Naprawiamy

Juniorka ma nie do końca prawidłowy uchwyt pisarski. W rysowaniu to nie przeszkadza, ale jak chodzi już o pisanie to jest pewien problem w panowaniu nad ołówkiem i prowadzeniu ręki. Ćwiczymy próbując utrwalić prawidłowy uchwyt na różne sposoby. Ostatnio próbujemy nakładek

Gdy ruchomość ręki ograniczona jest nieprawidłowym chwytem to trudniej może być z uzyskaniem kształtnych liter i cyfr. Ale tu z pomocą nieoczekiwanie przyszła nam technika. Od gier całkowicie dziecka nie odsuniemy, ale są też fajne. I właśnie taką fajną grą są „Mądre literki”. Oprócz literkowej gry w memory czy układania puzzli na określoną literę jest coś, co najbardziej mi się podoba: pisanie liter palcem po ekranie, dzięki któremu utrwala się ruch w czasie pisania. I chociaż Juniorka przerobiła już cały alfabet to lubi wracać do literek.

Oprócz motoryki małej naprawiamy dalej zdrowie. Wczorajsze słowa o opanowanej sytuacji zdezaktualizowały się w nocy. Doszedł katar, bardzo płynny więc spotęgował kaszel. Temperatura znowu zaczęła się wahać w okolicach 37 stopni.

Babcia jutro jedzie na szczepienie.

Pogoda dziś przepiękna więc chociaż na chwilę zabrałam Juniorkę na podwórko żeby się dotleniła. Na koniec chciała się trochę pobawić z piesełem. No i niestety zdarzył się mały wypadek, z niczyjej winy, no ale 2,3 dni ślady będą.

Juniorka od tego wszystkiego nazwała dzisiejszy dzień czarną środą.

Na koniec przyszedł Mężu i oburzył się na rzeczy Juniorki porozkładane w sypialni, znaczy, że za dużo tu siedzimy…

I tak mija 13 tydzień tego roku. I wcale nic nie sugeruję.

Jak tak dalej będzie to mój naturalny kolor włosów szybko stanie się tylko wspomnieniem.

W pokoiku

…na stoliku stoi mleczko i jajeczko do ozdabiania, leżą przybory rysunkowe, podręczniki, stoi syrop na kaszel, sporadycznie talerzyki z przekąskami i co tam jeszcze w danej chwili potrzeba. Życie przeniosło się w głównej mierze do naszej sypialni. Mnie wychowanej w M2 nie przeszkadza taka sytuacja, ale Juniorce brakuje możliwości szalenia po całym domu. Sytuacja się unormowała, temperatura wróciła do normy, kaszel nie jest częsty ani bardzo uciążliwy, ale przeziębienia na dół też zanieść nie możemy. Testu w końcu nie robimy. Dobrze, że w ogóle na teleporadę się załapałyśmy… bo jak się o 7 dzwoni do przychodni i się słyszy, że się jest 57 osobą oczekującą na połączenie z rejestracją to sukcesem jest w ogóle szansa na rozmowę z lekarzem nawet w godzinach mocno popołudniowych. Oprócz porady lekarskiej potrzebna też była opieka na chore dziecko ponieważ według najnowszego rozporządzenia nie przysługuje mi opieka z powodu zamknięcia placówki oświatowej. W naszym pokoiku praca jednak wre. Juniorka ma sporo zadane każdego dnia, a i ja mimo zwolnienia muszę ogarnąć kończący się właśnie konkurs i napływające prace. Brak możliwości normalnego funkcjonowania w domu nie pozwala Juniorce odreagować. Ale wszystko wskazuje na to, że stan zdrowia pozwoli jutro wyjść na spacer. Bo inaczej to w końcu może przyjść kotek i ogonkiem stłuc jajeczko i będzie źle…

Nie teraz!

W porze kolacji Juniorka zaczęła się skarżyć na zmęczenie (chociaż nigdy tego nie robi). Potem to już poszło szybko. Dreszcze. Ból głowy. Gorączka. I płacz małego człowieka, że się boi, że to koronawirus. Przez noc było 38 z kreskami, raz mniej raz więcej. Na dzień dobry się zwymiotowało. Pojawił się kaszel. Teraz 37,1.

Mam wrażenie jakbym była na jakimś speedzie. Prawie nie spałam, ale poziom napięcia utrzymuje organizm w pełni sił. Nie wydaje mi się żeby to był Covid (chociaż jak pediatra jutro zleci test to go zrobimy, w końcu w szkole ostatnio trochę pozytywnych przypadków było, nawet u dziecka z klas młodszych – więc może dla świętego spokoju jednak warto go zrobić). Martwi mnie, że w ogóle jakiś wirus się teraz w domu pojawił. W czwartek Mama ma szczepienie i musi być zdrowa, nawet najmniejsze i najzwyklejsze przeziębienie nie może wchodzić w grę. Siedzimy u góry. Juniorka w ogóle nie schodzi. Ale co z tego, jak wczoraj na kilka godzin przed pojawieniem się objawów przytulała się do Babci. Babcia będzie sobie mierzyć temperaturę. Ograniczymy kontakty na tyle na ile się da to zrobić w jednym domu. I miejmy nadzieję, że będzie dobrze. Eh…

Operacja: Wielkanoc

Tydzień temu całkowicie nie miałam ochoty na żaden świąteczny czas. Jedyne czego chciałam to: SPOKÓJ, możliwość odpoczynku (takiego totalnego, a nie będącego efektem zmęczenia po tych całych przygotowaniach) czyli inaczej: zaszyć się w niebycie. Do tego grafika, którą ostatnio widziałam dała też do myślenia w kwestii prawa do świętowania. Grafika przedstawiała dwie osoby: mężczyznę, który mówi, że jest katolikiem… ale niepraktykującym i kobietę twierdzącą, że jest wegetarianką, ale niepraktykującą więc na obrazku z apetytem zjadała pałeczkę z kurczaka. No i jak się zastanawiam to dochodzę do wniosku, że faktycznie gdy chodzę do Kościoła od wielkiego dzwonu to nie mogę mówić o przeżywaniu Świąt w pełnym tego słowa znaczeniu, ja jedynie celebruję niektóre tradycje. Ale jednak jak je celebruję, wpajam je dziecku to dziecko „pilnuje” by były zachowane. Od czwartku Juniorka wpadła w trans przygotowań 😉 To już nie jest mówienie o Świętach, to są porządki (tak, moje dziecko samo z siebie zaczęło sprzątać – szok), to jest produkcja dekoracji i planowanie co kiedy musi być zrobione. No i cóż, no i się udzieliło 😉 Nakupowałam „koszulek” do dekoracji jajek, barwników spożywczych i ryżu bo widziałam prosty sposób na zabarwienie pisanek (więc wypróbuję), pomysły na potrawy też powstały. Także może nie do końca jak należy, ale tradycje po naszemu będą zachowane. A tymczasem odpowiednimi printami na sukienkach promujemy z Juniorką wiosnę 🙂

Imię

Przy decyzji o wyborze imienia dla Juniorki nie było zbyt dużego pola manewru. Tak się składa, że inicjały imienia i nazwiska Mężu ma takie same i bardzo zależało mu na tym aby dziecko też takie miało. No i ma. Imieniny Juniorka może świętować 6 razy w roku 😉 ponieważ jakoś nie ma decyzji kiedy najlepiej 😉 A Juniorce bardzo zależy na imieninach z tego względu, że i my i Babcia mamy tą datę jasno określoną, a nasze imiona i te daty są na tyle popularne, że ludzie o nich pamiętają. Dziś rano Mężu przekręcił kartę kalendarza na kwiecień i zauważył, że w tym miesiącu imię Juniorki jest wyróżnione. Jak powiedział to głośno to Juniorka temat podchwyciła – szykuje się zatem następny upominek 😉 a nadmienię, że urodziny Juniorki też wypadają w kwietniu. Miesiąc Juniorce zapowiada się na bogato 😉

Imię Juniorki jest pochodzenia łacińskiego. Oznacza: promienista. W statystykach znalazłam, że w polskiej bazie PESEL zarejestrowane jest 7 625 razy. A w roku 2020 imię to nadano 136 dziewczynkom. Nie jest więc bardzo popularne. Ale w rodzinie Męża już zaistniało. To samo imię nosiła praprababcia Juniorki.

Nie majstrować…

Żeby obraz mojego Małżonka, który tu ostatnio powstał, nie był zbyt lukrowany to dziś wrzucę kilka łyżek dziegciu. Mężu jest bałaganiarzem uważającym, że bałaganiarzem nie jest, a bałagan to robię… ja. Mamy w planach trochę poprzestawiać i wyrzucić to, co zużyte. Zadzwonił więc Małżu zawczasu do Gminy zgłosić gabaryty do wywozu. A przy okazji planowania „wiosennych porządków” wymyślił, że w schowku za łazienką zrobi regały na moje przeczytane książki bo się nie mieszczą, a drugi raz po nie nie sięgnę (fakt, nie czytam dwa razy, ale co z tego?). Rozeźliło mnie to do białości, już abstrahując od tego, że książki są dla mnie ozdobą domu, to Jego książki leżą jak leżą na komodzie w sypialni i jak popadnie… Zresztą jak wszystko co Jego, ubrania, buty, dokumenty, klucze, kubki po kawie, butelki po wodzie i wszystko co było mu potrzebne ale już nie jest. I no trudno, często to sobie tak leży, bo ja nie mam zamiaru każdego dnia porządkować rzeczy, które nie są moje i których nie zostawiłam tam gdzie nie trzeba. Aż przychodzi dzień, w którym Mężu zauważa, że COŚ leży, wtedy się naburmusza i z wyrzekaniem (niby ogólnym, ale tak jakoś pod moim adresem) na bałagan w jak szaleńczym widzie zaczyna sprzątać. Czym mnie oczywiście doprowadza do szału, bo ani to pomoc ani nic… Maria Czubaszek powiedziała kiedyś, że: „Mężczyzna jest jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego.” I faktycznie mężczyzna jest jaki jest, majstrować przy egzemplarzu zastałym w swoich przekonaniach nawet się nie da. Próbowałam majstrować, ale to jak grochem o ścianę, albo obraca się przeciwko mnie. Zrozumienie przychodzi zazwyczaj za późno, gdy jest już, nomen omen, pozamiatane. Pozostaje jedynie się przyzwyczaić i mówiąc kolokwialnie nauczyć się olewać to czy tamto…

Dzień Bałtyku

Dziś Dzień Morza Bałtyckiego. Przy przygotowywaniu informacji na szkolną wirtualną tablicę zatęskniło mi się za naszym morzem, za szumem fal, za błękitem po horyzont. Mężu co tydzień morsuje w jeziorze, ale od czasu do czasu wspomina, że chciałby tak prawdziwie, w morzu, nawet w sobotę wspomniał, że można by sobie zrobić spacer po plaży. Co prawda sezon morsowy już na finiszu, ale może ma rację, w końcu te 2 godziny jazdy to znowu nie aż tak dużo… I byłby nowy filmik, z takiej pory roku, w której nad morzem nie byłam. A teraz chociaż posłucham sobie nagrania z lata.

Weekendowe stany emocji

Weekend zamienił się w pewien proces przejścia przez różne stany emocji. Piątkowy wieczór przeryczałam. Jako introwertyk zawsze mam w sobie nagromadzone przeróżne emocje. W piątek wulkan wybuchł i łzami niczym lawą zaczęło się ulewać. Najprostsza definicja płaczu to: „Stan emocjonalny, będący reakcją na strach, ból, smutek lub złość.” Z innych artykułów dowiedzieć się można o jego ważnej roli w skomplikowanym systemie regulacji emocji. Antropolodzy dowodzą też, że mamy wrodzoną potrzebę zareagowania widząc płacząca osobę, ponieważ człekokształtni mieli płacz w repertuarze swoich zachowań na długo przed mową. Może i reagujemy na płacz, ale czasami metodą słonia w składzie porcelany. Nie rozumiemy i nie chcemy zrozumieć, za to na stół wjeżdżają wszystkie te „dobre rady” i ciągłe pytania, które nie pomagają. Jako introwertyk ja po prostu chcę się wypłakać. Poszłam spać dosyć wcześnie. Rano obudziłam się oczywiście ze spuchniętymi powiekami. Bolała mnie dusza i ciało, nieokreślony ciężar zalegał na klatce piersiowej. Połowy rzeczy zwyczajowo przypadających na sobotę nie zrobiłam. Chciałam pisać, ale słowa nie do końca się układały. Chciałam tylko spać więc znowu szybko się położyłam. Przez te dwie noce spałam zaskakująco dobrze i zaskakująco dużo mi się śniło. Dzień dzisiejszy jest już znacznie spokojniejszy. Ciśnienie schodzi. Myśli już wybiegają naprzód, już krążą wokół innych tematów niż odpoczynek we własnej skorupie. Co prawda tego co miałam zrobić i tak nie zrobiłam, ale w łazience u góry jest mała awaria więc nie wiadomo jak to dom będzie wyglądał przy jutrzejszej naprawie, a po co dwa razy robić to samo 😉

Taki sobie piątek

Zwykle zakupy Internetowe uznaję za udane. Zwykle jednak korzystam ze sprawdzonych sklepów. Ale teraz nie chciało mi się czekać, a to było konieczne ponieważ mój sklep padł ofiarą pożaru serwerowni OVH więc problemy z bazami danych opóźniały realizację zamówień. A przecież w innych sklepach ten sam towar, a mnie się spieszy… No to mam, jedna rzecz przyszła uszkodzona (użytkowanie możliwe, no ale…), innej nie było w paczce (koszt 4,60zł, no ale…). Teraz to dociekanie swojego, chociażby w sprawie tej uszkodzonej rzeczy… nie lubię takich sytuacji.

Tydzień upłynął kadrowo pod znakiem nieobecności: 1 osoba na zwolnieniu po operacji, 2 osoby na zwolnieniu z powodu przeziębienia, 3 z Covidem, 4 na kwarantannie z powodu kontaktu. No ale jakoś pociągnęliśmy ten wózek, zresztą jak zawsze… tylko jakim kosztem.

Juniorka słabo sobie radzi w kontaktach z rówieśnikami, gdy jej przyjaciół nie ma, to z zabawy z innymi dziećmi często rezygnuje i siada z boku sama. Co też nie sprawia, że widoczny jest smutek, z racji jedynactwa Ona jest samowystarczalna. Rozmawiałam dziś z koleżanką nad sposobami zachęcenia jej do większej aktywności w grupie. I opowiadam o tym w domu, po czym moja Mama wypala: „że po 2 latach trzeba było starać się o drugie dziecko”. Nie pierwszy raz padły takie słowa z jej ust, a że nie jestem w najlepszej formie emocjonalnej to dziś przelało to czarę i odpaliłam: „że znowu to wygadywanie bo to moja wina jest”. Mama momentalnie się obraziła, że się unoszę wobec niej, moje słowa potraktowała jako jakiś zarzut, albo nie wiem co. Ja się poryczałam. Ona odeszła od stołu. Mężu nie bardzo wiedział jak zareagować. Po chwili wstał, po męsku pogłaskał mnie po plecach i powiedział tylko: „to nie Twoja wina, tak się ułożyło”. Atmosfera jest ciężka.

Na pocieszenie muffinka kakaowa z kawałkami czekolady. Chociaż kubki smakowe niech mają radochę.

A w głowie mewy. Kolega podesłał wczoraj na fb. I tak: „przez sztormów święty gniew … rozbitkom wasze skrzydła niosą nadzieję na zbawienny ląd”

Tuż, tuż

Chociaż poranek znów powitał mnie zimową bielą to jednak myśli i odczucia wiosenne coraz śmielsze. Nawet perfumy dziś już wybrałam inne. Już nie pora na te bardziej zawiesiste i ciężkie. Teraz już pora na coś takiego: przyjemnie skomponowane nuty cytryny, melona i frezji połączone z morską bryzą, wiciokrzewem i morelą – wszytko to w oparciu o drzewo sandałowe i ambrę. Zapach jest jak świeży powiew na łące pełnej kwiatów. A czego to może brakować po zimie, jak nie świeżego powiewu na łące pełnej kwiatów, gdzie trawa pokryta jest rosą w rześki poranek? 😉