Zieleń trawy po drugiej stronie rzeki

<p style="text-align: …

Wczoraj zamieszczony cytat i komentarz Aspazji skłoniły mnie do przemyślenia sprawy. Codziennie rano gdy podnoszę roletę widzę przestrzeń pól i nieba, które zmieniają się wraz z porami roku i dnia. Niekiedy widok zapiera dech w piersi, ale na ogół patrzę i nie widzę bo chciałabym zobaczyć coś innego. Widok na morze, tak to jest to! W odwiedzonym nie dawno Rzucewie widziałam domy (nie wille wypoczynkowe, a takie zwykłe, małe bloki z PRL-u) które od brzegu oddziela tylko polna droga, dosłownie kilka metrów. Wystawia się leżak na próg i już jest się nad morzem, przez okno słychać szum fal… po prostu WOW. Czy mieszkańcy tych domów też myślą WOW gdy sztormowy huk nie daje spać w nocy? Nasza Gaździna okno kuchni ma usytuowane na Giewont. Gdy zobaczyłam ten widok pierwszy raz, mnie która do gór podchodzi z dystansem, spadła szczęka z wrażenia. Ale gdy jest okazja na urlop to nasi Górale jeżdżą nad morze. Każdy potrzebuje odmiany? Łatwiej dostrzec piękno tam, gdzie jesteśmy rzadko? Czy może potrzebujemy tego momentu rozmarzenia na temat miejsca idealnego?

Grecka przygoda

<p style="text-align: …

„Pogodna opowieść o własnym domu w kraju słońca, wina i oliwek”. Tak, ten cytat z okładki oddaje wszystko, co zawarte w treści. Historia, w której to autor, John Mole, opisuje swoje perypetie związane z chęcią posiadania białego domu z niebieskimi drzwiami i okiennicami na dziewiczej wyspie, w malowniczej wiosce, okraszona humorem i dystansem do samego siebie oraz grecką codziennością widzianą oczami obcokrajowca. Przyjemna lektura.

„Ścianę na przeciw wejścia w całości zajmowała panoramiczna fotografia szwajcarskiej górskiej łąki, z białymi krowami i szałasem w dali – kawałek idealnego świata, daleko od skwaru i zgiełku Grecji. Nawet ludzie mieszkający w krajach, do których reszta z nas na co dzień wzdycha, ma swoje marzenia.”

Cisza

<p style="text-align: …

Wczorajszy wieczór rozpoczęła burza. Przed którą to komary pchały się do domów, bo jak już dawno nie trzeba było, tak wczoraj konieczne było polowanie przed snem. Co spodobało się Juniorce ponieważ co chwilę pokazywała nowe miejsce i mówiła „tu”. Potem był nocny deszcz. A od rana cisza naokoło, aż miło. Od tygodnia trwają żniwa więc ruch jak w ulu, a teraz zboże musi obeschnąć więc nastąpiła wymuszona przerwa w pracach. Także cieszę właśnie uszy szumem liści na drzewach.

Przekrojowo

<p style="text-align: …

Niemowlaki lubią wkładać do buzi i ssać różne przedmioty. Juniorka jednak tak nie miała. Nie lubiła smoczków (dzięki temu wyrosła bez), gryzaki jej nie interesowały, nawet wkładanie palców trwało krótko. Ale widać, że żaden etap w rozwoju nie może być pominięty, bo teraz w buzi ląduje każda zabawka i niestety nie tylko zabawka. Za to przestaje lądować to, co do jedzenia. Jadła chętnie wszystko (oprócz marchewki jako dodatku do ziemniaków), ale coś się zmienia. Ziemniaków czy chleba teraz praktycznie nie tyka. Co czasami kończy się wielkim fochem na obiad. A smak ma wysublimowany 😉 ostatnio uwielbia ogórki małosolne, a sok z cytryny to z łyżeczki może pić. Chęć uczesania fryzury jak szybko się pojawia tak szybko znika, ale jest przy tym sprytna bo kitki chce gdy jest gorąco. A wczoraj złapała swojego pierwszego „zająca”, kolano zbite i podrapane. Ale dzielnie siedziała na krześle i bez żadnego sprzeciwu patrzyła jak przemywam rankę. Z powrotem lata próbuję odzwyczaić ją od pieluch. Po pierwszym dniu niewiele da się powiedzieć. Poza tym, że za pierwszym i drugim razem nie chciała się przyznać. Za trzecim powiedziała „sisi” jak już było za późno. Za czwartym razem udało się i zdążyłyśmy. Hura! Cóż to była za radość i przybijanie piątek. A za piątym razem niestety, znowu tylko mokra plama. Na drzemkę i na noc – pielucha, na dzisiejszy wyjazd po zakupy – pielucha, więc ciężko powiedzieć ile potrwa nauka i czy starczy mi „weny”. Bo aa od dawna robi tylko na nocnik więc zmiany pieluchy (poza tym, że często ucieka przy tym, kopie i cuduje) nie są mokrą robotą, a tylko męczącą.

Daleko od sklepu

<p style="text-align: …

Gdy pracuję to bieżące zakupy robię „po drodze”, raz na tydzień jedzie się po większe zapasy. Ale gdy są wakacje to, co tu dużo mówić, denerwuje mnie, że wyjście po chleb i mleko to już wyprawa. Na miejscu jeden sklep, oddalony o 1,5km, ale gorsze jest jego zaopatrzenie niż odległość. Gdy jest jeden sklep, a następny oddalony o 3 km to ma się… monopol. Wybór niewielki, jakość co najwyżej średnia, a ceny więcej niż średnie. Chciał nie chciał trzeba wyprowadzić auto i jechać 8km do najbliższego porządnego sklepu, lub to już nie różnica, te 10km do miasta. O niczym lepiej nie zapominać, bo kto będzie specjalnie „leciał” po mały kartonik śmietany? Podmiejsko tu niby, ale jednak swoje utrudnienia to ma. Dobrze, że przynajmniej daleko od szosy nie jest 😉

Zimowa opowieść

<p style="text-align: …

  Pewnego wieczoru obejrzałam końcówkę filmu, która mnie bardzo zaintrygowała. W napisach końcowych zawarta była informacja, o książce na podstawie której film powstał. Chcąc poznać całą historię kupiłam książkę. Po przeczytaniu muszę stwierdzić, że obejrzany fragment ma się trochę nijak do oryginalnej treści. Ale tak to zazwyczaj bywa, powieść swoją drogą a scenariusz swoją. Do teraz zastanawiam się kto wysuwa się na pierwszy plan: Peter Lake i jego podróż przez czas, czy może to podróż przez czas Nowego Jorku jest głównym bohaterem?

„To może nie oznaczać niczego i być wartością samą w sobie. Sen to nie wytrych do tego świata, lecz brama do następnego. Przyjmij go takim, jakim jest.”

I tak też jest z „Zimową opowieścią”.

Buczando

<p style="text-align: …

Słychać ich jak nie z jednej to z drugiej strony, a jak nie z drugiej to z trzeciej i czwartej. I tak do późnych godzin wieczornych przez najbliższe dni. Żniwne szaleństwo ogarnęło wieś. Nasz smok dziś też ruszył w rzepak.

A wczoraj wracając ze spaceru trójkołowcem eskortowałyśmy takie to stworzonko

w przeprawie przez asfalt, pewnie znudziło mu się pole jęczmienia więc powędrował w kukurydzę.

Auto-sprawy

<p style="text-align: …

W czerwcu rozpadł mi się kluczyk. To znaczy wyłupały się do reszty przyciski od otwierania i zamykania. Tak to chyba jest, jak się je paznokciem naciska. Potem zaczął wariować zamek centralny. Na otwarcie drzwi kierowcy Eugeniusz zamykał automatycznie pozostałe. Strach było wysiadać i trzasnąć drzwiami bo można było zostać na zewnątrz bez kluczyka. Aż w końcu centralny zupełnie przestał działać. No nic, trzeba będzie się umówić z mechanikiem i odstawić Eugenia bo i coś przy wysprzęglaniu hałasuje. I tak to nieprzewidziane koszty się szykują, kiedy to akurat Mężu przed żniwami na debecie jedzie.

Białe baranki

<p style="text-align: …

Po porannym deszczu słońce nieśmiało pojawia się na niebie. Akurat wyprało się pranie Juniorki więc wystawiłam je na balkon, niech chociaż je przewieje bo po co ma się kisić w domu. Z prognozy pogody wynika, że odrobinę się poprawia. Oby, bo i nasze pranie czeka i pościel też w kolejce. A poza tym mam dosyć noszenia sweterka w lipcu. Zamówiłam Juniorce nowy śpiworek, poprzedni już na przykrótkie sny ;-). Jeszcze wydrukuję znaleziony wczoraj na bloxie przepis na cukinię faszerowaną i zmykam bo dziecięca drzemka dobiega końca.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij