Tydzień ciut szalony i minął w szalonym tempie. Już poniedziałek zaczął z grubej rury. I chociaż wychodząc z pracy sądziłam, że panowałam nad wydatkiem energetycznym to wraz z obniżaniem się poziomu adrenaliny rosło uczucie zmęczenia. We wtorek Mężu zapisał się na szczepienie, nie będzie musiał długo czekać, no i dostanie Pfizera. Trochę żałuję, że nie poczekałam na rejestrację swojego rocznika. Środa to 5cio godzinne szkolenie on-line, ważne sprawy, ale skupienie przed monitorem osłabło po 3 godzinach. Wiele rzeczy będę musiała ogarnąć samodzielnie. Potem urodziny Juniorki. O rany Julek, to już 7 lat! Czwartek i piątek to takie trochę śmieszne dni, w pracy a jakby nie w pracy 😉 Wczoraj gdy szłyśmy do samochodu padał deszcz, ale ten deszcz pachniał już wiosną. Czekałam na taki zapach unoszący się w powietrzu. Dziś już jednak tak nie było.

Przed nami majowy weekend, na który zapowiadają około 30 stopni. W sobotę 11, w niedzielę 10 i w poniedziałek też 10. Kocyk przygotowany, zakupiona nowa herbata wiśniowo – migdałowa, okien jednak myć nie będę.



