W jakimś programie słyszałam, że kleszcz jest zbędny dla ekosystemu, jego zniknięcie z powierzchni ziemi nie wprowadziłoby żadnego zamętu do kręgu życia. Ciekawe czy tak samo by było z komarami? Wczoraj pobiliśmy chyba rekord. W dwóch pokojach na górze przez wieczór i kawałek nocy zabiliśmy 16! sztuk (17stego zabiłam rano). I zachodzimy w głowę skąd się tyle wzięło? W oknach moskitiery, przy balkonie moskitierowe drzwi w dwóch miejscach trochę odstają od właściwej futryny (ale bez przesady), na balkonowym parapecie stoją dwie komarnice (rośliny rzekomo odstraszające komary). Już nawet szukamy gdzie w domu mogły się wykluć (mogły w piwnicy, ale do piwnicy teraz się nie wchodzi, w piwnicy nie ma nic oprócz pieca). Fakt, że jak Małżu wchodzi do domu „na chwilę” to często nie zamyka drzwi… ale to komary były by też na dole, a tu praktycznie ich nie ma, jedna sztuka raz na kilka dni. Juniorki ręce to bąbel przy bąblu. Gdy spała w niemowlęcym łóżeczku miała moskitierę, do obecnego łóżka trudniej ją zamontować… ale Babcia-konstruktorka dała radę i dzisiejsza noc przynajmniej nie przyniesie nowych bąbli. Juniorka źle reaguje na fenistil, z entilem jest lepiej, ale najlepszy efekt i tak daje smarowanie zaraz po ukąszeniu, z domowych sposobów też dobrze jest przyłożyć plaster ziemniaka, także dzisiejszej nocy była i smarowana entilem i obandażowana plastrami. Masakra. Dziś poszła też w ruch chemia… trzeba coś z tymi krwiopijcami zrobić.
