Nie majstrować…

Żeby obraz mojego Małżonka, który tu ostatnio powstał, nie był zbyt lukrowany to dziś wrzucę kilka łyżek dziegciu. Mężu jest bałaganiarzem uważającym, że bałaganiarzem nie jest, a bałagan to robię… ja. Mamy w planach trochę poprzestawiać i wyrzucić to, co zużyte. Zadzwonił więc Małżu zawczasu do Gminy zgłosić gabaryty do wywozu. A przy okazji planowania „wiosennych porządków” wymyślił, że w schowku za łazienką zrobi regały na moje przeczytane książki bo się nie mieszczą, a drugi raz po nie nie sięgnę (fakt, nie czytam dwa razy, ale co z tego?). Rozeźliło mnie to do białości, już abstrahując od tego, że książki są dla mnie ozdobą domu, to Jego książki leżą jak leżą na komodzie w sypialni i jak popadnie… Zresztą jak wszystko co Jego, ubrania, buty, dokumenty, klucze, kubki po kawie, butelki po wodzie i wszystko co było mu potrzebne ale już nie jest. I no trudno, często to sobie tak leży, bo ja nie mam zamiaru każdego dnia porządkować rzeczy, które nie są moje i których nie zostawiłam tam gdzie nie trzeba. Aż przychodzi dzień, w którym Mężu zauważa, że COŚ leży, wtedy się naburmusza i z wyrzekaniem (niby ogólnym, ale tak jakoś pod moim adresem) na bałagan w jak szaleńczym widzie zaczyna sprzątać. Czym mnie oczywiście doprowadza do szału, bo ani to pomoc ani nic… Maria Czubaszek powiedziała kiedyś, że: „Mężczyzna jest jaki jest i nie ma co przy nim majstrować. Im szybciej kobieta to zrozumie, tym lepiej dla niej. I dla niego.” I faktycznie mężczyzna jest jaki jest, majstrować przy egzemplarzu zastałym w swoich przekonaniach nawet się nie da. Próbowałam majstrować, ale to jak grochem o ścianę, albo obraca się przeciwko mnie. Zrozumienie przychodzi zazwyczaj za późno, gdy jest już, nomen omen, pozamiatane. Pozostaje jedynie się przyzwyczaić i mówiąc kolokwialnie nauczyć się olewać to czy tamto…

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij