Weekend smaków

Tak się złożyło, że weekend wypełniły smaki nowe i te lubiane tradycyjne, choć już teraz coraz bardziej kontrowersyjne 😉 Były więc: pierogi z cukinią i fetą, jajecznica z kurkami, a także czarnina, do której Mama pokusiła się o zrobienie domowego makaronu i kaczka pieczona z jabłkami. Czarnina, w Panu Tadeuszu, czarna polewka podana kawalerowi ubiegającemu się o rękę panny była odmową. Ale teraz ta zupa jest już tak rzadko gotowana, że ktoś kto ją lubi może odebrać jej podanie jako akt uznania 😉 A na deser domowe gofry z bitą śmietaną i borówkami.

mniam

Z dziennika pogodowego: po dwóch dniach z ładną pogodą znowu mamy ochłodzenie do 20 stopni i deszcz… no nic prognoza na koniec tygodnia zapowiada lato w pełni więc się tego trzymam…

Myszka i komary

Od czasu zakupu pierwszego laptopa, czyli jakieś 11-12 lat temu całkowicie przerzuciłam się na touchpada. Ale teraz jakoś za myszką zatęskniłam, łatwiej przesuwa mi się ekran rolką i jakoś tak łatwiej operuje obrazami w programach do edycji. W szufladach była taka mini myszka, ale ta w dłoni też nie leży przy dłuższym używaniu. Kupiłam więc nową, najzwyklejszą przewodową mysz optyczną (choć pamiętam jeszcze jak miałam taką z kulką pod „brzuszkiem”). Przy okazji dowiadując się, że mysz teraz może mieć 14 przycisków(?!), pewnie to do gier – nie wiem, nie znam się i nie potrzebuję 😉

myszka

A po 6 latach szukania środka łagodzącego skutki ukąszenia komarów u Juniorki, u której wszystko jeszcze jakby potęgowało odczyn, znalazłam w końcu coś co daje zadowalający efekt i zniknięcie śladu po 2,3 dniach, a nie po 2 tygodniach. Plasterki do naklejenia na 8h z wyciągiem z nagietka lekarskiego. Właśnie zamówiłam 5 opakowań 😉

Lwia zmarszczka i kozi ser

Czytam powieść, obyczajówkę. Na jednej ze stron bohaterowie prowadzą rozmowę na temat medycyny estetycznej. Rozmawiają między innymi o lwiej zmarszczce. … Zaraz, zaraz, właśnie uświadamiam sobie, że kreska z mojego czoła to właśnie opisywana lwia zmarszczka. Od teraz już mi będzie z nią lepiej, ze świadomością, że moja zmarszczka ma tak dostojne zwierzę w nazwie. Lwia zmarszczka brzmi dużo lepiej niż kurze łapki.

lwiazmarszczka
PublicDomainPictures/pixabay

To teraz przejdźmy do kozy, mojej zodiakalnej patronki według horoskopu chińskiego 😉 A właściwie koziego sera w wersji do smarowania. Smakuje pysznie na kanapce z pomidorem i szczypiorem. Takie dzisiejsze odkrycie śniadaniowe 😉

Na oścież

Bramę mieliśmy przesuwną. Ale przesuwną siłą ludzkich mięśni więc trzeba było wsiadać i wysiadać i czasami trochę się namęczyć. Gadania o założeniu napędu było kilka lat, ale w końcu jest. Miało być roboty na 2,3 dni a wyszły w sumie 3 tygodnie bo jak już robić to zrobić dobrze. Bramę trzeba było zdjąć (całkowita jej długość to 9 metrów). Wymienić szynę po której się porusza. Skuć beton przy wjeździe i zmienić trochę jego profil. Nowy beton zamówiony trochę pokątnie 😉 więc przyjechał pewnego piątku przed godziną 19 więc chciał nie chciał te 4 metry betonu musieliśmy rozciągnąć sami. Trochę posiłkując się ciągnikiem bo inaczej byśmy nie dali rady, chociaż przez moment pracowaliśmy wszyscy włącznie z Babcią i Juniorką.

beton

Beton był zbrojony nie polimerem (jak sądził mój Mąż), a zwykłym drutem, co okazało się dnia następnego gdy na taki zbrojeniowy drucik nadepnęłam i wbił mi się w piętę. Ale gdy beton już był można było założyć bramę (przez blisko 2 tygodnie jej nie mieliśmy). Potem założenie napędu, wyprowadzenie kabli i podłączenie zasilania, przyspawanie potrzebnych elementów, pomalowanie nowych i odświeżenia starych i zakup nietypowych baterii. Ale wczorajszego wieczoru nasza brama zamknęła się po raz pierwszy przy użyciu pilota. Może i to trwało długo, ale wszystko sam zrobił mój Mąż.

Przez czas braku bramy psy też miały kiepsko. Zostały pozbawione nocnego biegania po całym terenie i trzeba było im braki w ruchu inaczej rekompensować. Suką zajął się Mąż, ona nie lubi aportować więc trzeba było brać ją na przebieżki. Psa my wybiegałyśmy, jego miłość do aportowania była w tym przypadku kluczowa. Tu w trochę celowo zwolnionym tempie 😉

Zezowate szczęście

Jak ma się urodziny to można świętować. A jak ma się takie szczęście jak ja to i bez wielkiego świętowania, bez nawet powąchania kropli alkoholu można poczuć: podjeżdżający do gardła żołądek, światłowstręt, kosmiczny ból głowy, tupanie much niczym słoni i ogólne wirowanie świata zewnętrznego i wewnętrznego. Tak, w urodzinowy wieczór rozłożyła mnie migrena. Po takim ataku jestem zawsze zmęczona jakbym 10 ton węgla w kopalni wyfedrowała więc sił starczyło jedynie na położenie się spać. Ale rok temu, gdy kończyłam te przełomowe cztery i zero to bardziej doświadczony kuzyn ostrzegał, że od teraz to już wszystko boleć będzie 😉

hb2020

Zimno mi

Jestem zmarzluchem. Cały rok czekam na lipiec. To jest mój miesiąc. Miesiąc, którym oddycham, a jego rozgrzane powietrze powinno wibrować na mojej skórze. Tymczasem od kilku dni termometr za oknem dobrze jak 20 stopni wskazuje. A rozhulany zimny wiatr swoimi lodowatymi palcami bezczelnie dotyka miejsc na moim ciele, które chłodu nie znoszą. Najpierw podnoszę kołnierzyk bluzki, potem zarzucam na ramię ponczo otulając kark jego miękkością. Dla mnie lato zaczyna się od 25 stopni i wyżej. Czekam…

ja

Zimno, „ciemno” i „do domu daleko”… ***** ***

Burzowej pełni luz

Po czerwcowej truskawkowej pełni przyszedł czas na burzową pełnię. W sumie to nie wiem skąd się w tym roku te nazwy biorą 😉

burzowapelnia
04.07. godzina 21:30

I chociaż pełnia różnie na ludzi wpływa to tym razem mimo nałożenia się różnych cykli to mnie wypełnił wewnętrzny spokój. Sytuacja zdrowotna w domu wraca do normy. Niedzielę spędziliśmy pierwszy raz od dawna w trochę większym rodzinnie gronie. Potem powrót do domu, zabawy i spacer z psami. A teraz siedzę sobie na tarasie dodatkowo zrobionym zeszłego lata (to był strzał w dziesiątkę), wokół cisza, jedynie ptaki podśpiewują i szumią brzozowe gałązki. Luz blues, a na niebie kilka białych chmur. A na płocie zawisł plakat wyborczy 😉 ku oburzeniu sąsiedzkiej gawiedzi 🤣

Psie smutki

Z okazji Dnia Psa, który wypada 30 czerwca okazało się, że VAT na obroże przeciw pchłom i kleszczom wzrośnie z 8 do 23%. Wszystko drożeje to i to, nie oburzam się więc. Chociaż niektórzy hodowcy trochę się zbulwersowali ponieważ te obroże i tak były drogie (szczególnie w rozmiarach dla dużych psów), a ich działanie to kilka miesięcy więc już i tak nie wszyscy je kupowali. Mnie oburzyło coś innego, jeden komentarz (tak, pokusiło mnie o ich czytanie). Mianowicie ktoś stwierdził: że po co takie obroże, przecież kiedyś psom na łańcuchach takich nie zakładali i kleszczy nie miały. Zacznijmy od tego, że komuś kto trzyma psa na łańcuchu jest obojętny jego los. Wtedy nie ważne z jakiego powodu pies zdechł, czy ze starości, czy w wyniku odkleszczowej babeszjozy. Teraz ciągłe trzymanie psa na łańcuchu jest zabronione… w teorii, bo w praktyce to już różnie bywa. Jednak dla ludzi, którzy dbają o swoich pupili ważna jest też ich ochrona przed chorobami i nie dziwi fakt rozczarowania płynący z finansowego problemu przy zakupie obroży, wszak w pierwszej kolejności zwierzaka trzeba nakarmić… Co właśnie mi przypomina, że na dniach znowu trzeba zamówić suchą karmę dla naszych głodomorów 😉

obapsy

Ale podobno VAT na musztardę jest obniżony 😉

Siąpi, pada, leje

pada
Adam_D/pixabay

Mieszkamy w jakimś takim zakątku, że deficyty deszczu są u nas większe. Nawet jak zapowiadają deszcz dla naszego regionu, to u nas i tak potrafi nie padać. W ostatnich dniach jednak pada, choć łapie nas zazwyczaj „z ogona chmury” więc ilości są rozsądne. Wczoraj i dziś, według urządzonka do pomiaru ilości opadów, spadło łącznie 15 litrów wody na metr kwadratowy. Rośliny zadowolone i wzrost zauważalny w mgnieniu oka, bo taki deszcz nie ubija gleby i równomiernie w nią wsiąka. Chociaż nie mogłam dwie soboty z rzędu suszyć prania na zewnątrz bo akurat padało (a Babcia mawiała, że jak mąż kocha to pranie zdąży wyschnąć przed deszczem. Czyżbym powinna się nad czym zastanowić…?). Ale to co się zdarzyło na Podkarpaciu to tragedia dla wszystkich i wszystkiego. I to, że spadło dużo wody wcale nie wpłynie znacząco na zmniejszenie suszy. Deszcz nawalny spada, ubija glebę, która nie nadąża wchłaniać wody i spływa w niżej położone tereny. Deszcz nawalny swoją gwałtownością i ilością niszczy uprawy. A tam gdzie spłynie nadmiar wody uprawy zgniją. Można by sądzić, że deszcz to tylko wystarczy, że pada. Ale tak nie jest, ważne jest w jaki sposób pada by ziemia miała z tego korzyść. Spokojnej pogody, ciepła z rozsądną ilością słońca i deszczu (najlepiej nocami).

A to jsem já

Dziś Dzień Ojca, który oczywiście rodzinnie słodkościami świętujemy 😉 Ale nie o ojcu dziś będzie. Tylko o naszym moskiewskim chłopaku (który ojcem co najwyżej kiedyś zostanie, ale jeszcze nie teraz bo póki co zaczynamy psią separację, czyli czekają nas 3 tygodnie słuchania psiego wycia do księżyca – o mamuńciu!). O dziewczynie był cały wpis, a chłopakowe szczenięce zdjęcie przepadło wraz z przeprowadzką z Bloxa i tylko z Juniorką jakieś foto miał. No to dziś chłopakowa morda kochana, w chyba kwietniowym jeszcze anturażu. A taki był malutki jak przyjechał te prawie 2,5 roku temu. Maniak aportowania.

igiA do kompletu moja cienista osoba 😉