Okno

Siedzę w fotelu w sypialni i piję kawę. Fotel stoi naprzeciwko okna. Gdy patrzę przed siebie widzę więc poziome i pionowe pasy pól, ścianę lasu i niebo. Mam przed sobą przestrzeń więc mogę puścić wolno swoje myśli, przyda im się to.

Niezbyt często siedzę w tym fotelu. To fotel mojego Męża. Ja mam swoje miejsce na kanapie w salonie. Ale Męża teraz nie ma to wykorzystuję sytuację 😉 Dziś WOŚP, dla mnie w tym roku z biernym udziałem. Ale oczywiście udziałem, ponieważ nie sposób nie dorzucić się do puszki. Z licytacji mam kilka gadżetów. Mężu wystawił książkę, która też swojego nabywcę znalazła. Otwierając któregoś dnia allegro zobaczyłam też licytację założoną przez mojego kuzyna, ale kwota wynosiła już 5200 (no cóż, nie gramy w tej samej lidze finansowej). A wracając na fotel z widokiem to mogę się nim rozkoszować dlatego, że Małżu i jego grupa Morsów właśnie aktywnie działają nad jeziorem na rzecz WOŚP (może nawet za aktywnie jak na ten czas i policja już sprawdzała co jest grane).

okolicznościowy magnes i naszą lodówkową galerię zdjęć i magnesów przy okazji zdobi

I tak, póki co, powoli toczy się niedziela. Gdzie Salmiaki zrobiła mi dzień pewną piosenką i teraz właśnie pielęgnuję swoją chwilę na fotelu z widokiem 😉

Ołowiane kuleczki

Sen ma służyć fizycznemu i psychicznemu odpoczynkowi, ale nie zawsze tak jest. Sny nie nawiedzają mnie często. Klasyczne koszmary prawie nigdy, jak już to dramatyczne sceny obyczajowo – psychologiczne. I tak jak wczoraj poszłam spać z nadzieją na odespanie i energetyczną odbudowę… to mózg zafundował mi jakiś thriller z pobudkami. Ostatecznie obudziłam się o 7 w trakcie jednej z takich scen. Ze łzami pod powiekami. Z uczuciem niepokoju i braku sił, zamiast poczucia wypoczęcia i gotowości na dzień, przez który teraz przyjdzie się jakoś przeturlać. Z nad kubka z kawą popatrzę na świeżą biel za oknem, lśniącą w promieniach zimowego słońca, może to podładuje moją baterię…

Coś w ten deseń

W pobliżu pracy mam sklep dobrej piekarni gdzie zawsze kupuję pieczywo. Dziś po chleb pojechał Małżu. Miał też odebrać ze szkoły książki do uzupełnienia dla Juniorki, przecież to po drodze. Wrócił i mówi, że maść Vicks’a kupił, o którą dodatkowo prosiłam. Ale książek nie odebrał. Zapomniał… Przebrał się w ciuchy robocze i poszedł do swoich zadań, a po książki pojedzie w poniedziałek. W poniedziałek to ja już może w szkole będę, a Juniorka może wyzdrowieje to też. Już nawet chciałam wsiąść w samochód i sama po nie jechać, skoro prosiłam żeby mi je przygotowali… ale potem doszłam do wniosku, że albo mam opiekę i siedzę z dzieckiem albo się pałętam po szkole…

W tym co robi „zawodowo” jest zorganizowany i metodyczny. Ale reszta bywa roztargnieniem, że ręce opadają…

No cóż…

Po pierwsze: bez zakupów książkowych długo nie wytrzymam więc są te pierwsze w tym roku. Coś dla Juniorki: „Wielka księga super mocy” i spróbujemy Pożyczalskich. Dla mnie świeżynka w postaci „Kobiety w białym kimonie” i coś, co jest już tylko na rynku wtórnym, ale przy okazji powrotu do sprzedaży „Trzynastej opowieści” (która kilkanaście lat temu mnie zachwyciła) przypomniał o autorce, (przy okazji wrzuciłam do schowka „Wykopaliska” tytuł, który na dniach wejdzie do sprzedaży), a na allegro trafiłam pierwsze tomy cyklu zawrociańskiego więc wreszcie nadarzyła się okazja do uzupełnienia kolekcji.

Po drugie: Juniorka złapała infekcję, tradycyjny kaszel, trochę kataru, jakieś dolegliwości ze strony gardła, rano w ogóle nie chciała śniadania i co u niej rzadkość to lekki stan podgorączkowy i nawet zasnęła w ciągu dnia. Mam opiekę, siedzimy w domu, bierzemy leki i obserwujemy sytuację.

Po trzecie: nie mam siły na komentowanie wczorajszych wydarzeń. Streszczę tylko czytany wywiad z pediatrą pracującym w szpitalu. Była w nim mowa o dzieciach urodzonych ze skrajnymi wadami, które umierają zaraz po odcięciu pępowiny lub w cierpieniu za jakiś czas. O dziecku, które urodziło się ze zdeformowaną twarzoczaszką, z mózgiem wystającym na zewnątrz. Mózg sterylnie okrywano żeby nie wysychał. Pień mózgu odpowiedzialny za oddychanie i pracę serca funkcjonował więc dziecko żyło kilka tygodni. Na początku rodzice do niego przychodzili. Ale w pewnym momencie przestali, nie odbierali nawet telefonów (jak podejrzewa lekarz, sytuacja ich przerosła). Dziecko umierało więc samo na szpitalnym oddziale. „Pocieszające” może być to, że jak powiedział lekarz, zmarło na rękach pielęgniarki…

Małżeńskie fazy

Na jakimś portalu kobiecym trafiłam na artykuł o 9 fazach przez które przechodzi małżeństwo.

  1. Optymistyczna panna młoda
  2. Żona idealna
  3. Dziecko w centrum uwagi (w tej fazie wiele par już się rozstaje)
  4. Jedno łóżko, dwa marzenia (w tą fazę się wchodzi około 9 lat po ślubie)
  5. Dwa pokoje, dwa łóżka
  6. Kryzys wieku średniego (w okolicach 20 rocznicy ślubu. A co jeżeli metrykalnie to my tak jakoś w wieku średnim już teraz, a nasze małżeństwo przechodzi dopiero z fazy 3 do 4? Będzie gorzej i będą dwa kryzysy wieku średniego? 😉 )
  7. Druga szansa
  8. Balsam
  9. Dojrzała, partnerska miłość

A na artykuł zerknęłam ponieważ nie tak dawno sama zastanawiałam się nad naszym związkiem od bycia parą po dzień dzisiejszy. Niezaprzeczalnie żaden związek nie jest jednostajny i przechodzi różne fazy. I tak pierwsze 5 lat to były różowe okulary. Kolejne 5 lat to czas, w którym okulary opadły. A ogólnie pozbawiony różowego filtra świat zaczął różnie oddziaływać na to, co w małżeństwie. Czas, w którym pojawiło się wiele różnic, sprzeciwów, wątpliwości, a nawet pewne wzajemne oddalenie. Teraz? Teraz mam wrażenie, że wchodzimy w kolejną fazę, może nie koniecznie z tej listy, ale widoczna jest pewna zmiana jakości. To jakaś próba uchwycenia balansu pomiędzy tym, co w nas różne (a jest tego dużo) i ponownym zbliżeniem. I o to chyba w małżeństwie chodzi, o właściwy balans. Czy go osiągniemy? Zobaczymy…

Drogeryjny szał ciał ;)

Ze trzy miesiące nie byłam w drogerii. Rzeczy najpotrzebniejsze zamawiałam przez Internet. Ale w paczkomatach tak zimno, że nie wiem czy to dobrze by niektóre rzeczy aż tak się wychładzały. Pojechałam więc wczoraj do sklepu. Na rachunku zobaczyłam tyle, że aż mi się w głowie zakręciło, ale się obkupiłam 😉 Farba do włosów (na razie dalej złoty brąz, chociaż patrząc na ilość siwych odrostów zaczęłam się zastanawiać nad jakimś popielatym blondem, ale to tak na przyszłość, bo to podobno lepiej u fryzjera zrobić, a nie mam teraz ochoty na wielogodzinne tam nasiadówki), szampon, dwie odżywki i spray nawilżający na końcówki. W zasadzie to pierwszy raz w życiu zaczęłam bardziej dbać o kondycję włosów. Kiedyś ważne, żeby było szybko. Nawet suszarki używałam starej i podróżnej, na imieniny Mama zafundowała mi nową z jonizacją (i faktycznie jest różnica). Zmieniam system mycia, co prawda dalej codziennie, ale wyczytałam, żeby skupić się na skórze głowy i skalpie, a na długości to wystarczy aby szampon spłynął po włosach w trakcie płukania. Kupiłam krem do twarzy z olejem konopnym 😉 (w razie jak będę na haju to ja tylko się nakremowałam), będzie „ładnie” wyglądał na półce obok tego ze śluzem ślimaka 😉 i zrobiłam kolejne podejście w szukaniu idealnego kremu nawilżająco – matującego (tym razem wersja z aloesem i pudrem ryżowym). I inne zwyczajowo kupowane specyfiki dla siebie i dla rodziny. Jedynie mojego ulubionego tuszu do rzęs nie było, wzięłam inny, ale tej samej firmy więc zobaczymy. Tylko najlepszych na świecie chusteczek zapomniałam włożyć do koszyka. Ale jak jest siwizna to i musi być skleroza 😉

Realiów ciąg dalszy

Od piątku mam nowego wicememistra (pisownia zamierzona). Były student obecnego memistra, czyli kolejny prawnik w resorcie edukacji. Super, paragrafów nam nie zabraknie, a reszta… no cóż, papier wszystko przyjmie… Tak jak te 680 tysięcy na nagrody w memisterstwie od października. Tymczasem wróciłam ze świetlicy ponieważ ludzi brak, a dzieciaków nie i trzeba było wspomóc koleżankę. Muszę kupić coś do nawilżania gardła, które strasznie wysycha i podrażnia się po dłuższym mówieniu w masce do więcej niż jednej osoby.

Poza tym podobno Lars is coming. Już samo imię, którym nazwano niż, tak jakoś śniegiem po oczach zacina 😉 chociaż jak sprawdzam pogodę dla siebie to żadnych opadów w najbliższych dniach nie widać. No nic, pożyjemy, zobaczymy 😉

Dobrego tygodnia

Sorry, takie mamy realia

Rejestrowanie na szczepienia dla grupy wiekowej mojej Mamy zaczęło się w piątek. Jak się okazuje ludzi 70+ jest ponad 3 mln, a dostępnych dla nich szczepionek w I kwartale tylko 1,2 mln dawek. W związku z czym moja Mama nie została zarejestrowana ponieważ już nie zdążyła się załapać… Pozostaje czekać na nowe dostawy… tylko jak długo? Ja mogę się szczepić wraz z grupą zawodową, mamy oznaczenie 1c. I mimo, że mam obawy ze względu na moją alergię na leki (zwykła aspiryna może mnie nawet zabić) to jednak chciałabym wiedzieć, że szczepienia idą sprawnie. Tylko w poniedziałek po powrocie do pracy dowiedziałam się o 5 osobach, które w czasie wolnym chorowały. A jutro znajomi jadą na test i raczej pewne, że będzie pozytywny. Kuzynostwo Męża pracujące w Izraelu już dawno po I dawce i wcale nie są w żadnej priorytetowej grupie. A jak się patrzy na nasz narodowy program to ręce opadają i tylko zastanawiam się czy zaszczepiona będę jeszcze przed wrześniem tego roku czy może przyszłego… bo na II kwartał (jak zapowiadają) to nie mam co liczyć. Jak wyliczył chłopak, który kiedyś raportował dane o zakażaniem to w tym tempie szczepień odporność populacyjną osiągniemy za 4000 dni… Andrzej Rysuje idealnie to zobrazował

Po wczorajszym deszczu dziś znowu świat się trochę śniegiem zabielił. A w akwarium anubias nam zakwitł.

Setka Baczyńskiego

Nie mam chyba, aż tak romantycznej duszy. Od poezji wolę prozę. Poza kilkoma wyjątkami. Kocham Tuwima. W rytm bicia serca unosiłam się na słowach Poświatowskiej czy Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, czasami zadźwięczy Staff. Ale pierwszym poetą, który „dotarł” w pełni do mojej świadomości był Krzysztof Kamil Baczyński, którego rocznicę urodzin dziś obchodzimy.

„Pieśń o szczęściu” K.K. Baczyński

 "Dziś rano cały świat ku­pi­łem,
 gwiaz­dy i słoń­ce, mo­rze, las,
 i ser­ca, lądy i rzek żyły,
 Cie­bie i sie­bie, prze­strzeń, czas.
 Dziś rano cały świat ku­pi­łem,
 za jed­no ser­ce cały świat,
 nad gwiaz­dy szczę­ściem się wy­bi­łem,
 nad czas i mor­skie głę­bie lat…
 Go­rą­ce mo­rza ser­cem pły­ną -
 po­zło­cie nie­prze­by­tych sław,
 gdzieś rze­ki nocy mnie wy­mi­ną
 w głę­bo­kich mo­rzach zło­tych traw.
 Chcę czer­wień ze­rwać z kwia­tów po­lnych,
 czer­wie­nią nocy spa­lić krzew,
 jak pier­si nie­ba chcę być wol­ny,
 w chmu­ry się wbić w ko­ro­nach drzew.
 Mo­rzem w nocy
 Noc się ci­szą ko­ły­sze, zmę­czo­na wzru­sze­niem,
 woda pach­nie księ­ży­cem wśród dy­gów błysz­czą­cych,
 nie­skoń­czo­ne, bez cia­ła, śród­fa­li­ste drże­nie
 i cień nocy si­na­wy po wo­dzie się pną­cy.
 Szczę­ście pal­ce roz­dzwa­nia drżą­ce mięk­kim pul­sem,
 my­śli czer­nią za­krze­płe na bły­skach dy­go­cą,
 ser­ce tęt­nem ude­rza w wiel­kiej pier­si nie­ba.
 W głąb roz­czer­ni i szczę­ścia pły­niesz ze mną nocą."