W sobotę na chwilę wsunęłam się pod kołdrę w ubraniu i na pół siedząco zasnęłam i spałam tak do północy. W niedzielę obudziłam się już z myślą o poniedziałku czyli stresik bo to ciągłe na cenzurowanym i z monitorowaniem ile się zrobiło wiedząc, że to i tak będzie mało jest… wyczerpujące.
A tu Mężu nagle wyjeżdża z hasłem, że On potrzebuje urlopu. To może pojedzie na jakiś weekend motocyklem do Kościeliska, bo może motocykl by potem sprzedał, a przecież taką podróż planuje od jakiegoś czasu tylko towarzyszy nie udaje mu się zgrać czasowo.
Rozumiem, że i on jest zestresowany bo rzepak zgłoszony do wyceny po przemarznięciu. Dopiero co wyrośnięte buraki ogryza jakiś insekt i do tego doszły przymrozki weekendowe więc zobaczymy jak będzie… Ale czy Jego zmęczenie jest większe niż moje? Jakoś mnie to stwierdzenie o potrzebie urlopu ubodło. Może niesłusznie ale jednak.