cudowny rodzinny czas, szkoda tylko, że jednodniowy, ale cóż… życie potrafi zmieniać nasze plany nie zawsze in plus. Był „Bulwar Zachodzącego Słońca”, na który czekałam półtora roku. Było i jest dużo czasu na świeżym powietrzu. Były urodziny mojej Mamy. Czy to wszystko? Nie wiem. Sporo spraw przesypuje mi się jak piasek przez palce. Czekam na grudzień, który przerwą świąteczną może przyniesie chwilowe wytchnienie, wcześniej nie spodziewam się poprawy.

Wyjątki od reguły

Dnia od kawy nie zaczynam. Do śniadania herbata, a kawa dopiero za jakiś czas do obowiązkowej słodyczy. Ale weekend był tak chmurnie ponury, że w niedzielę zaczęłam od nastawienia ekspresu do kawy. A jak kawa to na śniadanie kanapeczki z żółtym serem posmarowanym wiśniowym dżemem domowej roboty. A tak, lubię takie zestawienie 😉 i dopiero potem miałam siłę i chęć na dwugodzinną wyprawę w las w zestawieniu 2+1+1 😉

Po raz kolejny przekonałam się, że moje dziecko znajdzie wspólny język z każdym dorosłym, ale dzieci się boi… 😦

Po perypetiach z zapisami na warsztaty plastyczne ruszamy, tzn. Juniorka rusza dziś na pierwsze spotkanie. I chociaż zwolniło się miejsce w grupie w naszej szkole to mimo to spróbuję w bardzo kameralnej grupie w innym środowisku…

Duży wpis czeka na możliwość powstania… liczę na wyjątek czyli czasową lukę do wykorzystania na pisanie 😉

Martwy punkt

Mam wrażenie, że ostatnio życie na wielu płaszczyznach w martwych punktach poutykało… Dobrze jedynie, że potem przychodzi taki moment, w którym coś rusza w dobrym kierunku. Pandemia, tu to by dużo pisać… Pogoda, zatrzymała żniwa i przeszło tydzień wszystko stało, czas uciekał, nerwówka się nakręcała. Na szczęście piękny weekend udało się wykorzystać i skosić to, co w końcu dojrzało.

Spotkania towarzyskie, nawet z tymi niewidzianymi przez jakieś 20 miesięcy w końcu się wybrałam. Wyprawkę dla Juniorki też już prawie ogarnęłam, chociaż wyjątkowo się w tym roku nie mogłam za to zabrać. Jeszcze jest jeden martwy punkt bo źle przeliczyłam siły na zamiary, ale nie ma wyjścia i on musi ruszyć do przodu. Mam nadzieję. I tylko weekendowe morze za 2 tygodnie stoi pod wielkim znakiem zapytania, bo jak pogoda się nie polepszy to nie ma sensu… Bilety na „Bulwar Zachodzącego Słońca” do opery zakupione na wrzesień (chyba jeszcze lockdown wtedy nie grozi, bo na ten musical to mieliśmy iść w ubiegłym roku…)