Jesień, jak to tak?

Zaczęła się w kalendarzu. Ale póki co usiądę zaraz przed domem w całkiem letnim ubraniu. Wystawię twarz do słońca. Założę okulary z przeciwsłonecznymi szkłami. I nie będę zwracać uwagi na liście spadające obok. Co najwyżej nieśmiało, prawie szeptem zanucę zwrotkę piosenki Grechuty:

„Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka, słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień, jak to tak?
Jesień, jesień, jak to tak?”

Wieczorami

Co prawda do wieczora jeszcze trochę zostało. I chociaż po Anki to zimne już wieczory i poranki. To jednak wieczorami bywa u nas bardziej gwarno niż za dnia. I takie to koncerty wybrzmiewają

A nawiązując do dzisiejszej daty. Chociaż do Warszawy nam daleko to Pamiętamy. Tak jak pamiętam opowieści Dziadka, który walczył w II wojnie i trafił do niewoli.

My dla WOŚP

Żeby nie było, że ja tylko tak za koalami płaczę, to w tym roku WOŚP był dla nas wyjątkowo aktywny. Zaczęliśmy jeszcze przed południem. Przy okazji morsowania dla WOŚP, w którym brał udział również mój Mąż. Do wody weszło przeszło 300 morsów, z czego zebrało się ponad 7 tysięcy złotych.

morsy

Było wesoło bo na plaży były też inne imprezy towarzyszące, a Juniorka wróciła najedzona ziemniakami z ogniska i kiełbaską z rusztu. W domu szybka kawa i obiad i już trzeba było ruszać na wośpowanie Juniorki. Zatańczyła z dziećmi ze swojej grupy. Sztab, w którym występowała zebrał ponad 14 tysięcy. Po występie Juniorki „biegiem” do mojego sztabu. Tu zostałam pomagać już do końca imprezy. U nas sami kwestujący zebrali 26 tysięcy, a ogólna kwota sztabu wyniosła 120 tysięcy złotych. A to wszystko dzieje się na wsiach 🙂 do końca świata i o jeden dzień dłużej 😉

wosp

Mam tę moc więc Chcę uwierzyć snom

Samochód po pracy już współpracował więc bez przeszkód do przedszkola i do domu. Po ekspresowym obiedzie w postaci mięsa z pieczarkami z niedzieli i pajdy chleba ruszyliśmy do kina. Moje dziecko już od niedzielnego wieczora zarzucało mnie życzeniami imieninowymi więc stwierdziłam, że w swoje święto zrobię jej przyjemność i stąd wyjście na Krainę Lodu. Film ładny, fabuła dość ciekawa, dużo piosenek (choć mogą nie zatrybić tak jak Mam tę moc), Olaf z głosem Mozila jak zawsze rozweselająco – rozczulający, momentami zbyt się dłużący… no czegoś zabrakło w porównaniu do pierwszej części. Na pewno narysowany przede wszystkim pod wersję 3D. Może na tym twórcy skupili się za bardzo i stąd taki efekt? Ale Juniorka generalnie zadowolona, wszak widziała film już czwartego dnia od polskiej premiery i tym razem mogła zjeść popcorn. A mnie podobało się rodzinne wyjście, zawsze jest odprężające.

frozen

Na trzy

„Na raz, na dwa, świat za uszy dziś złap…” jakoś tak dziś za mną chodzi ta cudna piosenka z dzieciństwa w wykonaniu Majki Jeżowskiej. Może to efekt trzydniowego weekendu, w którym to jest czas na wszystko, a świat rakietą nie ucieka 😉 W zasadzie to weekend zaczęłyśmy z Juniorką już w czwartek idąc w odwiedziny do jej kolegi. Dzieciaki się wyszalały, a ja zrelaksowałam się z dwoma fajnymi babkami. Piątkowy czas zadumy dał dodatkowe wyciszenie, a Juniorka chyba pierwszy raz załapała, że tego dnia chodzi o pamięć. A ma już niestety o kim pamiętać (mimo, że nawet nie poznała jednej Babci i obu Dziadków) i zapalać światełko. W sobotę można było bez wyrzutów, że brakuje czasu dla dziecka rzucić się w wir porządków. No i niedziela, cała dla przyjemności bo już w domu porządek. Już przed południem byliśmy w kinie. Juniorka z możliwych: Angry Birds, O! Yeti, Mój przyjaciel Ufik (na to ja chciałam iść) wybrała drugą część Angry Birds. Szalę przeważyły pewnie te zbierane w jednym ze sklepów angrybirds’owe kosteczki

angrybirds

jak dla mnie było średnio choć  zabawnie, najfajniejsze były piosenki z moich młodych lat 😂 Potem pizzeria i spacer. Uwielbiam przedłużone weekendy, kiedy to nie trzeba w ciągu dwóch dni gonić za wszystkim. Dobrze, że powtórka z rozrywki już za tydzień 🙂 Chociaż wiem, że są gminy czy zakłady pracy, które testują czy testowały system trzydniowych weekendów, ponieważ badania podają, że pracownik po takim weekendzie jest szczęśliwszy więc jego wydajność w pracy wzrasta. Taki system testuje na przykład jeden duński urząd gminy…

Było miło

Wakacje na jurze okazały się strzałem w 10. Nawet pokuszę się o stwierdzenie, że jest to idealne miejsce na wyjazd z dziećmi. Jest co zwiedzać, jest gdzie wędrować, można jeździć rowerem, jest różnorodność. Nie obyło się bez marudzenia, ale też nie było pod tym względem tak źle, a tatrzańskie doliny byłyby dla Juniorki dużo bardziej męczące i monotonne w odbiorze. A tak pierwszego dnia zaliczyliśmy Maczugę Herkulesa i zamek Pieskową Skałę, weszliśmy do Jaskini Łokietka i pomaszerowaliśmy szlakiem Ojcowskiego Parku do Bramy Krakowskiej. Mnie ciągnęło do zamków na Szlaku Orlich Gniazd więc był Mirów i przejście urokliwym szlakiem do Bobolic, był Ogrodzieniec i Olsztyn (tak, tam też jest Olsztyn) oraz Góra Biakło z piękną panoramą i pasącymi się na niej owcami 😉 No i Złoty Potok, w którym przez kilka miesięcy przebywał Zygmunt Krasiński i nadał nazwy tamtejszym ostańcom (Brama Twardowskiego, gdzie to kogut miał się odbić od skały żłobiąc pazurami otwór i wzlecieć z Twardowskim do Księżyca) czy stawom (Irydion, Sen Nocy Letniej). Złoty Potok to także Pałac Raczyńskich (niestety marniejący ze względu na spór Skarbu Państwa ze spadkobiercami), Dwór Krasińskich w którym mieści się Muzeum Regionalne i Rezerwat Parkowe czyli szlaki piesze i rowerowe, ostańce, grota niedźwiedzia (w której znaleziono szczątki paleolitycznych zwierząt i chronił się człowiek z okresu kamienia łupanego), źródła Wiercicy, Źródło Spełnionych Marzeń. Złoty Potok to także pierwsza w Europie pstrągarnia. Dni były więc wypełnione od śniadania do obiadokolacji i był to bardzo udany czas 🙂

Ze śmiesznych nazw miejscowości oprócz Garnka zapamiętałam jeszcze Śrubarnię i Żelazko. Była też Julianka 😉 ale entuzjazm do nazwy opadł gdy przeczytałam, że wydarzyła się tam straszna katastrofa kolejowa w 1976 r.

Po raz kolejny też oglądając świat zza samochodowej szyby doszłam do wniosku, że mamy przepiękny kraj. Drugi wniosek jest taki, że mimo, że w naszej wsi oprócz okrągłej kapliczki z XVII wieku położonej na wzgórzu nie ma nic więcej (nawet sklepu), to jednak w zasięgu 10 km zaczyna nam się duże miasto ze wszystkimi udogodnieniami, uniwersytetem, bazą kulturalną itp. A jak się tak jedzie to droga upstrzona jest maleńkimi miejscowościami w znacznym oddaleniu od dużych ośrodków miejskich czyli u nas nie jest źle 😉

Jura

Z rozbieżności pomiędzy Bieszczadami, Wolinem i Kościeliskiem wyszła Wyżyna Krakowsko – Częstochowska. Hotel ładnie położony, jest też dobrą bazą wypadową do zwiedzania jury. Ze śmieszków drogowych to przejeżdżaliśmy przez miejscowość o nazwie: Garnek. Oby tylko pogoda dopisywała i w domu było wszystko w porządku to wakacje zakończymy na fest 😎