Stany chorobowe

Po pierwszym zadowoleniu z kontaktu ze służbą zdrowia na nfz teraz wrażenie spadło do zera. Spróbuję wersji prywatnej. Wykupiłam pakiet kardio czyli szereg badań z wizytą na połowę kwietnia. Zrobię też bardziej szczegółowe badania żeby wykluczyć Hashimoto i chorobę Gravesa – Basedowa (te i tak nie są refundowane).

W pracy tylko testy na obecność, kwarantanny, braki kadrowe i wśród kadry pedagogicznej i wśród obsługi. Każdego dnia na innym „froncie” działam. W domu na szczęście pod tym kątem wszyscy zdrowi. Nawet koleżanka Juniorki z ławki po teście, na szczęście z wynikiem negatywnym. A Juniorce znowu rusza się ząb, tym razem dolna lewa dwójka.

A dzisiaj na pocieszenie kakao z piankami.

A tak w ogóle to wiosna idzie. Wczoraj patrząc przez okno w sypialni dostrzegłam 3 lecące bociany.

Tik, tak, tik, tak mija czas

O tym, że niemal obsesyjnie kontroluję czas można było się domyśleć już po wpisach o kalendarzu. Zegar też jest nieodłączny. W domu jest prawie w każdym pomieszczeniu, nawet Juniorka już swój zegar ma w pokoju. Gdy wychodzę z domu to zakładam zegarek na rękę, ten w telefonie mi nie odpowiada. Jak nie kontroluję czasu to wpadam w otępienie, zatracam się w czasie i kontemplacji chwili, myśli, obrazu, zapachu, czegokolwiek. Pierwszy zegarek dostałam od Taty. Byłam wtedy odrobinę starsza od Juniorki i bardzo chciałam nosić zegarek tak jak nosi go Tata. Tata się zgodził pod warunkiem, że nauczę się odczytywać godzinę. Nauczyłam się. Mój pierwszy zegarek był radzieckiej produkcji, maleńki, delikatny, na parcianym czerwono-niebieskim pasku, nakręcany. W sumie muszę przejrzeć pudła (raczej nie mogłabym się go pozbyć w przeprowadzkach). Teraz mam różne zegary. Takie, które są też gadżetem, jak ten

Taki, który powstał na bazie zdjęcia zrobionego przez Męża podczas naszej pierwszej zimowej wędrówki nad Morskie Oko

Tych na rękę było już kilka. Marce Casio byłam wierna przez jakieś 20 lat mając dwa bardzo dobre modele. Jesienią skusiłam się na smartwatch. Początkowo faktycznie sprawdzałam kroki itp., później to jednak okazało się zbędnymi funkcjami. Zdecydowanie wolę zegarki w mniej nowoczesnym stylu 😉 I teraz mam takie połączenie retro z nowocześniejszym wyglądem

I tylko jedyne do czego mam ciągle zastrzeżenia to tempo upływu czasu. Nie nadążam łapać tych ziarenek przelatujących przez palce. I nie wiem czy chcę żeby coś już minęło, czy może żeby czas się cofnął…

Korelacje

W tym tygodniu zerówkowicze poznali literę P. A jak P to i planety, wszechświat, rakiety, Kopernik. W tym temacie Juniorka już dawno trochę wie. Na urodziny od Taty dostanie model układu słonecznego dla dzieci. Muszę dbać o ich wspólne tematy 😉 A jak planety to i w szkole Pani też posłużyła się piosenkami NutkoSfery. Jak ja lubię te teksty, sama chodzę i śpiewam bo po prostu są genialne 🙂

Kolejną literą jaką Juniorka pozna na zajęciach będzie: W. A jak W to Wielkanoc i upominki od Zająca. I tu mnie moje dziecko bardzo pozytywnie zaskoczyło. Jeszcze na Gwiazdkę podejście do prezentów miała bardzo roszczeniowe, przecież przynosi je Gwiazdor więc są jakby za darmo i każdą rzecz można sobie zażyczyć. Nawet miałam już ochotę uświadomić Ją w tym, że świąteczne prezenty to wyraz miłości ze strony bliskich. Tylko to takie odarcie z dzieciństwa i nie zebrałam się na odwagę przeprowadzenia takiej rozmowy. A tu raptem po kilku miesiącach moje dziecko na pytanie co by chciała od Zająca odpowiada: że ucieszy się z tego, co Zając przyniesie, byle było jakieś jajko. Odbieram to jako wyraz nabycia pewnej dojrzałości 🙂 A Zając docenia ostatnie zmiany i na pewno podrzuci do gniazdka coś fajnego 😉

Zgaszone

Niekiedy czuję się jak palące się drewno, na które ktoś wylał zimną wodę. Trochę zasyczy. Uniesie się lekki dymek z pary… Zgaszone… Pozostają tylko zimne, osmalone, pokryte warstewką popiołu nic nieznaczące kawałki. Tak słowa gaszą myśli, odczucia, czasem całą osobowość. Słowa, na które nie reaguję na czas. Jeżeli wrócą, będę jednak gotowa. Moje emocje są ważne, nawet jak nie są normatywne.

suju-foto/pixabay

Niepodzielona uwaga

Po początkowym zadowoleniu z kontaktu ze służbą zdrowia jestem znowu zniesmaczona. Mając wyniki chciałam zarejestrować się na jutro do lekarki, która je zlecała. Odczekując 25 osób czekających przede mną na linii do rejestracji dowiedziałam się, że: nie, na jutro nie mogę się zarejestrować do wybranego lekarza, bieżąca rejestracja jutro od godz. 7 (ale do kogo trafię to już loteria bo nikogo nie interesuje to, że chcę trafić do konkretnego lekarza), z wyprzedzeniem to pani (celowo z małej litery) rejestratorka może mnie zarejestrować do wymienionej przeze mnie lekarki na 24 marca. Koniec dyskusji, reszta to jak grochem o ścianę. Czekać przez 2 tygodnie do lekarza pierwszego kontaktu to spora przesada. Od nowego roku moją przychodnię przejął Luxmed, ale do usług na poziomie lux to jednak dalej daleko…

Z innych kwestii to nie lubię u lekarzy tego wrażenia braku zainteresowania pacjentem. Ciągle coś zapisują w systemie, coś zaznaczają, klikają. A ja nie wiem czy mam wtedy mówić, czy nie mówić, czy jestem słuchana, czy po prostu jestem tam bo jestem. Kontakt wzrokowy, szersza rozmowa, zwrócenie 100% uwagi w stronę pacjenta to nieliczne chwile. A ja ogólnie lubię mówić do osób, które widzę, że patrzą w moją stronę i słuchają. Nie paplam dla paplania więc jak mówię to mam do powiedzenia coś istotnego i kiedy mam wrażenie bycia niesłuchaną to przestaję mówić. A u lekarzy to mam wrażenie, że muszę przedstawić swój problem w 3 sekundy od wejścia bo reszta czasu to jakieś procedury biurokratyczne nie mające nic wspólnego z pacjentem.

W domu Małżu ma problem ze zrobieniem dużych zakupów bo przecież On nie chce tracić czasu… ale jeść to się chce..

W pracy, z tego co słyszę, to sajgon jakich mało, klonowanie ludzi potrzebne…

I jak tu nie być znerwicowanym?

A za oknem znów się zabieliło

Kroczek

Moja Mama ma już (a w zasadzie wreszcie) termin szczepienia 🙂 Najlepsza informacja dnia 😉 Oczywiście tylko dzięki temu, że ktoś komuś dał cynk, że gdzieś tam rejestrują… Najważniejsze, że jest zarejestrowana. Jeden kamień spadł mi z serca, bo ja naprawdę obawiam się sytuacji, że albo ja albo Juniorka przywleczemy coś do domu. Przecież kontakt z zakażoną miałam raptem w zeszły poniedziałek w pracy… Gdy i Mama będzie zaszczepiona będzie mi lżej.

Sama też w końcu nie zważając na pracę postanowiłam zadbać o siebie. Moja introwertyczna natura nie zawsze jest moim sprzymierzeńcem i jestem już wyczerpana emocjonalnie. Z powodu stresu serce pracuje w szalonym rytmie. Wczoraj miałam teleporadę, a dziś nawet byłam u lekarza pierwszego kontaktu na normalnej wizycie, na nfz (szok, prawda). Jutro jadę na pobranie krwi i EKG. Jeszcze na pewno będę chciała konsultacji psychiatrycznej bo znam siebie i to nie pierwszy epizod z częstoskurczem na tle nerwowym. W końcu za chwilę skończę 42 lata, a moje dziecko dopiero 7 więc trzeba zadbać o swoją kondycję fizyczną i psychiczną bez względu na to czy jest w szkole komu chodzić na zastępstwa czy nie. Jestem na L4, badam się i odpoczywam.

Weekendowe rozmaitości

Wychodząc w piątek z pracy zaczynamy weekend. Mój zaczął się od stwierdzenia, że zostawiłam portfel w domu więc nie mogę iść po pieczywo i lepiej żebym nie trafiła na policyjną kontrolę bo nie mam dokumentów. Ból głowy dokuczał i marzyłam o położeniu się do łóżka. Ale Juniorka nie odpuściła spaceru. I dobrze, dotleniłam się, co chociaż odrobinę rozładowało stres. I chociaż do domu wracałyśmy w potężnej śnieżycy to jednak wiosnę też dało się tego dnia poczuć.

W ogóle to ostatnio dochodzę do wniosku, że powinnam sprawić sobie atlas ptaków. Znajomość tych podstawowych staje się niewystarczająca, a wpisywanie opisu do wyszukiwarki nie zawsze daje właściwą odpowiedź. Ostatnio rozpoznałam dzierlatkę zwyczajną i chyba dzwońca.

Juniorka po tygodniu funkcjonowania według ustalonych zasad daje radę. Wychowawczyni zauważa poprawę. A my codziennie powtarzamy jak ma sobie radzić z rozkojarzeniem koleżanki. W ramach docenienia jej starań pojechała z Tatą do sklepu akwarystycznego, bo nie tak dawno zdechł mieczyk. Wrócili z dwoma rybkami… trochę pod wpływem chwili te ich zakupy były 😉 i dzisiaj trzeba było po towarzystwo dla Różyczki pojechać…

Leon i Różyczka

Nie mamy żadnych netfliksów czy innych tego typu serwisów, a że brak kinowych nowości skutkuje coraz bardziej ograniczoną ilością fajnych filmów to wczorajszego wieczoru Mężu orzekł, że skoro nie oglądaliśmy „50 twarzy Grey’a” to to nadrobimy. Emisja była dosyć późno, a że Mężu wczoraj wstał do pracy o 5 rano więc zasnął tuż po rozpoczęciu filmu. Ja obejrzałam prawie cały. Ale jak mnie ten film wkurzał!

Niedziela to też charytatywne morsowanie Małża, zbiórka na leczenie dziewczynki rok starszej od naszej córki. Kilka grup morsów wzięło udział i generalnie ludzie jednak chętnie się jednoczą by pomagać.

I tylko ten wiatr dzisiejszy huczy strasznie. Podobnie w mojej głowie huczą dziś myśli.

Kwarantanny i inne takie

Zapewne nikomu nie uszedł uwadze wczorajszy news z każdego serwisu, że minął rok od pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem w naszym kraju. I znowu zrobili zamieszenia wokół tego biednego człowieka, któremu taka sława na pewno nie służy… Rok to bardzo długo, a niestety myślę, że jeszcze jeden taki przed nami… U nas właśnie trwa częściowa kwarantanna. Koleżanka z wynikiem pozytywnym. Teść innej koleżanki właśnie zmarł z powodu Covida. Przekonałam się też jak to interes pracodawcy jest ważniejszy niż zdrowy rozsądek. Sanepid przecież wszystkiego nie sprawdzi, mają wystarczająco dużo roboty, żeby dociekać. I może to właśnie jedno z tych nieodpowiedzianych zachowań, przez które to wszystko się tak ciągnie… Trudny tydzień już prawie za mną, niestety trudniejszy przede mną. Chyba przez to cieszę się na weekend, jednocześnie się nie ciesząc. Boli mnie głowa.

A rano tak pięknie prószył śnieg.

Domorosłe fryzjerstwo

Pandemia uruchomiła w nas przeróżne umiejętności 😉 dla mnie jest to fryzjerstwo 😉 chociaż pierwsza próba w tym temacie to była klapa 😉 Pierwszy był Mąż i strzyżenie maszynką, niby nic trudnego, ustawić długość, przyłożyć do głowy i ziuu. Ale to ziuu to jakoś tak nierówno szło 😉 i w efekcie Mężu sam się obgolił 😉 a ja powiedziałam, że nigdy więcej się za to nie wezmę. I nie wzięłam, Mężu jako jedyny w rodzinie chodzi do fryzjera. Druga była Juniorka i jej długie włosy, które stawały się coraz bardziej uciążliwe w codziennej pielęgnacji. Posadziłam dzieciaka na krzesełku, wzięłam nożyczki – krawieckie 😉 i ciach. Wyszło nadzwyczaj dobrze, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Potem przyszła kolej na moją Mamę i strzyżenie odrobinę pod uchem, wykonane dwa razy. Ja też nie byłam u fryzjera od stycznia 2020. Farbuję i tak w domu, fryzura zapuściła się na dłuższą formę, z której moja Mama wyrównała końce. Ostatnio po raz trzeci wzięłam na warsztat włosy Juniorki. Nożyczki ciut za wysoko się przyłożyły i w pierwszej chwili pomyślałam: o rety, za krótko. Włoski sięgają jej teraz tak do ramion. Na szczęście fanka długich włosów nic na ten fakt nie powiedziała. A z kolei kitki, które ma dziś uczesane wyglądają cudnie przy tej długości, takie dwie fajne kulki z włosów 😉 Zatem strzygę dalej 😉

Maseczkowy zawrót głowy

Mój Mąż przez długi czas używał maseczek jednorazowych. Ale w końcu i jemu kupiłam wielorazowe, przecież Juniorka i ja mamy całe kolekcje bawełnianych masek. A tu teraz rekomendowane certyfikowane medyczne i z filtrami. Zaczęłam się więc rozglądać za takimi właśnie, ale sensownymi. Ostatnie Małżowe były bardzo… hm… chińskie w wykonaniu. Dla nas pewnie zdecyduje się na takie z lokalnym zakładów opatrunkowych. Typu KN95 z filtrem ffp2 też bym chciała i może uda się wyłonić dobry produkt. Ale z małą buźką Juniorki mam problem, to co znajduję to najczęściej wysyłka prosto z Chin, pośredniczona przez sklepy o dziwnych nazwach. A też chciałabym żeby mogła nosić maseczkę dobrej jakości. I tak przeglądam te maski nie mogąc wybrać tych najlepszych i myślę sobie jak to bym chciała szukać maski, ale nie takiej… tylko takiej np na karnawał w Wenecji… założyć ją i uwodzić wzrokiem…

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij