W drodze…

Nasze życie to pewnego rodzaju droga. Najwyraźniej to czuć w dniu ślubu w życzeniach: wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. Ta droga jest niby jedna, a składa się jakby z kilku. Rodzicielstwo też jest drogą. Czasami prostą, szybką i z pięknymi widokami. Innym razem wyboistą, stromą i z karkołomnymi zakrętami. A my na tej drodze jesteśmy drogowskazami dla naszych dzieci. Wczoraj nie tyle szukałam zapomnienia co rozwiązania. Na wychowawczej ścieżce Juniorki postawiłam znak ostrzegawczy, dodałam kilka informacyjnych… ale wiem, że dziecku nieśmiałemu wobec rówieśników ciężko będzie je zastosować. Głowię się w jaki sposób jeszcze ją wesprzeć by sobie poradziła? Jak nauczyć czegoś, co samemu się ledwo umie, a wypracowywało się to latami? Dróżka Juniorki zboczyła na manowce i jak sugestie z ostatnich rozmów nie poskutkują to będzie konieczne zastosowanie znaków zakazu i nakazu… a tego bym nie chciała, bo może naprostuję kurs, ale kosztem jeszcze większych Juniorkowych emocji i niekoniecznie nauczę tego, czego bym chciała…

Na oścież

Jadąc do pracy mijam hotel w zaadaptowanym na ten cel XIX wiecznym dworku, który okala park. Piękne, ciche miejsce z dala od miasta, ale jednak w jego pobliżu. Przez czas hotelowego lockdownu na głównej bramie wisiał łańcuch z kłódką. Smutny to był widok dla pałacyku, w którym swego czasu bywał Fryderyk Chopin. Teraz, gdy brama jest otwarta na całą szerokość to jakoś tak czuje się, że to miejsce żyje. Mniej więcej rok temu szukałam hotelu na rodzinny weekendowy wyjazd. Nie mogłam się zdecydować czy morze, czy Mazury. Przyszła pandemia i nigdzie nie pojechaliśmy… do dziś. Co prawda znajomi w okresie świąteczno – noworocznym naciągnęli teorię wyjazdu służbowego (bez komentarza) i pojechali do Sopotu, ale wrócili… z COVIDem… Teraz nadciąga trzecia fala, Mazury znów zamknięte… Może latem się uda…

TanteTati/pixabay

W pełnej krasie

Dzisiejszy mój portret sporządzony przez Juniorkę wygląda tak 😀

A ja dziś dla Juniorki w te pędy szukałam kurtki na wiosnę bo ta coraz bliżej, a przeszukałam domowe zasoby i niestety na obecny rozmiar nie posiadamy nawet takiej, która mogłaby być użytkowana koło domu w trakcie zabaw z psami. Teraz jeszcze za butkami trzeba się rozejrzeć. Dorosłemu zawsze łatwiej wejść w nowy sezon, w szafie zawsze coś czeka.

Walka o przeciwciała

AstraZeneca właśnie opublikowała w ‚The Lancet” wyniki badań, z których wynika, że odporność wzrasta do 81% gdy druga dawka podana jest po 12 tygodniach, podanie jej po 6 tygodniach to skuteczność na poziomie 55%. Drugą dawkę mam 5 maja więc jest nadzieja 😉 A jak było? Gdy już się mentalnie nastawiłam na to co mi będzie i jak będzie (ja tak mam, że wolę przygotować się na gorszy scenariusz) to na szczepienie szłam ze spokojem. Dopiero kwalifikacja u lekarza mnie zestresowała, gdy doszło do rozmowy o Obrzęku Quinckego i padło pytanie czy wtedy podano mi sterydy czy adrenalinę. Bo jak adrenalinę to nie mogą zaszczepić mnie bez konsultacji alergologicznej i będę musiała mieć przy sobie autostrzykawkę z adrenaliną. Oczy zrobiły mi się jak 5 złotych bo gdy wystąpił obrzęk miałam 7 czy 8 lat i jedynie pamiętam, że w szpitalu podawali mi coś w kroplówce. Podejrzewam, że to były jednak sterydy i podobny incydent nigdy już nie zaistniał więc mnie zaszczepili i kazali poczekać przed wyjściem 30 minut. Po powrocie do domu zrobiłam 3 prania i udało mi się je powiesić, a nawet trochę pomalować zanim się zaczęło. Pierwszy pojawił się ból głowy taki z serii migrenowych z zawrotami i nudnościami i zaczynał się ból ramienia. Po około 10 godzinach od zaszczepienia zaczęły się bóle mięśniowe i wahania temperatury od 36,2 do 38,1. Niedzielę przeleżałam, wszystko mnie bolało (a ręka bolała bardzo przy najmniejszym ruchu), osłabienie takie, że jak chciałam się trochę umyć to zrobiło mi się słabo. Nie wystąpiło jednak nic o czym nie zostałabym uprzedzona przez lekarza. Większość z naszego grona czuła się właśnie w ten sposób. Czyli tak po prostu działają szczepionki tzw. wektorowe. Po 48h po szczepieniu w zasadzie pozostał mały ból ramienia, inne dolegliwości ustąpiły. Tylko nie wiem czy dzisiejszy płacz wiszący na czubku nosa to odczyn poszczepienny czy przyczynił się do tego Małżu…

Ostatni?

Rano jeszcze -5 stopni. Jeszcze zachwyt Juniorki nad soplem zwisającym z rynny przy oknie jej pokoju.

Jeszcze śnieżne jęzory zwiane z pól na drogę. Jeszcze zdjęcia w śnieżnym forcie zbudowanym przez dzieciaki wczoraj przed szkołą.

Teraz padający deszcz. Telefon od Męża z pytaniem czy mam skrobaczkę do szyb w samochodzie i informacją, że w mieście jest ślisko. Pouczenie, że jak będę na górce skręcać w naszą drogę to mam zjeżdżać wolno i maksymalnie po lewej stronie żeby nie zniosło mnie do rowu… To przez to zima nie jest moją ulubioną porą roku. Mam tylko nadzieję, że temperatura powietrza będzie wzrastać i jak będziemy wracały do domu to już woda kapiąca z nieba na ziemi przymarzać nie będzie. To chyba ostatni dzień prawdziwej zimy skoro w przyszłym tygodniu ma być +14 stopni… I co, tak ze śniegowców zaraz w półbuty?

Termin

No to mam termin, szczepię się w sobotę. Pietra mam, bo trochę informacji działających na wyobraźnie (szczególnie moją, nadaktywną) na temat AstryZeneki jest. A to, że we Francji 5 szpitali przestało nią szczepić ze względu na duży (większy niż zakłada producent) odsetek silnych reakcji poszczepiennych takich jak wysoka gorączka, ból głowy, wymioty. A to, że jest nieskuteczna wobec mutacji afrykańskiej. A to, że gdzieś chyba koło Łodzi zamknęli szkołę bo ze względu na te objawy większość następnego dnia nie była w stanie stawić się w pracy. Sąsiednią szkołę szczepili wczoraj i z tego co już wiem, to też nie wszyscy dziś przyszli. No cóż, zaopatrzę się w paracetamol i może jakoś to będzie. Przykre w pewien sposób jednak jest to, że u nas jak to u nas, kwitnie też jakiś system szczepień na lewo… znajoma już zaszczepiona Pfizerem bo zna kogoś z grupy medyków kto załatwił, że mogła… chociaż jak dawka miała się zmarnować to może lepiej tak… szkoda tylko, że ja nie mam takich dojść 😉

Nocne (nie)życie

Niedzielny wieczór, w zasadzie początek nocy. Film, w sumie słaby, ale pewne jego sceny przeniosły mnie w krainę tęsknot i rozmyślań. Berlin, wiosna a może lato, świat nocnego życia dużego miasta, świat klubowych znajomości i imprez kończących się powrotami w świetle poranka, świat beztroski i szaleństw młodości. Mój introwertyzm nigdy nie pozwolił mnie dwudziestoletniej tak do końca wejść w ten świat tak przynależny temu etapowi życia. Jednak to, że wtedy niezbyt często wybierałam taką formę wieczoru nie przeszkadza by dziś, z perspektywy czasu, nie poczuć, że coś zostało utracone… A teraz, no cóż, teraz to ja się będę mogła na dancing wybrać 😉