Wychodząc w piątek z pracy zaczynamy weekend. Mój zaczął się od stwierdzenia, że zostawiłam portfel w domu więc nie mogę iść po pieczywo i lepiej żebym nie trafiła na policyjną kontrolę bo nie mam dokumentów. Ból głowy dokuczał i marzyłam o położeniu się do łóżka. Ale Juniorka nie odpuściła spaceru. I dobrze, dotleniłam się, co chociaż odrobinę rozładowało stres. I chociaż do domu wracałyśmy w potężnej śnieżycy to jednak wiosnę też dało się tego dnia poczuć.
W ogóle to ostatnio dochodzę do wniosku, że powinnam sprawić sobie atlas ptaków. Znajomość tych podstawowych staje się niewystarczająca, a wpisywanie opisu do wyszukiwarki nie zawsze daje właściwą odpowiedź. Ostatnio rozpoznałam dzierlatkę zwyczajną i chyba dzwońca.
Juniorka po tygodniu funkcjonowania według ustalonych zasad daje radę. Wychowawczyni zauważa poprawę. A my codziennie powtarzamy jak ma sobie radzić z rozkojarzeniem koleżanki. W ramach docenienia jej starań pojechała z Tatą do sklepu akwarystycznego, bo nie tak dawno zdechł mieczyk. Wrócili z dwoma rybkami… trochę pod wpływem chwili te ich zakupy były 😉 i dzisiaj trzeba było po towarzystwo dla Różyczki pojechać…

Nie mamy żadnych netfliksów czy innych tego typu serwisów, a że brak kinowych nowości skutkuje coraz bardziej ograniczoną ilością fajnych filmów to wczorajszego wieczoru Mężu orzekł, że skoro nie oglądaliśmy „50 twarzy Grey’a” to to nadrobimy. Emisja była dosyć późno, a że Mężu wczoraj wstał do pracy o 5 rano więc zasnął tuż po rozpoczęciu filmu. Ja obejrzałam prawie cały. Ale jak mnie ten film wkurzał!
Niedziela to też charytatywne morsowanie Małża, zbiórka na leczenie dziewczynki rok starszej od naszej córki. Kilka grup morsów wzięło udział i generalnie ludzie jednak chętnie się jednoczą by pomagać.
I tylko ten wiatr dzisiejszy huczy strasznie. Podobnie w mojej głowie huczą dziś myśli.