Wszak nadal wakacje :)

Na szczęście weekendowo pogoda się poprawiła. Chociaż już następne ochłodzenie prognozują… Ale dobre i to ponieważ przyjemny to był czas na końcówce (jakby nie było) wakacji. W środę ruszam do pracy, chociaż nadal udaję, że to jeszcze szmat czasu i o pracy nie myślę. Jedynie sprzeczka z szefem mi się śniła, w której powiedziałam parę słów na temat jego poglądów, za co chciał mnie zwolnić. Może to zły znak przed nowym rokiem szkolnym? 😉 Nie ważne. Lepiej na przyjemnościach się skupiać. Weekend był wyjątkowy udany ponieważ zaczęty już w piątek urodzinkami kuzyna Juniorki. Sobotę podzieliliśmy na pracę i przyjemności. Była praca w w ogrodzie, a że było już ładnie i ciepło to i przyjemnie było grabić trawę itp. Dla przyjemności pojechaliśmy na pobliskie spotkanie motocyklowe, co prawda na przejazd w paradzie nie zdążyliśmy, ale to i tak miłe oderwanie od rzeczywistości.

Z okazji skończonych żniw i zasianego już rzepaku zrobiliśmy sobie dożynki 😉 była pizza, piwo i lody na deser. Niedzielę zaczęliśmy na odpustowym jarmarku. Wyjątkowe nic w tym roku na straganach było, aż nawet Juniorce ciężko było znaleźć coś fajnego. Ale jak to dziecko, które z utęsknieniem 😉 przez cały rok na tą wiejską atrakcję czeka w końcu odpowiednie fanty nabyła 😉 Jeszcze spotkanie u kuzynami i strzelanie diabełkami. A na zakończenie nadjeziorne atrakcje.

Rozpusta

No to już w zasadzie koniec. Jeszcze kilka dni w przyszłym tygodniu i odzyskam czas. Zerówki wczoraj popołudniu zakończyły rok szkolny, króciutkim występem, z rodzicami i prezentami. Dziś ja zaliczyłam dwa z czterech apeli na świeżym powietrzu. Na ostatnim przez pół godziny świeciło słońce więc mam, jak to ja, opalone rękawki i śmieszny języczek czy jak kto woli krawacik – ale tak to jest, jak się ubiera bluzki z fikuśną górą. I tak jakoś wszystkich wakacyjne rozleniwienie naszło 😉 więc na obiad samo zdrowie 😉 czyli pizza, pepsi i lody na deser. Jutro sobota więc trzeba będzie jednak się zebrać i parę koniecznych prac w domu wykonać. Ale niedziela? To już inna rzecz 😉 Co prawda w planach wyjazd na cmentarz i na obiad i kawę urodzinową do rodziny. Ale może najpierw, chociaż na godzinkę (bo blisko) da się wyrwać na festyn motocyklowy… może uda mi się poznać motocyklowe żony nowych znajomych Małża z klubu motocyklowego, z którym jeździ ostatnio na wypady. Co prawda na wtorek muszę napisać 2 sprawozdania i uzupełnić trochę dokumentacji, ale tak jakoś nawet nie wzięłam papierów 😉 to w weekend niech będzie rozpusta 😉

hoja, kwiatki wyglądają jak z modeliny, a jak pachną!

Na zielonej trawce

Trawy Ci u nas dostatek. Chociaż nie ma ona wiele wspólnego z wypielęgnowanym trawnikiem, koszonym co sobotę, po którym można chodzić jak po stole, nawet w części typowo ogrodowej. Nie chcę takiego ideału, wolę naszą naturalną trawę, taką kwietną łączkę. A dzieje się na niej teraz… pachnie i buczy, aż miło. I tak sobie na tej kwietnej łączce spędzamy popołudnia korzystając z wiosennego lata. A pobyt na zielonej trawce sprzyja wyluzowaniu, jest tylko tu i teraz i nic więcej. Chill out trwa praktycznie do kolacji i dopiero wtedy do mózgownicy mogą wkraść się myśli poważniejsze.

Z wielkiej nieśmiałości

Zimno było i zimno więc rzepak nieśmiało dopiero teraz zaczyna rozwijać pierwsze kwiaty. Czekam jednak na pełen rozkwit. Dzisiejszy dzień już zdecydowanie bardziej wiosnę przypomina. Tylko wieje mocno. Ale z drugiej strony… kiedy u nas nie wieje? U nas na „pustych” przestrzeniach pól wieje zawsze, nawet wtedy gdy w miastach rozgrzane do czerwoności powietrze stoi niczym gęsta zawiesina, to u nas zawsze jakiś zefirek się znajdzie. Korzystając zatem z dobrodziejstw pogody zrobiłam trochę ukwieconych zdjęć, które później pokażę i z przyjemnością spędziłam dzień na świeżym powietrzu, chociaż bluzy jeszcze zdjąć się nie dało. Juniorka próbuje opanować sztukę poruszania się na rolkach. Na razie najlepszy komentarz to: „aaaaaaaaaaaaaaaa!”

Moje malowanie po numerach

Trafiłam na ten sposób artystycznego wyrażenia siebie przez przypadek. Reklama pokazuje piękne efekty końcowe i kusi. Kusi niesamowicie, że i mnie się tak uda. No to się skusiłam na dwa obrazy. Pierwszy to Słodka panda – 30x40cm, 20 kolorów, 3 stopień trudności (więc taki średni). Gdy wyjęłam obraz z opakowania to pomyślałam, że nie dam rady, że nie ogarnę tych setek maleńkich pól…

Ale zaczęłam, przecież to obrazek do pokoju córci czyli dodatkowa motywacja. Bardzo pomocna w pracy okazała się lupa z podświetleniem i zestaw dodatkowo zakupionych pędzli. Początki są żmudne, efektu nie widać prawie żadnego ponieważ jasne barwy są tymi nakładanymi w pierwszej kolejności. Ale z każdą nałożoną barwą rosła moja chęć malowania, pojawiają się konkretne kształty i zaczyna być widać, że to jednak wychodzi…

Tak po połowie nałożonych kolorów z malowaniem po numerach robi się trochę tak jak z ciekawością każdego następnego rozdziału ciekawej książki. Chce się malować kolejny numer i kolejny. Satysfakcja rośnie. A sama czynność malowania naprawdę pomaga się odstresować i wyluzować. Co prawda jest to pracochłonne i czasochłonne (wczoraj nawet nie odkurzyłam bo chciałam skończyć 😉 ) ale warto. Dziś panda zdobi już pokój Juniorki, a ja w pewien sposób się spełniłam 🙂

Dziś tylko dlatego, że trzeba było zająć się innymi obowiązkami to nie zaczęłam malować kolejnego obrazu. I chociaż po otworzeniu był ten sam efekt co z pandą – o matuńciu, ile jest tych pól… to jednak już nie mogę doczekać się malowania. Teraz czekają na mnie bzy, które zawisną w salonie, 40x50cm 29 kolorów i 4 stopień trudności. A w planach już zakup obrazu do sypialni, coś sensualnego, ale eterycznego… Bakcyl został połknięty 😉

Okno

Siedzę w fotelu w sypialni i piję kawę. Fotel stoi naprzeciwko okna. Gdy patrzę przed siebie widzę więc poziome i pionowe pasy pól, ścianę lasu i niebo. Mam przed sobą przestrzeń więc mogę puścić wolno swoje myśli, przyda im się to.

Niezbyt często siedzę w tym fotelu. To fotel mojego Męża. Ja mam swoje miejsce na kanapie w salonie. Ale Męża teraz nie ma to wykorzystuję sytuację 😉 Dziś WOŚP, dla mnie w tym roku z biernym udziałem. Ale oczywiście udziałem, ponieważ nie sposób nie dorzucić się do puszki. Z licytacji mam kilka gadżetów. Mężu wystawił książkę, która też swojego nabywcę znalazła. Otwierając któregoś dnia allegro zobaczyłam też licytację założoną przez mojego kuzyna, ale kwota wynosiła już 5200 (no cóż, nie gramy w tej samej lidze finansowej). A wracając na fotel z widokiem to mogę się nim rozkoszować dlatego, że Małżu i jego grupa Morsów właśnie aktywnie działają nad jeziorem na rzecz WOŚP (może nawet za aktywnie jak na ten czas i policja już sprawdzała co jest grane).

okolicznościowy magnes i naszą lodówkową galerię zdjęć i magnesów przy okazji zdobi

I tak, póki co, powoli toczy się niedziela. Gdzie Salmiaki zrobiła mi dzień pewną piosenką i teraz właśnie pielęgnuję swoją chwilę na fotelu z widokiem 😉

Lepszy być nie może

Nie jesteśmy zwolennikami dużych imprez. Chociaż nasze wesele do 6 rano i dwa dni poprawin mogą temu przeczyć 😉 ale to taka impreza, w której to co cesarskie cesarzowi też trzeba oddać… i tylko ludzie z podobnymi upodobaniami rozumieją dlaczego trzy tygodnie wcześniej wzięliśmy ślub cywilny praktycznie bez gości i pojechaliśmy na resztę weekendu nad morze. W związku z czym huczne Sylwestry też nas nie interesują. Raz poszliśmy na Krupówki, ale mimo trzymania się jednak na końcach tłumu to jednak wróciłam z wypalonymi od odłamków sztucznych ogni punktami na kurtce. Innym razem wracaliśmy z Zakopca w Sylwestrowe popołudnie tak, by północ móc świętować we własnym łóżku 😉 Dwa razy wybraliśmy się na sylwestrowe spektakle muzyczne (tą formę spędzania tego wieczoru bardzo lubię). A pozostałe zawsze w domu i też nie na żadnych domówkach, tylko sami ze sobą. Dlatego pandemiczny Sylwester dla nas jest idealny, mało tego otworzył możliwości, które w normalnym świecie nie miałyby miejsca. Obejrzymy na YT rodzinny spektakl świąteczny z naszego Teatru Muzycznego, później spektakl sylwestrowy z opery (na który zdobycie biletów do tej pory graniczyło z cudem). Zjemy bagietkę zapiekaną z kurczakiem i mozzarellą, sałatkę i zawijaną szynkę. Do kawy szarlotka i rogaliki z marmoladą. O północy lampka dobrego szampana. Na około będą balony, bo ich nadmuchania Juniorka nam nie odpuści 😉 I wymienimy się własnoręcznie przygotowanymi upominkami, których przygotowanie zaordynowała i rozdzieliła oczywiście Juniorka. Dla nas to będzie idealne wejście do Nowego Roku. I chociaż niektórzy na pewno będą tęsknić za hucznym Sylwestrem i psioczyć na obecny Świat ograniczeń to jednak mam nadzieję, że ten wieczór mimo wszystko będzie dla wszystkich miły i udany.

Jesień, jak to tak?

Zaczęła się w kalendarzu. Ale póki co usiądę zaraz przed domem w całkiem letnim ubraniu. Wystawię twarz do słońca. Założę okulary z przeciwsłonecznymi szkłami. I nie będę zwracać uwagi na liście spadające obok. Co najwyżej nieśmiało, prawie szeptem zanucę zwrotkę piosenki Grechuty:

„Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka, słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień, jak to tak?
Jesień, jesień, jak to tak?”