Po początkowym zadowoleniu z kontaktu ze służbą zdrowia jestem znowu zniesmaczona. Mając wyniki chciałam zarejestrować się na jutro do lekarki, która je zlecała. Odczekując 25 osób czekających przede mną na linii do rejestracji dowiedziałam się, że: nie, na jutro nie mogę się zarejestrować do wybranego lekarza, bieżąca rejestracja jutro od godz. 7 (ale do kogo trafię to już loteria bo nikogo nie interesuje to, że chcę trafić do konkretnego lekarza), z wyprzedzeniem to pani (celowo z małej litery) rejestratorka może mnie zarejestrować do wymienionej przeze mnie lekarki na 24 marca. Koniec dyskusji, reszta to jak grochem o ścianę. Czekać przez 2 tygodnie do lekarza pierwszego kontaktu to spora przesada. Od nowego roku moją przychodnię przejął Luxmed, ale do usług na poziomie lux to jednak dalej daleko…
Z innych kwestii to nie lubię u lekarzy tego wrażenia braku zainteresowania pacjentem. Ciągle coś zapisują w systemie, coś zaznaczają, klikają. A ja nie wiem czy mam wtedy mówić, czy nie mówić, czy jestem słuchana, czy po prostu jestem tam bo jestem. Kontakt wzrokowy, szersza rozmowa, zwrócenie 100% uwagi w stronę pacjenta to nieliczne chwile. A ja ogólnie lubię mówić do osób, które widzę, że patrzą w moją stronę i słuchają. Nie paplam dla paplania więc jak mówię to mam do powiedzenia coś istotnego i kiedy mam wrażenie bycia niesłuchaną to przestaję mówić. A u lekarzy to mam wrażenie, że muszę przedstawić swój problem w 3 sekundy od wejścia bo reszta czasu to jakieś procedury biurokratyczne nie mające nic wspólnego z pacjentem.
W domu Małżu ma problem ze zrobieniem dużych zakupów bo przecież On nie chce tracić czasu… ale jeść to się chce..
W pracy, z tego co słyszę, to sajgon jakich mało, klonowanie ludzi potrzebne…
I jak tu nie być znerwicowanym?
A za oknem znów się zabieliło
