Coś w ten deseń

W pobliżu pracy mam sklep dobrej piekarni gdzie zawsze kupuję pieczywo. Dziś po chleb pojechał Małżu. Miał też odebrać ze szkoły książki do uzupełnienia dla Juniorki, przecież to po drodze. Wrócił i mówi, że maść Vicks’a kupił, o którą dodatkowo prosiłam. Ale książek nie odebrał. Zapomniał… Przebrał się w ciuchy robocze i poszedł do swoich zadań, a po książki pojedzie w poniedziałek. W poniedziałek to ja już może w szkole będę, a Juniorka może wyzdrowieje to też. Już nawet chciałam wsiąść w samochód i sama po nie jechać, skoro prosiłam żeby mi je przygotowali… ale potem doszłam do wniosku, że albo mam opiekę i siedzę z dzieckiem albo się pałętam po szkole…

W tym co robi „zawodowo” jest zorganizowany i metodyczny. Ale reszta bywa roztargnieniem, że ręce opadają…