2-1-2

Nie miałam dziś wyznaczonego dyżuru więc miałam dzień wolny. Nie powiem, fajne jest takie ustawienie tygodnia pracy, nie generuje tyle stresu co ciąg pięciu dni. A tak to już w niedzielne popołudnie zastanawiam się jak tydzień będzie wyglądał, ile osób może nie być i co w związku z tym zostanie przydzielone mnie, czy nie dotknie nas koronawirus i czy dociągniemy do końca tygodnia. Ten tydzień dzięki świętu przychodzi łatwiej bo zawsze dwa dni i można odetchnąć.

Atrakcji ostatnia doba jednak trochę dostarczyła. Przez wieczór i noc wiało mocno i padał deszcz. Wiatr musiał coś uszkodzić bo o godz. 20 wyłączyli nam prąd i nie było go praktycznie do rana z trzema czy czterema włączeniami na pół godziny. Niepokoiłam się trochę o natlenienie akwarium, ale na szczęście rano wszystkie rybki miały się dobrze. Wizytę u stomatologa mamy w przyszłym tygodniu, ale przyjaciółka uspokoiła mnie, że ząb może jeszcze zacząć się ruszać więc może drastyczne środki nie będą konieczne. Rano Passerati zaniemógł i wymagał równie pilnej interwencji mechanika jak moje autko. Już nawet mieliśmy nagrane pożyczenie na jutro samochodu od Szwagierki. Na szczęście popołudniu wrócił Eugeniusz. Co nie zmienia faktu, że w dalszym ciągu będzie musiał wozić nas Mężu. Dobrze, że do końca tygodnia tylko dwa dni.

Ten film o Antarktydzie

Władze nad pilotem telewizyjnym sprawuje zazwyczaj Mężu. A gdy zaczyna się reklama przełącza na inne kanały. I wczoraj wieczorem gdy tak przełączał zobaczyłam „Gdzie jesteś, Bernadette?”. Rozentuzjazmowana mówię, że to ten film, a tą książkę czytałam w zeszłym tygodniu. Na co mój Mąż: „ten film o Antarktydzie?” Myślę sobie: serio? tylko o Antarktydzie… Pytam: „oglądałeś go wcześniej?”. W odpowiedzi słyszę, że: „tak”. Ale oglądamy. No cóż w niektórych kwestiach film znacznie różni się od książkowej fabuły. Zabrakło wątków, które w książce, w moim odczuciu, były bardzo istotne, inne na potrzeby filmu zostały zmienione. Ale to przecież norma, filmy są jakąś wizją reżysera i scenarzysty, a nie wierną kopią powieści. Przełożenie konstrukcji powieści na filmowy przyczynowo – skutkowy ciąg zdarzeń się twórcom udał. Motywem muzycznym dla filmu staje się Time after time Cyndi Lauper. Nie wiem dlaczego, po prostu do filmowej adaptacji widać ta piosenka pasuje. Muzyką do książki jest Abbey Road The Beatles więc podkładem muzycznym do „napisów końcowych” powinno być Here Comes the Sun. I stąd ten mój dysonans. Dla nieznającego książki film jest… przyjemny w odbiorze, dryfuje gdzieś w stronę romantic story, w przeciwieństwie do powieści. Znając jednak powieść i mając ją w pamięci na świeżo to jednak postawię na książkę.

Byty i niebyty

Mój kochany Eugeniusz wczoraj też postanowił przenieść się w czasowy niebyt, uziemiając mnie na sklepowym parkingu w połowie drogi do domu. Musiałam czekać tam na księcia od koni ukrytych pod srebrną maską. A Eugeniusz ze swoim chorym rozrusznikiem stoi teraz w deszczu na parkingu u mechanika.

Potem okazało się, że Juniorce rośnie ząb. Rośnie, tylko mleczak ani drgnie… Potrzebujemy na cito wizyty u stomatologa i najpewniej usunięcia opornego mleczaka.

Gnębi mnie dziś ból głowy. Ale z przyjemnością obejrzałam sukces Igi Świątek na korcie Philippa Chatriera, popijając pomarańczową herbatę.

10. 10. 2020

Z offu

Żyję. Funkcjonuję. Zadaniowo. Bez wybiegania w przyszłość. Bez komplikowania zastanawianiem. Śpię lub nie śpię. W zależności od nocy i nagromadzonego stresu i zmęczenia. Media ograniczyłam do czytania nagłówków. Za to czytam historię z tajemnicą z przeszłości w tle. Od tego bycia – nie bycia to nawet mój wewnętrzny analizator ma odpoczynek. A, że to piątek to tym bardziej udaje się w niebyt.

Numer 1

Wrzesień się skończył. Mogę odciąć pierwszy kupon. Tak to niestety teraz wygląda, oby do końca dnia, oby do końca tygodnia, oby do końca miesiąca… Entuzjazmu nie ma, chociaż zaangażowanie pewnie większe niż normalnie. Konkurs zaplanowany, zgłoszenie do międzynarodowej akcji wypełnione. Nawet czegoś co można zrobić jutro, lepiej nie zostawiać. Wszyscy gonią póki jest względny spokój, przecież nigdy nie wiadomo kiedy odezwie się Sanepid. Województwo plasuje się wysoko w statystykach nowych zakażeń. Najpierw na kwarantannę trafiali gdzieś w szkołach, które wiedziało się co najwyżej gdzie są, teraz kwarantanny dotyczą już szkół moich znajomych. U nas (odpukać) takich „atrakcji” we wrześniu udało się uniknąć. Ale ludzie zaczęli chorować. Ja też. I chociaż w normalnych warunkach to pewnie jeszcze poszłabym dociągnąć tydzień do końca, to teraz stwierdziłam, że to nie ma sensu bo zamiast zatrzymać przeziębienie na wczesnym etapie to się tylko doprawię. Także jestem po teleporadzie, L4 wystawione i się kuruję. Tymczasem mam nowego ministra. Od jakiegoś czasu jest tak, że gdy mówi się o nadchodzącej zmianie to myślę, że gorzej już być nie może. A potem jest nominacja i okazuje się, że może być gorzej…

Nie do końca tak…

Chciałam zamknąć się w bańce i nie myśleć o świecie zewnętrznym, a może nawet o niczym. Co prawda w bańce się zamknęłam, ale nie w taki sposób w jaki chciałam. W sobotę rano Juniorka wstała pociągając nosem i pokasłując. I spokój diabli wzięli. Ile posiedzi w domu? Zobaczymy… Jak tak dalej ten rok szkolny będzie wyglądał to osiwieję do reszty. Do szyb zapłakanych deszczem, ciepłych już kaloryferów, kakao i książki z doskoku dołączyć musiały pudełka chusteczek i odmierzanie syropów. Weekend z relaksem trochę się minął. Eh… A na połowę listopada mamy zaplanowany bilans sześciolatka (przyznaję, że trochę przez pandemię temat olałam, a do szkoły musimy przynieść wynik do połowy grudnia). Kolejka w przychodni długa i zastanawiam się czy uda nam się być wtedy zdrowymi (wszyscy w domu), bo o przebywaniu na kwarantannie nawet nie chcę myśleć (a przecież może się zdarzyć)… bo inaczej nawet nie mamy co próbować iść by formalności stało się zadość. Nawet mnie pandemiczny stan rzeczy zaczyna doskwierać i tęsknię za normalnością.

Pierwszy jesienny deszcz

Na komputerze mam ustawione wodne tła pulpitu. Jedno zdjęcie, bardzo je lubię, przedstawia okno w kroplach deszczu, a za szybą wiosennie kwitnące drzewa owocowe i łąkę. I choć za oknem mam trochę podobny widok to gdy wiosną próbowałam zrobić takie własne zdjęcie to jednak nie wyszło.

Dzisiejszy popołudnie już nie przypominało tych poprzednich. Już nie było letnie. Już było jesienne, z niebem całkowicie zasnutym chmurami, z porywami wiatru i deszczem spływającym po szybach, dźwięcznie i miarowo. A ja z książka na kanapie łapałam pierwsze chwile weekendu, chcąc zapomnieć o całym świecie i chociaż na te dwa i pół dnia znów zaszyć się we własnej bańce.

Paczki

Czasy się tak rozwijają, że coraz więcej rzeczy zamawia się przez Internet. Kurierów różnej maści nie bardzo trawię i wolę nie korzystać z ich usług. Listonosza mamy cudownego i jemu to nawet jestem skłonna dopłacać do pensji 😉 byle tylko nie rezygnował z pracy na Poczcie 😉 ale nie wszędzie jest taka opcja dostawy. Drugą opcją, którą lubię są paczkomaty. Zainstalowałam sobie aplikację, więc przy odbiorze też jest nieźle. Do tej pory odbierałam paczki w miejscowości, której pracuję bo bliżej nie było możliwości. Ale właśnie ustawili paczkomat jakieś 1,5km od domu więc już pierwsza moja przesyłka do nowej lokalizacji zmierza 🙂

W kratkę

Teraz jest taki czas, że w codziennych stylizacjach dominują bluzki koszulowe. Ubierałam jednego dnia, bluzka jest w kratkę. Drugi dzień, kratka tylko w innym zestawie kolorystycznym. Przygotowuję koszulę na kolejny dzień i co… i znowu kratka? Czy wszystkie bluzki mam w kratkę? Przeglądam szafę – faktycznie jest przewaga kratki w różnych wydaniach. Wcześniej tego nie zauważałam? To może lepiej dla odmiany ubrać tę w kwiatki 😉 A żeby tendencję utrzymać to kupiłam sobie kurtkę w pepitkowy print 😉

Lazy sunday

Sobotni wieczór zakończył się małym piwem i oglądaniem filmu (uwaga) Siła magnum, klasyk jak określił go Mężu. Faktycznie film z Eastwood’em z 1973 to już klasyk filmów sensacyjnych 😉 No to oglądam, przerwy reklamowe długaśne, ale już jestem ciekawa zakończenia, jest już po północy, ale film zaraz się skończy i przy którymś mrugnięciu powieki klapnęły na dłużej i otworzyły się na reklamach już po filmie… u obojga. Bez komentarza 😉 Także niedziela zaczęła się leniwym wstawaniem i niespiesznym śniadaniem. Potem pranie jeansów, które nie zmieściłyby się wczoraj na suszaku. W międzyczasie Juniorce spadła książka o Arielce, tak jakoś wprost do wody, która była przygotowana do podmiany w akwarium. Wszystkie strony dokumentnie mokre. Dobrze, że rolka ręczników papierowych nowa więc jest czym przekładać i osuszać kartki. Dalej to do roboty przy akwarium. Pranie się wyprało, trzeba je powiesić. Jeszcze podłogi powinnam umyć bo wczoraj szkoda mi na to było popołudnia (ale może jeszcze do jutra wytrzymają…?) Bo po obiedzie to może na spacer nad jezioro, by nie tracić za dużo z tak ładnego, wrześniowego dnia… Nawet graficznie tak właśnie mi się przedstawiła idealnie leniwa niedziela 😉