Stresy

<p style="text-align: …

Nasze małe wakacje dobiegły końca, żniwa i wizyta u alergologa wzywały do powrotu, chociaż oczu widokiem morza nie nasyciłam (chociaż tym nigdy nie mogę się nasycić). Życie jest jednak życiem i 100% relaks nie może być stanem jednostajnym.

W jeden poranek nad morzem nie mogłam dodzwonić się do Mamy. Po pierwszych próbach myślałam, że poszła oporządzić psy i kury, ale po pół godzinie dostałam szału. Trauma po śmierci Cioci, która jednego dnia sprzątała mieszkanie przygotowując się do wyprawienia swoich urodzin i imienin a drugiego już nie żyła, jest niewyobrażalna. Na szczęście Mąż ma dorosłych siostrzeńców i jeden z nich podjechał do nas by sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że Babcia telefon zostawiła w pokoju gdy jadła śniadanie, potem faktycznie poszła do zwierzaków i podlać kwiaty. Gdy zadzwonili, że wszystko jest OK to czując schodzące napięcie nie mogłam powstrzymać łez. Pewnie panikuję zbyt szybko, ale co zrobić… taka już jestem.

Testy alergiczne nic nie wykazały, Juniorka na nic nie jest uczulona. Super, wszak alergia to upierdliwa dolegliwość. Pani doktor ze specjalizacją z pediatrii i alergologii wróciła do teorii „kataru przedszkolnego”. Chociaż ciężko mi to zrozumieć ponieważ katar wiosenny trwał u Juniorki nieprzerwanie przez przeszło 2 miesiące i był oporny na wszelkie lekarstwa, a co lepsze Juniorka przez ten czas praktycznie nie chodziła do przedszkola więc moim zdaniem nie miała się gdzie zarażać, a z nosa leciało i leciało… Wróciłam do swojej teorii o podłożu psychosomatycznym (fakt jest taki, że Juniorka do przedszkola nie chciała chodzić), ale w taką przyczynę lekarze nie wierzą. Na razie wiemy tyle, że laryngologicznie i alergologicznie jest OK, kataru póki co nie ma. Zaleceniem pani alergolog były częste zmiany klimatu (nawet te weekendowe), a jak pojawi się zielonkawy katar to podać na noc ibufen – przeciwzapalnie. I podobno z każdym rokiem będzie lepiej – oby!

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij