W radiu wyłapuję świąteczne piosenki. Coś tam sobie z tego repertuaru podśpiewuję pod nosem, bo lubię. Nawet udało mi się obejrzeć jeden film w świątecznym klimacie idąc przez to spać w środku tygodnia het po północy. Film odbiegający może troszkę od klasyki gatunku ponieważ traktował również o tolerancji, umiejętności akceptowania odmienności, o LGBT. Choinki w salonie i pokoju Juniorki ustrojone od niedzieli. Pierników nie będzie. Mężu najprawdopodobniej jutro o świcie zacznie odstawę buraków do cukrowni więc na polu spędzi kilka godzin. Taki termin okolicznym rolnikom wyznaczył zakład więc jest jak jest. Cukrownia nie robi postoju na święta i transporty muszą systematycznie kursować. Dwa dni temu zaginęła nam rybka w akwarium. Perełka, największy okaz w naszym baniaczku. Już podejrzewałam zbrojnika o kanibalizm… bo jak mogło nie być śladu po prętniku… Znalazłam ją wczoraj przy czyszczeniu zbiornika. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu (przez 15 miesięcy tam się nie pchała bo za duża była) musiała wpłynąć w konstrukcję statku pirackiego i utknęła, zaklinowała się… Śmierć miała więc trudną, że tak to ujmę. Juniorce żal, ale się nie popłakała. Za to mnie łzy popłynęły. Mamy za to jakiegoś dodatkowego ślimaka, bardzo jeszcze malutkiego, pewnie z nowymi roślinami przyjechał… W najbliższej rodzinie właśnie Covid więc rodzeństwo się na Święta nie zobaczy. Gdyby mój Tata żył to właśnie dziś kończyłby 80 lat, tymczasem nie ma go z nami 27 lat. I tak jakoś tego świątecznego ducha nie czuję. Poza tym, że moja Mama tworzy tą swoistą presję przygotowań, a to akurat odczuwam podwójnie. Bo mnie osobiście brak odczuwania tego nieokreślonego, świątecznego czegoś nawet nie przeszkadza, ja po prostu chcę odpocząć i jak zwykle odciąć się od kołowrotu codzienności.
Spokojnego czasu, bez trosk Wam życzę.