O tym, że niemal obsesyjnie kontroluję czas można było się domyśleć już po wpisach o kalendarzu. Zegar też jest nieodłączny. W domu jest prawie w każdym pomieszczeniu, nawet Juniorka już swój zegar ma w pokoju. Gdy wychodzę z domu to zakładam zegarek na rękę, ten w telefonie mi nie odpowiada. Jak nie kontroluję czasu to wpadam w otępienie, zatracam się w czasie i kontemplacji chwili, myśli, obrazu, zapachu, czegokolwiek. Pierwszy zegarek dostałam od Taty. Byłam wtedy odrobinę starsza od Juniorki i bardzo chciałam nosić zegarek tak jak nosi go Tata. Tata się zgodził pod warunkiem, że nauczę się odczytywać godzinę. Nauczyłam się. Mój pierwszy zegarek był radzieckiej produkcji, maleńki, delikatny, na parcianym czerwono-niebieskim pasku, nakręcany. W sumie muszę przejrzeć pudła (raczej nie mogłabym się go pozbyć w przeprowadzkach). Teraz mam różne zegary. Takie, które są też gadżetem, jak ten

Taki, który powstał na bazie zdjęcia zrobionego przez Męża podczas naszej pierwszej zimowej wędrówki nad Morskie Oko

Tych na rękę było już kilka. Marce Casio byłam wierna przez jakieś 20 lat mając dwa bardzo dobre modele. Jesienią skusiłam się na smartwatch. Początkowo faktycznie sprawdzałam kroki itp., później to jednak okazało się zbędnymi funkcjami. Zdecydowanie wolę zegarki w mniej nowoczesnym stylu 😉 I teraz mam takie połączenie retro z nowocześniejszym wyglądem

I tylko jedyne do czego mam ciągle zastrzeżenia to tempo upływu czasu. Nie nadążam łapać tych ziarenek przelatujących przez palce. I nie wiem czy chcę żeby coś już minęło, czy może żeby czas się cofnął…