Ze trzy miesiące nie byłam w drogerii. Rzeczy najpotrzebniejsze zamawiałam przez Internet. Ale w paczkomatach tak zimno, że nie wiem czy to dobrze by niektóre rzeczy aż tak się wychładzały. Pojechałam więc wczoraj do sklepu. Na rachunku zobaczyłam tyle, że aż mi się w głowie zakręciło, ale się obkupiłam 😉 Farba do włosów (na razie dalej złoty brąz, chociaż patrząc na ilość siwych odrostów zaczęłam się zastanawiać nad jakimś popielatym blondem, ale to tak na przyszłość, bo to podobno lepiej u fryzjera zrobić, a nie mam teraz ochoty na wielogodzinne tam nasiadówki), szampon, dwie odżywki i spray nawilżający na końcówki. W zasadzie to pierwszy raz w życiu zaczęłam bardziej dbać o kondycję włosów. Kiedyś ważne, żeby było szybko. Nawet suszarki używałam starej i podróżnej, na imieniny Mama zafundowała mi nową z jonizacją (i faktycznie jest różnica). Zmieniam system mycia, co prawda dalej codziennie, ale wyczytałam, żeby skupić się na skórze głowy i skalpie, a na długości to wystarczy aby szampon spłynął po włosach w trakcie płukania. Kupiłam krem do twarzy z olejem konopnym 😉 (w razie jak będę na haju to ja tylko się nakremowałam), będzie „ładnie” wyglądał na półce obok tego ze śluzem ślimaka 😉 i zrobiłam kolejne podejście w szukaniu idealnego kremu nawilżająco – matującego (tym razem wersja z aloesem i pudrem ryżowym). I inne zwyczajowo kupowane specyfiki dla siebie i dla rodziny. Jedynie mojego ulubionego tuszu do rzęs nie było, wzięłam inny, ale tej samej firmy więc zobaczymy. Tylko najlepszych na świecie chusteczek zapomniałam włożyć do koszyka. Ale jak jest siwizna to i musi być skleroza 😉