Ferie w kropki

<p style="text-align: …

No to mam ferie. Można powiedzieć, że znowu się nie przepracowałam. Ale mam do napisania jeszcze dwa sprawozdania i arkusz ankiety do diagnozy na po feriach. W przyszłym tygodniu rusza e-learningowy kurs tworzenia książeczek elektronicznych więc codziennie będę robić zadania i odsyłać prowadzącemu. Przy Juniorce trochę ciężko swobodnie zasiąść do komputera bo po pół godzinie zaczyna dobitnie o sobie przypominać. W przyszłym tygodniu mieliśmy też pojechać w góry, by dziecko zobaczyło co to tak naprawdę znaczy śnieg. Ale niestety nie pojedziemy. Od wczoraj Juniorka ma ospę. Gdzie się zaraziła? Wychodzi na to, że w przychodni jak chodziliśmy na kontrole z zapaleniem oskrzeli! Nie szczepiłam jej bo nie jestem pewna zasadności szczepienia przeciwko ospie. Spotkałam się z opiniami, że szczepionka traci swoją „moc” z wiekiem i można zachorować będąc dorosłym. A przechodzenie chorób wieku dziecięcego w dorosłości to prawdziwy armagedon. Sama ospa bardzo mnie nie przeraża, wychoruje się teraz, to potem będzie spokój. Jedynie czas zachorowania, że tak to ujmę, nieodpowiedni. Ledwo co przestała brać leki na oskrzela, a znowu ten mały żołądeczek musi być faszerowany kolejnymi medykamentami. Nijak spokoju i pewnie niewiele przez ferie odpocznę. Jedyne co, to chyba sobotni wyjazd do opery się uda i będzie małą odskocznią (oczywiście jak w antrakcie dodzwonię się do Babci i usłyszę, że nie było problemów z połknięciem leków itp.).

Jadek niejadek

<p style="text-align: …

Juniorka z niemowlęcia, które jadło wszystko stała się dzieckiem bardzo wybiórczym. W zasadzie je tylko makaron (może być nawet bez niczego), kaszę z sosem, mięso i ser żółty, z jajkiem to już różnie bywa. Lubi owoce, ale warzywa to tylko w zupie (jak się oczywiście do tej zupy w końcu da przekonać). Ale słodkie… tego nie odmówi nigdy. Nie biegam za nią z łyżką i nie wmuszam. Często po jakimś czasie sama przyjdzie i zacznie jeść. Ale tak jak dziś skończyło się tylko na kotlecie. Nie jest chuda, swoją wagę ma, ale od zbilansowanej diety niestety się oddalamy i denerwuje mnie taki stan rzeczy, to ciągłe nakłanianie do jedzenia gdy nie ma jej ulubionych potraw (bo jednak jeść musi). Słodkie ograniczam, ale z Tatą to już różnie bywa więc po dzisiejszej „bitwie” obiadowej zawisła na lodówce kartka z napisem: Juniorka ma zakaz jedzenia słodyczy. Tak, wszem i wobec, dla „pamięci”, która zawodna jest.

Bańki mydlane

<p style="text-align: …

Juniorce przypomniało się o bańkach mydlanych. Chciałam wcisnąć jej kit, że z tym to trzeba do wiosny poczekać, ale Tata wyjął sprzęt i teraz Tata robi bańki a Mała goni je i rozbija. Gdy były mrozy to czytałam na fejsie, że można zrobić bańkę na mrozie i zamarznie (ale to ponoć trudne). Wtedy Juniorka chorowała to nie myślałam żeby spróbować.

Nic dodać… nic ująć ;-)

<p style="text-align: …

Juniorka chce zdjęcie. Włączam aparat w telefonie. Juniorka jak zwykle podskakuje niczym piłeczka kauczukowa. Mówię: musisz spokojnie stanąć i zrobić jakąś pozę. No to zrobiła… włożyła palce w kąciki ust i rozciągnęła się w uśmiechu niczym żaba. Zdjęcie zrobiłam, to taki rodzaj dowodu na jej charakterek 😉

Nadwyżki i niedobory

<p style="text-align: …

Nie potrafię odreagowywać stresu. Tłumię wszystko w sobie i czekam aż minie. Tylko jak stresów jest za dużo to nie mijają tak łatwo i wtedy męczą mnie nerwobóle. Ostatnio było tak ponad trzy lata temu. Ograniczyć sytuacje stresowe. Tylko jak? Nawet wczoraj dwa razy nerwy podskoczyły wysoko. No nic, trzeba włączyć suplementację witamin z grupy B (bo przy nerwobólach zazwyczaj ich brak) i może coś jeszcze. A jak przyjdą ferie może wreszcie uda mi się porządniej wyluzować. Bardzo chciałabym już osiągnąć względną harmonię i spokój.

Coś tu jest nie tak

<p style="text-align: …

Juniorka wyzdrowiała i wróciłam do pracy. A na dzień dobry dowiedziałam się, że mnie opieka na dziecko powyżej drugiego roku życia nie przysługuje. Według przepisów ZUS skoro mój Mąż jest rolnikiem to znaczy, że jest w domu i dzieckiem może się zająć. Tylko ktoś za biurkiem nie wie, że nawet jak ktoś prowadzi gospodarstwo rolne to nie znaczy, że leży z brzuchem do góry… A poza tym niespełna trzyletniemu choremu maluchowi to nie nazwane COŚ, co dodaje poczucia bezpieczeństwa może zapewnić tylko obecność mamy w domu. I teraz mam wybór: na przykład (nazwę sprawę po imieniu) oszukać system, że Męża nie było i nie mógł się zająć chorym dzieckiem, albo nie wypłacą mi pieniędzy czyli 12 dni opieki przypadnie na urlop bezpłatny (pracując w szkole przecież innego urlopu teraz nie mam). Sorry, ale nie stać mnie finansowo na taki luksus. Ciśnienie mi się podniosło tak, że kawy już nie potrzebuję. A poza tym poczułam się dyskryminowana. Płacę składki, z L4 korzystam tylko wtedy kiedy faktycznie zachodzi taka potrzeba i była to moja pierwsza opieka na dziecko. W księgowości powiedzieli mi, że na przyszłość mam brać zwolnienie na siebie. Ale jak? Pediatra nie podpisze się pod zwolnieniem dla dorosłej osoby, a internista nie wypisze mi L4 dla mnie dlatego, że mam chore dziecko. To wszystko nie jest sprawiedliwe.

edit: szukam i sprawdzam jak ten orzech rozgryźć. Na stronie ZUS moim zdaniem (oczywiście mogę się mylić bo język przepisów jak zawsze jest zagmatwany) przeczytałam, że za członka rodziny mogącej zapewnić opiekę nie uważa się m.in.: osoby prowadzącej gospodarstwo rolne (bo dla mnie to jasne, że taki ktoś nie zawsze może rzucić wszystko i być w domu bo wykonuje również swoją pracę tylko tyle, że na miejscu). Może całe zamieszanie jest tylko z powodu błędnej interpretacji przepisów przez jedną z naszych księgowych, ale pewnie bez zadzwonienia na infolinię ZUS się nie obędzie. To już sprawdzi Mąż, właśnie w takich przypadkach przydaje się kierunek jego studiów. Ale to już jutro, bo dziś cały dzień jest na wyjeździe pod wschodnią granicą.

Am mniam

<p style="text-align: …

Lubię pospać i powylegiwać się w łóżku. W nocy mogę posiedzieć, ale rano… nawet ósma godzina to wczesna pora. Chciałoby się poprzeciągać, a tu pobudka krzyczy: „Mama jus dzień!”. A dzień dziś u nas smakowity. Mąż z okazji swojego podwójnego święta kupił tort bezowy, Babcia już wczoraj upiekła drożdżówkę. A jutro wraz z czwórką znajomych idziemy do knajpy na pyszne pierogi z pieca.

Pucio uczy mówić

<p style="text-align: …

Juniorka zaczęła nazywać rzeczy gdy miała 15 miesięcy. Dwusylabowe wyrazy i dźwiękonaśladowcze. Myślałam, że to szybko i mówienie łatwo jej przyjdzie. Ale proces jakby się zatrzymał i przez rok do jej słownika praktycznie nie dołączało nic trudniejszego. Teraz już jest dużo lepiej, praktycznie codziennie dołącza nowe słowo. Buduje zdania choć często używa w nich także swoich określeń (np.: ser to u Juniorki hejsiu). W grudniu trafiłam na książki Marty Galewskiej – Kustry, logopedy i pedagoga dziecięcego. Kupiłam pierwszą część Pucia, „Pucio uczy się mówić”, jednak nie przypadła ona Juniorce za bardzo do gustu. Fakt, że tam jest dużo wyrazów dźwiękonaśladowczych, które dla Juniorki nie były już atrakcyjne. Kilka dni temu ukazała się kolejna część „Pucio mówi pierwsze słowa” i ta książka się Juniorce podoba i sama ją przynosi, żeby poczytać i poopowiadać. Książka w sam raz na małe rączki bo kartonowa więc łatwo przekładać strony. Jest też kilka słów od autorki o tym jak używać książki, na co zwrócić uwagę i czego unikać by wspierać rozwój mowy malucha. Każda strona to jakby inna sytuacja życiowa w oparciu o którą rodzic również sam może prowadzić rozmowę z dzieckiem. Cena z okładki to 39,90 (chyba jednak trochę drogo), lepiej więc poszukać w Internecie, ja w swojej internetowej księgarni wydałam o 12 zł mniej. Są też inne pozycje Pani Marty np.: „Z muchą na luzie ćwiczymy buzię” czy „Wierszyki ćwiczące języki”.

Pracownia dobrych myśli

<p style="text-align: …

Bardzo sympatyczna książka. O przyjaźni, miłości i dobrej energii. Postać Pani Wiesi na początku mnie irytowała, ale od momentu w którym próbowała zacerować podarte dżinsy od Dolce&Gabany zaczęłam ją lubić, by na końcu stwierdzić, że to główna i moja ulubiona bohaterka. Można by powiedzieć, że w życiu takie historie się nie zdarzają… ale ja akurat znałam kogoś, kto żyjąc samotnie, przez 50 lat nosił w portfelu zdjęcie pierwszej miłości…

Przyszły nowe książki. Sztuk sześć, a i tak zapomniałam o jednej, o której zapominam zawsze przy zamawianiu. Uporządkowałam nieco regał z książkami. Niestety miejsce na nim skończy się za chwilę. Może pora pomyśleć o czytniku… chociaż zdecydowania wolę czuć okładkę pod ręką…

Negocjacje

<p style="text-align: …

Juniorka ogląda polskie bajki z naszego dzieciństwa: Reksia, Bolka i Lolka. Zawsze bardzo czeka na Reksia, więc pytam:

– chcesz książeczkę z przygodami Reksia?

Juniorka: a Bolo Lolo? (znaczy Bolek i Lolek)

ja: chcesz też książeczkę o Bolku i Lolku? dopytuję

Juniorka: pół… (bo jak trzeba przekonać matkę np. do czegoś słodkiego to lepiej powiedzieć, że pół)

ja: chcesz pół książki o Bolku i Lolku?

Juniorka: nie, ciałi 🙂

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij