Niekoniecznie lubię poniedziałki

Poniedziałek nigdy nie był moim ulubionym dniem tygodnia. W pandemii to się tylko pogłębiło ponieważ poniedziałkowa niewiadoma jest jeszcze większa. Nie trudno zgadnąć, że i dziś nie spieszyłam się do wstania z łóżka. No ale jak trzeba to trzeba. Idąc do łazienki nie włączam światła po drodze, niech inni jeszcze pośpią, skoro mogą. W łazience jednak spotkała mnie niespodzianka… światła nie było. Sprawdzam w innych pomieszczeniach – nie ma. Prądu brak i to chyba w całej wsi. Gdy nie ma prądu to są problemy z ogrzewaniem więc poranne ablucje poszły szybciej niż zwykle. Pudło z kolorowymi rajstopami wyniesione pod okno w sypialni by znaleźć te właściwe. Czarna sukienka zdejmowana z wieszaka po omacku. Rzęsy też jakoś wytuszowane. Nie wiem jak długo trwa awaria więc mam tylko nadzieję, że filtracji w akwarium nie trafi szlag.

Patrząc jednak z drugiej strony to dzień jest ładny: mały mrozik, przewaga słońca, na polnych połaciach śnieg wciąż biały i skrzący się w promieniach. Na biurku nowy, pięknie czerwony i z większą pojemnością termokubek z kawą (od powrotu w maju do stacjonarnej pracy nie parzę kawy ani herbaty na miejscu). W pracy też względny spokój. To może jednak ten poniedziałek nie będzie taki zły.

Bez lewej ani rusz ;-)

Na razie czuję się trochę jak narkomanka 😉 ponieważ póki co jestem uzależniona od numerkowania 😉 przynajmniej jeden numer dziennie musi być pomalowany 😉 Musi bo inaczej mnie nosi i myślę tylko o tym, żeby do obrazu usiąść i malować. Po śniadaniu Juniorka z Tatą ruszyli na górkę na sanki, a ja do malowania, żeby wykorzystać dzienne światło. Dziś kolor nr 9. I co się okazuje… lewa ręka jest czasami bardzo pomocna i chociaż już rzadko używana to jednak nie wyjdzie z wprawy 😉

MEM

Na fanpejdżu Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży pojawiło się wczoraj jedno z trafniejszych podsumowań obecnej sytuacji. Na czarnym tle biały napis: „W tym miejscu byłby śmieszny mem, ale nie ma, bo okazuje się, że sami żyjemy w memie. Ale niestety nie śmiesznym, tylko takim, k***a smutnym.”

I cóż… nie sposób się z tym nie zgodzić. Tak, żyjemy w jakimś dziwnym, chorym memie. Jako części składowe, tylko nie wiem czy bardziej tło czy dekoracja, popapranej rzeczywistości udającej spójny obrazek jak w Matrixie jakimś. I tylko nie wiadomo czy to incepcyjne wahadełko w końcu zatrzyma się i przewróci czy będzie kręcić się w nieskończoność… „Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat. Ja wysiadam!”

Dzień Tłustych Pączków, doczekałyśmy się z Juniorką. Wyczekiwany bo na co dzień nie jemy pączków. Pierwszy już za mną, dobry bo od pań z KGW. Ale te najlepsze, Mamine 🙂 dopiero rosną.

Cisza w eterze

W samochodzie słucham radia. Odpalam dziś silnik, a z radia dobiega komunikat, że nie usłyszę dziś normalnej audycji, że to protest przeciwko najnowszym planom rządowym o opodatkowaniu przychodu z reklam. Przesłuchałam komunikatu kilka razy i wyłączyłam radio. Pomyślałam, że dobra dziś mogę posłuchać płyty, ale na pewno NIE CHCĘ żeby tak było zawsze. CHCĘ mieć wybór i w tym względzie, chcę niezależnych, różnorodnych mediów. Chcę włączyć płytę, ale nie ma (wyjęłam ze schowka jak Eugeniusz ostatnio był u mechanika) przecież zawsze słucham radia. Oczywiście nie wszyscy przyłączyli się do akcji „#mediabezwyboru” bo znalazłam normalnie nadającą rozgłośnie o bardziej lokalnym zasięgu (szkoda). Ale dziś „nie ma” też największych telewizji i serwisów internetowych i streamingowych. Jest za to list otwarty i prośby o wysyłanie maili do władz w obronie mediów.

Zawiane i pozamiatane

Wczorajszy dzień przypomniał te zimy, które już dawno zapomnieliśmy. Mróz, wiatr, śnieg. Zawieje i zamiecie. Droga powrotna do domu w dosyć trudnych warunkach. Za to moment wejścia do domu jeszcze przyjemniejszy. Ciepło i bezpiecznie i nawet jak do rana nas zasypie to… trudno 😉 Nasze wiejskie dróżki pierwsze pługi odśnieżały dopiero około 22 wieczorem. Ale, że już się uspokoiło to dziś bez większych przeszkód można było dotrzeć do pracy. Dalej śnieży, ale już spokojniej to wygląda.

na parapecie w kuchni

W kwestii szczepienia Astrą też w pewnym sensie pozamiatane. Zgłosiłam się, lepiej mieć jakąkolwiek odporność niż żadną… Ciekawe na kiedy wyznaczą mi termin. Dalej czuje się niekomfortowo z myślą, że nadal będę mieć 40% szans na zachorowanie czyli przyniesienie wirusa do domu, gdy moja Mama (grupa wiekowa 70) nadal nie ma terminu i z tego co mówią, do końca I kwartału mieć go nie będzie. Gdy i Ona uzyska odporność to mnie ulży, bo jak wtedy zachoruję to ja przejdę infekcję łagodnie, a Ona może nawet wcale. Co za czasy…

Moje malowanie po numerach

Trafiłam na ten sposób artystycznego wyrażenia siebie przez przypadek. Reklama pokazuje piękne efekty końcowe i kusi. Kusi niesamowicie, że i mnie się tak uda. No to się skusiłam na dwa obrazy. Pierwszy to Słodka panda – 30x40cm, 20 kolorów, 3 stopień trudności (więc taki średni). Gdy wyjęłam obraz z opakowania to pomyślałam, że nie dam rady, że nie ogarnę tych setek maleńkich pól…

Ale zaczęłam, przecież to obrazek do pokoju córci czyli dodatkowa motywacja. Bardzo pomocna w pracy okazała się lupa z podświetleniem i zestaw dodatkowo zakupionych pędzli. Początki są żmudne, efektu nie widać prawie żadnego ponieważ jasne barwy są tymi nakładanymi w pierwszej kolejności. Ale z każdą nałożoną barwą rosła moja chęć malowania, pojawiają się konkretne kształty i zaczyna być widać, że to jednak wychodzi…

Tak po połowie nałożonych kolorów z malowaniem po numerach robi się trochę tak jak z ciekawością każdego następnego rozdziału ciekawej książki. Chce się malować kolejny numer i kolejny. Satysfakcja rośnie. A sama czynność malowania naprawdę pomaga się odstresować i wyluzować. Co prawda jest to pracochłonne i czasochłonne (wczoraj nawet nie odkurzyłam bo chciałam skończyć 😉 ) ale warto. Dziś panda zdobi już pokój Juniorki, a ja w pewien sposób się spełniłam 🙂

Dziś tylko dlatego, że trzeba było zająć się innymi obowiązkami to nie zaczęłam malować kolejnego obrazu. I chociaż po otworzeniu był ten sam efekt co z pandą – o matuńciu, ile jest tych pól… to jednak już nie mogę doczekać się malowania. Teraz czekają na mnie bzy, które zawisną w salonie, 40x50cm 29 kolorów i 4 stopień trudności. A w planach już zakup obrazu do sypialni, coś sensualnego, ale eterycznego… Bakcyl został połknięty 😉

Sen o normalności

Pobudka była dziś wczesna. Juniorka przebudziła się po 4 i mimo prób (najpierw w asyście taty w swoim pokoju i późniejszym przyjściu do naszego łóżka) nie mogła zasnąć. A to trzeba było przytulić, a to za rękę potrzymać, a to po głowie pogłaskać. Wiem, że taka jej potrzeba bliskości już prędzej nie później odejdzie w zapomnienie, więc cierpliwie starałam się utulić to, co nie dawało jej spać. Zresztą i ja często potrzebuję poczucia jej bliskości obok mnie. W końcu zasnęła o 6. Ja wstałam o 6:30. A dzień dziś długi bo i stacjonarnie i popołudniu zebranie on-line. Weekend zbytnio relaksujący się nie zapowiada bo to natłok myśli do przeanalizowania, wertowanie ministerialnych stron by może znaleźć odpowiedzi na pytania, które w medialnych komunikatach nawet nie istnieją, i krótki termin na podjęcie decyzji. Mimo, że izolacja ogólnie nie jest mi straszna to jednak jestem zmęczona pandemią. Pokazała inne oblicze życia i doprowadziła do wniosków, które w normalnych warunkach może by nie zaistniały. I nawet ciężko powiedzieć, że to dobrze, że można było sięgnąć gdzieś w głąb siebie… bo co, w tych czasach (gdy ludzie tracą pracę, wieloletnie biznesy) przewracać na przykład do góry nogami swoje stabilne życie zawodowe… Coraz częściej chciałabym obudzić się w normalnym świecie. Nie takim po pandemii, tylko w takim, w którym pandemii nigdy nie było. W życiu toczącym się po dobrze znanych torach…

Środowe rozmarzenia

Do południa padał śnieg, takie delikatne, małe płatki. Po południu całkiem solidnie padał deszcz. Teraz już ciemno. I tylko mam nadzieję, że ta woda nie zamarznie przez noc, a jutrzejszy poranek nie powita mnie gołoledzią… Tymczasem w domu ciepło i spokojnie, z dala od tego dziwnego świata. I tak sobie dzisiaj myślę i marzę… szkoda, że nie mam jakiegoś takiego zawodu, w którym mogłabym się zamknąć w jakiejś kanciapce, którą dumnie nazywałabym swoją pracownią i tworzyć COŚ. Bez pośpiechu, w swoim rytmie, bez dedlajnów i kontroli. Ta tęsknota to chyba efekt mojego numerkowania, któremu przez ostatnie 3 dni mogłam poświęcić więcej czasu. Tak pandzia do Juniorkowego pokoju wygląda po nałożeniu 14 barw.

Dzień nie-pozytywnego myślenia

Dzień, który właśnie dobiega końca w kalendarzu oznaczany jest jako: dzień pozytywnego myślenia. Niestety pozytywnego wymiaru nie miał. Chrzestna Juniorki zachorowała na Covid, na szczęście, póki co, przebieg jest łagodny. Po raz kolejny rozczarował mnie rządowy program szczepień. Nie rozumiem przyczyny dla której cześć społeczeństwa zostanie zaszczepiona preparatem, którego skuteczność to tylko 60%, gdy dwa pozostałe to 93 i 95% (to znaczy rozumiem, że AstraZeneca jest tańsza, ale to nie fair…). Szczepienie wiąże się dla mnie z pewnym ryzykiem i długo zastanawiałam się nad szczepieniem więc podejmując to ryzyko chciałabym mieć większą gwarancję działania. Niestety nie mam możliwości wyboru szczepionki (a nawet mogłabym dopłacić z własnej kieszeni) dostanę Astrę… bo tak. I w sumie to znowu zaczynam się zastanawiać czy skórka jest warta wyprawki… A na koniec przeczytałam jeszcze artykuł o planach wprowadzenia jeszcze w tym roku pierwszych ograniczeń wjeżdżania diesli do dużych miast. Co oznacza tylko tyle, że wkrótce przyjdzie rozstać się z moim kochanym Eugeniuszem, który choć świetnie wyposażony ma już swoje lata i za chwilę nie będzie spełniał norm.

2 lutego przypada też Dzień Świstaka. I jak donoszą media Phil zobaczył dziś swój cień co oznacza, że zima szybko nie odpuści. Kończąc po polsku – idzie luty, obuj dobre buty… co w gruncie rzeczy mi nie przeszkadza, byle ślizgawicy nie było i mrozy były umiarkowane.

Juniorka i kartki z kalendarza

Juniorka swój kalendarz z Panem Kuleczką, psem Pypciem, kaczką Katastrofą i muchą Bzyk-Bzyk, czyli swoimi pierwszymi ulubionymi postaciami książkowymi, powiesiła w swoim pokoju. Skreśla mijające dni tak starannie, że styczniowe skreślenia w kwietniu są widoczne 😉 Poza tym zaczyna się orientować kiedy wypada jakie święto. I tak już wie, że Dzień Tłustych Pączków (jak go nazwała) jest kilka dni przed Walentynkami. I już się pączków doczekać nie może 😉 Potem będzie święto dziewczyn i tak dalej, nasze urodziny zaznaczyła naklejkami więc też już będzie gotowa 😉

Styczeń to w zasadzie nie wiadomo gdzie się podział, tak szybko przeleciał. Na luty mamy cytat z kaczki Katastrofy Gdy wiatr w oczy wieje, można albo przeczekać, albo zawalczyć. Lepiej jednak jakby w oczy nie wiał… Opiekę na Juniorkę przedłużyłam o trzy dni, kaszel jeszcze nie minął… Chociaż zaczynam żałować, że nie do końca tygodnia bo i ja coś dziwnie(!?!?) zaczynam się czuć…

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij