Ostatni śnieg

<p style="text-align: …

W piątek pogoda była paskudna, padał deszcz, deszcz ze śniegiem, śnieg. Mimo to, w sobotę ze zdumieniem patrzyliśmy przez okno. Jak okiem sięgnąć było biało. Spadło chyba ze 20 cm śniegu (tyle to u nas przez całą zimę nie było, bo nawet gdy wszędzie w styczniu sypało to tutaj nie). Toteż były sanki, lepienie bałwana i bitwa na śnieżki. Juniorka miała chociaż namiastkę białego szaleństwa. Wieczorem obejrzałam (prawie cały) „Dzień Matki”, pośmiałam się i pochlipałam trochę. Dziś już tylko wiatr i deszcz. Bałwan około południa już był tylko kupką brudnej brei. A niedzielę pochłonęło sprzątanie.

Bloxie co z tobą?

To już drugi mój …

To już drugi mój wpis, z którym mam problem. Problemy z logowaniem, z dodaniem wpisu (który przepada w czeluściach nicości), komentowaniem bo zawsze jestem wylogowana. Czy to tylko przypadłość „starej wersji”, do nowej jakoś ciężko mi się przekonać. Irytujące to wszystko. Mam nadzieję, że wszystko szybko wróci do normy. No bo co? Po 11 latach mam sobie szukać nowego miejsca do pisania? Wolałabym nie.

To musi już być koniec

<p style="text-align: …

Kurację antybiotykiem zakończyliśmy dziś rano. Nie było wyjścia, te piętrzące się choróbska… Jak miło się patrzy na pełną energii i uśmiechu Juniorkę (i nie ważne, że gdy ja czyściłam nocnik to ona weszła na parapet w pokoju – to właśnie urok posiadania w pełni zdrowego malucha ;-)). Mam nadzieję, że teraz długo, bardzo długo nic nie złapie. A i nas te wszystkie obrzydliwe dolegliwości będę omijały szerokim łukiem. Ostatni miesiąc bardzo wyczerpał mnie psychicznie. Potrzeba nam tony słońca i powodów do radości. Wreszcie musi nadejść dobra passa bo wszystkie złośliwości losu to już chyba wyczerpaliśmy na kilka lat do przodu.

Goniąc uciekający czas

<p style="text-align: …

Poprzedni tydzień minął jak w jakimś zwidzie. Nie zrobiłam niczego z zaplanowanych rzeczy. Były tylko choróbska i nerwy. Teraz jest już lepiej. Znowu dziecięce oczy się śmieją 🙂 A ja nadrabiam zaległości. Posprzątałam, bo dom wyglądał już tragicznie. Kursu z tworzenia książeczek elektronicznych nie udało mi się zrobić (jak już znalazłam czas i siły to nie szło się na stronę zalogować), ale znalazłam coś innego, co nie ma określonego terminu realizacji. Zrobiłam przegląd w Juniorkowej szafie i spakowałam do kartonu resztę ubranek z rozmiaru 92. Chciałam wybrać się na zimowe wyprzedaże i kupić Juniorce coś na przyszłą zimę korzystając z obniżek, niestety nie było jak. Na szczęście trochę rzeczy kupiłam w Internecie, także ciepłe ubranka z rozmiaru 104 czekają na swoją kolej.

A i we mnie odezwał się zdrowy egoizm. Pierwsze oznaki przesilenia już odczuwam (jak co roku te same) więc pomyślałam, że nowy przejściowy płaszczyk by się przydał. A i wyszukałam już fajną szyfonową sukienkę na tegoroczne Przyjęcie.

Niekończąca się infekcja

<p style="text-align: …

Byłam szczęśliwa, że moje dziecko tak mało choruje, że pierwszy katar miała w wieku 17 miesięcy, że w zasadzie nic poważniejszego jej się nie przytrafiało. Aż do teraz. W ciągu miesiąca u lekarza byliśmy 7 razy (dziś znowu). Na widok zakładanych butów moje dziecko płacze bo wychodzenie z domu kojarzy jej się już tylko z wyjazdem do przychodni. Ubierając ją dziś płakałam razem z nią i opowiadałam, że jak wyzdrowieje to zabierzemy ją w jakieś fajne miejsce, że przyjedzie do niej kuzynka na weekend. Gorączka przychodzi wieczorami od wtorku, katar i kaszel nie ustępują. Do zapalenia migdałków dołączyło zapalenie ucha. Wizyta kontrolna w przychodni za 4-5 dni.

Znaczenie zmęczenia

<p style="text-align: …

Pamiętam taką sytuację sprzed okresu macierzyństwa: po jakimś ciężkim tygodniu i radzie szkoleniowej zmęczona totalnie zasnęłam zaraz po powrocie do domu. Następnego dnia opowiadałam koleżance o tym wielkim zmęczeniu, a ona powiedziała tylko, że jak wróciła do domu (była na pewno równie zmęczona) to czekały na nią jeszcze dzieci. Wtedy przeszłam do porządku dziennego nad tym co powiedziała, dziś widzę to zupełnie inaczej. Dziś na dziewczynę strasznie narzekającą w szkole na zmęczenie patrzę z przymrużeniem oka, bo jej to nawet mąż skarpetek po domu nie porozrzuca więc jej zmęczenie to zupełnie inny kaliber. Gdy wracam do domu wiem, że czeka mnie jeszcze całe mnóstwo obowiązków przy dziecku i wiem, że zasnę jak tylko przyłożę głowę do poduszki, a na jakieś kąpiele w pianie i relaks przy książce w zwykły dzień to nie mam co liczyć. Posiadanie dzieci chyba sprawia, że człowiek przestaje wyolbrzymiać zmęczenie. Teraz czuję się zmęczona. Pochorowaliśmy się na maksa, (oboje nadal dochodzimy do normy), a Juniorka oczywiście złapała od nas choróbsko. Dostała gorączki i człowiek musiał zapomnieć o swoich dolegliwościach i całą noc czuwać przy dziecku. Znowu walczymy z aspiratorem, inhalatorem, kolejnymi lekami, brakiem apetytu i gorączką. Ale spojrzałam na sprawę z perspektywy kogoś innego: dwóch chorych maluchów i mąż aktualnie pracujący poza domem. I co to ja pisałam zmęczeniu? Ja jednak mam z kim się zmieniać przy nocnym wstawaniu do mojego jedynego dziecka czyli chyba nadal nie dużo wiem o zmęczeniu…

Sajgon

Ja przeziębiona. Mężu…

Ja przeziębiona. Mężu też niewyraźny. A między naszymi zarazkami Juniorka z ospą. Babcia dwojąca się i trojąca bo nasz kontakt z Małą bardzo niewskazany. A ja już nie mogę. Boję się, przecież chorób zakaźnych nie można przeziebić. Niech już to wszystko minie, niech dni znormalnieją. Proszę. 

Wredne bąble

<p style="text-align: …

Co to ja pisałam o ospie, że bardzo mnie nie przeraża? Po dzisiejszej nocy już tak nie myślę. Ile razy Juniorka się budziła to nawet nie chciało się liczyć. Swędziało więc popłakiwała, drapała się (a ja starałam się ją powstrzymywać), zasypiała na trochę z powodu zmęczenia sytuacją i tak przez całą noc. Ja przechodziłam ospę w wieku 13 lat, ale wspomnienia własne, a odczucia matki by to dało dziecku spokój i nie zostawiło śladów to zupełnie inna rzecz. Mówi się, że dzieci łagodniej przechodzą ospę. Może i tak, ale i tak chciałabym żeby już zniknęło i żeby nie przyplątały się powikłania. Te kilka kropek, z którymi byliśmy w poniedziałek na wieczornym dyżurze w przychodni to nic w porównaniu z tym, z czym Juniorka wstała wczoraj. Wykwitów jest kilkadziesiąt, oczywiście na tułowiu, buzi i we włosach, są też tam gdzie człowiek nie chciałby ich mieć, a nawet jest jeden między paluszkami stopy. Hascovir widać, że działa bo to już zaczyna przysychać. Ale syrop przeciwświądowy… hm… ospa chyba swoje musi wyswędzieć i tyle. Chociaż i tak Juniorkę podziwiam, że nie marudzi za dużo.

A jakby było mało to jeszcze mnie coś w gardle łaskocze i zmusza do kaszlenia więc aplikuję sobie od razu to i owo.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij