No cóż…

Po pierwsze: bez zakupów książkowych długo nie wytrzymam więc są te pierwsze w tym roku. Coś dla Juniorki: „Wielka księga super mocy” i spróbujemy Pożyczalskich. Dla mnie świeżynka w postaci „Kobiety w białym kimonie” i coś, co jest już tylko na rynku wtórnym, ale przy okazji powrotu do sprzedaży „Trzynastej opowieści” (która kilkanaście lat temu mnie zachwyciła) przypomniał o autorce, (przy okazji wrzuciłam do schowka „Wykopaliska” tytuł, który na dniach wejdzie do sprzedaży), a na allegro trafiłam pierwsze tomy cyklu zawrociańskiego więc wreszcie nadarzyła się okazja do uzupełnienia kolekcji.

Po drugie: Juniorka złapała infekcję, tradycyjny kaszel, trochę kataru, jakieś dolegliwości ze strony gardła, rano w ogóle nie chciała śniadania i co u niej rzadkość to lekki stan podgorączkowy i nawet zasnęła w ciągu dnia. Mam opiekę, siedzimy w domu, bierzemy leki i obserwujemy sytuację.

Po trzecie: nie mam siły na komentowanie wczorajszych wydarzeń. Streszczę tylko czytany wywiad z pediatrą pracującym w szpitalu. Była w nim mowa o dzieciach urodzonych ze skrajnymi wadami, które umierają zaraz po odcięciu pępowiny lub w cierpieniu za jakiś czas. O dziecku, które urodziło się ze zdeformowaną twarzoczaszką, z mózgiem wystającym na zewnątrz. Mózg sterylnie okrywano żeby nie wysychał. Pień mózgu odpowiedzialny za oddychanie i pracę serca funkcjonował więc dziecko żyło kilka tygodni. Na początku rodzice do niego przychodzili. Ale w pewnym momencie przestali, nie odbierali nawet telefonów (jak podejrzewa lekarz, sytuacja ich przerosła). Dziecko umierało więc samo na szpitalnym oddziale. „Pocieszające” może być to, że jak powiedział lekarz, zmarło na rękach pielęgniarki…

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij