Liść-opadł

Dwa ogromne orzechy, jabłonie, grusze, śliwka. Liści w ogrodzie jest dużo. I niezmiennie lubię ich szelest gdy szura się między nimi stopami. Jakieś takie to… relaksujące, idealne na piątkowy Dzień Zszarganych Nerwów, co prawda miniony tydzień nerwowy nie był, ale zmęczył mnie nieźle. Dziś jeszcze wszystko spowite we mgle, ale ciepło wyjątkowo. Na części pól znów zagościła intensywnie nasycona zieleń. I tylko liście na ziemi przypominają o nadchodzącej zimie, porze roku, w której znajduję najmniej pozytywów. Na pierwszego listopada kiedyś zakładało się zimowe kurtki i ocieplane buty. Jutro pierwszy raz w historii założę spódniczkę i płaszcz z alpaki. Juniorka założy adidaski, które kupiłam w sierpniu z myślą, że posłużą przez wrzesień 😉 Jest pięknie, ale jednak coś nie teges. A może to tylko mnie się tak wydaje? Przecież kuratorka Nowak w jednym z ostatnich twitów jasno pisze, że bzdury o klimacie mamy wyrzucić do kosza…

Coś nowego

Z chemii nigdy nie byłam dobra. To też to, co dzisiaj czytam, też średnio wchodzi 😉 Poznałam dzisiaj bliżej: radon.

Z różnych definicji mogą wyciągnąć tyle: radon to jedyny gazowy pierwiastek promieniotwórczy występujący w środowisku w sposób naturalny. Powstaje w wyniku rozpadu radu, który jest składnikiem uranowego szeregu promieniotwórczego. Promieniowanie pochodzące od radonu stanowi 40–50% dawki promieniowania, jaką otrzymuje mieszkaniec Polski od źródeł naturalnych. Radon może stanowić zagrożenie dla zdrowia człowieka, bowiem gromadzi się w budynkach mieszkalnych, zwłaszcza w piwnicach, przedostając się tam z gruntu w wyniku różnicy ciśnień. Radon jest pierwiastkiem stosowanym w medycynie alternatywnej – naturalnie występujące wody radonowe stosuje się do kąpieli w rehabilitacji chorób narządów ruchu, zarówno tych pourazowych, jak i reumatycznych. Kąpiele radonowe stosowane są też do leczenia cukrzycy, chorób stawów, chorób tarczycy oraz schorzeń ginekologicznych i andrologicznych. Przedawkowanie radonu lub stała praca przy kopalinach, gdzie są silne emanacje radonu, wpływa niekorzystnie na zdrowie. Szkodliwe efekty działania radonu polegają na uszkadzaniu struktury chemicznej kwasu DNA przez wysokoenergetyczne, krótkotrwałe produkty rozpadu radonu 222Rn, co może powodować chorobę popromienną.

A dlaczego tak się o tym radonie naczytałam? Ponieważ dziś założyli nam w szkole czujniki mierzące stężenie radonu. Zostaliśmy, podobno, wylosowani do badań. A jak dotarłam do wyników wcześniejszych badań, w której brały cztery szkoły z województwa i w każdej stężenie określono na poziomie średnim…

Pół żartem (pół serio???) zastanawiałyśmy się czy może dyrektor maski gazowe już powinien kupić..

Hejt

Już nie raz tu o nim pisałam. O tym, że nie rozumiem tego zjawiska, nie lubię i piętnuję. Co prawda publikuję treści w Internecie, które mogą się nie podobać, ale nie sądziłam, że jakakolwiek forma hejtu dotknie nas w obliczu takiego przeżycia jakim jest pożar. W czwartek na jednym z miejskich portali ukazała się krótka notatka służbowa przekazana do prasy zapewne przez Straż. Zawierała jedynie miejscowość, w której doszło do zdarzenia, co uległo zniszczeniu, ile jednostek brało udział w akcji gaśniczej oraz informację, że żadna osoba nie ucierpiała i kilka zdjęć spalonego traktora. Może jedynie tytuł nadany w gazecie był zbyt na wyrost podany jako „Dramat rolnika” ponieważ my uważamy, że mieliśmy szczęście i skala strat jest niewielka w porównaniu do tego co mogło by się stać… Nie było ani słowa na temat odczuć mojego Męża na temat tego co się zdarzyło. Ale i tu znalazł się ktoś, kto musiał wylać swoją żółć w komentarzach… Zamieszczę je bo to nie ja powinnam się wstydzić.

Ktoś tam się ujął, ale dla Pana Mietka to była tylko woda na młyn…

Ktoś inny (połamaną polszczyzną) sugerował, że traktor nie nasz, a gazeta głupoty wypisuje…

Ani Mąż, ani ja nie chcieliśmy komentować i wdawać się w pyskówkę bo inaczej by się to nie skończyło. Ale po przeczytaniu tego zrobiło mi się przykro. Nie mamy najnowszych modeli maszyn bo na nowe nas nie stać, a zadłużanie się z powodu chęci posiadania nowego jest bezsensu. Dopłaty są jak w każdym kraju UE, z tym, że nasz rząd już załatwił, że w przyszłym roku dopłaty dla polskich rolników będą niższe… Dodatki do nawozów są takie, że wielu rolników już na nie stać, ubezpieczenia każdy rolnik płaci sobie sam. A to, co mamy to jest ciężka praca mojego Męża bo w rolnictwie nikt warunków pogodowych nie przewidzi, a są one kluczowe dla wzrostu roślin. A emocje po pożarze? Ze mnie schodziły przez dwa dni. Moja Mama najpierw odczuwała ucisk w postaci nerwobólu w klatce piersiowej, a teraz już trzeci dzień zmaga się z migreną… a to wszystko jest wynikiem stresu i emocji. A mój Mąż? On w ogóle nie miał czasu na dojście do siebie. Był akurat krótko po ścięciu kukurydzy więc środę, czwartek i piątek od rana do wieczora spędzał na polu przygotowując glebę do siewu… A ktoś powie, że nas utrzymuje?!? Bo jedzenie to w sklepach na półkach wyrasta chyba…

Adrenalina

Położyłam się nawet ciut wcześniej niż zwykle. Ale nie śpię i nie wiem czy w ogóle dziś zasnę porządnie. Mały pies warczał i warczał. Warczał bo w oknie pokoju odbijała się łuna pożaru. Warczeniem zaalarmował mojego Męża. W stodole, w której są całe zbiory pszenicy stał maly ciągnik. Doszło do zwarcia w wadliwym rozruszniku i ciągnik się zapalił. Koszulę nocną wcisnęłam w jeansy, na bose stopy włożyłam kalosze, zarzuciłam kurtkę i dołączyłam do Męża ratować to, co najważniejsze. Gaśnica nie dała rady, z przewodów paliwowych leciała ropa, opony wybuchały. Napełnialiśmy wiadra wodą żeby polewać opony i przetrwać do przyjazdu straży. Bezpieczniki odcięły prąd w domu i całym obejściu. Ciągnik spalony, stodoła osmalona i ciut zalana. Ale udało się. Zboże się nie zajęło. Straże i policja odjechały. Można iść spać. Tylko jak w tym stresie?

Oczy szeroko zamknięte

W zamierzchłej przeszłości końca XX wieku premierę miał thriller erotyczny o tytule „Oczy szeroko zamknięte”. Jednak moje poranne przemyślenia na temat oczu szeroko zamkniętych, o ile z thrillerem coś wspólnego mieć mogą to z erotyką już… nic. Obudziłam się na godzinę przed budzikiem. Zdecydowanie za szybko. Nie lubię wstawać, a już tym bardziej przed czasem. Leżę więc w takich sytuacjach ze szczelnie zamkniętymi powiekami próbując jeszcze zasnąć. Jednocześnie mam wrażenie jakby oczy przecież zamknięte były w tym czasie jednak szeroko otwarte. Aż do czasu gdy czas wstania zbliża się do 10 minut, wtedy znowu bym zasnęła…

Photo by wendel moretti on Pexels.com

Rekomendacje w necie znalezione

Kiedyś lubiłam kupować buty i miałam ich sporo. Teraz kuszą mnie perfumy. Chociaż z dwojga złego to już chyba lepiej buty bo dłużej mogą posłużyć 😉 Czasem lubię wejść na fragranticę i poczytać o zapachach, które mnie interesują. Wczoraj w drogerii natrafiłam na promocję. Co prawda typowy świeżak, ale jeszcze go nie miałam więc wzięłam. A, że u mnie nuty cytrusowe zawsze królują więc mimo, że już po lecie to co mi tam 😉 W opinii jednej z dziewczyn przeczytałam: „zapach optymistyczny, moim zdaniem dobry dla kogoś, kto pracuje z dziećmi”. W takim razie to idealne dla mnie 😉 więc mimo deszczu rano wiszącego już na włosku użyłam ich przed wyjściem do pracy.

Mademoiselle w otwarciu też ma pomarańczę, mandarynkę i bergamotkę. No i te skóry i motocykle. Coś w sam raz dla mnie 😉 I w ogóle z panieneczką mi się nie kojarzą, wręcz odwrotnie. Dobrze, że jeszcze coś we flakoniku jest na specjalne okazje, bo w tych czasach, za te ceny, to tylko po wygraniu w totka 😉

Pani od biblioteki

Pani od biblioteki, Pani od świetlicy. Tak się o nas mówi. Nie nauczyciel, tylko właśnie pani od czegoś, jakby trochę od niczego 😉 Często nie zauważone na tle wymiernych wyników w postaci laureatów konkursów przedmiotowych. A tymczasem to często nasza obecność gwarantuje płynną pracę szkoły. Oprócz tego co nam przypisane robimy także inne rzeczy, chodzimy na zastępstwa, jeździmy jako obowiązkowy dodatkowy opiekun na wszelkie wyjazdy, obstawiamy konkursy, a nawet przygotowuję harmonogram udziału poszczególnych klas w pamiątkowych zdjęciach. Także fajnie, że w tym roku Nauczycielem Roku została właśnie bibliotekarka. Chociaż nie, nie lubię tego określenia, zdecydowanie wolę: nauczyciel bibliotekarz 🙂

Jak się przypadkiem dowiedziałam wczoraj był Międzynarodowy Dzień Kobiet Wiejskich. Hm, całe życie mieszkam na wsi. Ale jakoś dziwnie mi ze świadomością, że taki dzień istnieje, jakaś wątpliwa to dla mnie nobilitacja. Kobietą jestem bez względu na to gdzie mieszkam i bez względu na to gdzie mieszkam oczekuję takich samych praw i obowiązków i tego samego szacunku.

Ucztujemy

Tak się złożyło, że dzień po dniu byłam w teatrze. Chociaż pierwszy spektakl przeznaczony dla dzieci to i ja się na nim świetnie bawiłam. „Kapelusz Pani Wrony” przygotowany w naszej „Szafie” to bardzo dynamiczne widowisko, które dzieje się nie tylko na scenie, ale i na całej widowni. Byłam tak zachwycona, że jak przyjdzie pojechać na spektakl z kolejnymi klasami to z przyjemnością obejrzę jeszcze raz.

Drugi spektakl to już poważny wyjazd. Po pracy wpadłam do domu na 40 minut, w ciągu których zjadłam obiad, odświeżyłam się, przebrałam, umalowałam i maznęłam paznokcie odżywką z diamentowym połyskiem 😉 I jazda na miejsce zbiórki. Droga do Gdyni przebiegła płynnie i rozrywkowo 😉 Musicalowa komedia porwała. Muzyka, aktorzy, scenografia. Uczta po prostu. I ta bliskość morza od teatru… ten widok poruszył marzycielską strunę… W domu byłam po 1 w nocy. Mały smuteczek tylko mnie naszedł po wejściu do kuchni i zobaczeniu sterty naczyń w zlewie a nie w zmywarce. Dziś do kolacji talerzy zabraknie. No trudno…

Mąż odebrał mnie z przystanku więc dziś trzeba było pojechać po samochód, który został na parkingu koło pracy. Zakupy. I tu chyba pobiliśmy rekord kupując świątecznego skrzata i renifera 😉 Prezenty gwiazdkowe w zasadzie Juniorka też już ma wybrane. Zamówię jeszcze w ten weekend by uniknąć przedświątecznej zwyżki cen na zabawki.

Długi weekend to też pewna uczta dla duszy i ciała ze względu na brak pośpiechu, szczególnie, że zmęczenie mi dziś doskwiera. Wypoczniemy, a na niedzielę Juniorka zaprosiła sobie kuzynów więc znów będzie gwarno.

Nie do pary

Znowu łapię się na tym, że znikam blogowo. Nie to, że nie ogarniam codzienności. Ogarniam to, co musi być zrobione by funkcjonować. Tylko na to inne nie zostaje czasu, by usiąść i pomyśleć. Nie lubię takiego stanu rzeczy, a niestety on powraca.

Każdego ranka zakładam inne kolczyki. Dziś też. Po pracy szłam do fryzjera, a przed strzyżeniem zdejmuję kolczyki. I wtedy zauważyłam, że mam dwa różne kolory. Nikt nic nie powiedział, albo nie zauważyli, albo uznali, że tak ma być, jak ze skarpetami, które są jak nie od tej pary 😉

miały być te bordowe 😉

Po monitowaniu jednego zamówienia odebrałam wreszcie jednobarwne t-shirty dla siebie i dla Juniorki. O ile moje ok, to Juniorkowe dwa nie tej marki, z której chciałam… No nie zrobię więcej tam zakupów!

Jutro po pracy (jeszcze nie wiem jak sensownie ogarnąć ten dzień) wyjeżdżamy na spektakl do Gdyni. Nie, nie z Mężem, a z koleżankami i kolegami.

Dzień mopa? Czy tylko sobota?

Wczorajszy przepiękny dzień zmusił mnie do rozważań co będzie ważniejsze do zrobienia w sobotę jeżeli taka pogoda się utrzyma. Oczywiście w tygodniu coś tam dodatkowo próbuje się ogarniać. A to jakieś pranie, odkurzanie, wymiana wody w akwarium, mycie łazienki. Ale też nie zawsze po powrocie z pracy jest na to czas bo wtedy priorytet ma odrabianie lekcji, wyprowadzanie psa i czynności codziennie konieczne do wykonania… innym razem trzeba wziąć udział w szkoleniu, albo po prostu jest brak sił. Wczorajsza piękna pogoda przypomniała mi o oknach, które warto by teraz umyć. Z drugiej strony było tak pięknie, że chciałoby się tylko i wyłącznie w plener.

No i przyszła sobota. Już nie tak piękna jak dzień poprzedni. Wiało od rana, a zachmurzenie rosło z każdą godziną. Umyłam wszystkie okna na piętrze. Jedno pranie wyschło na dworzu, reszta rozwieszona w domu. Plener wpasował się w zbieranie liści do szkoły przy jednoczesnym spacerze z psem. Życiem rządzą kompromisy 😉

A przy tym rozkminiałam pralki. Pierwszą pralką jaką pamiętam z domu rodzinnego była zwykła wirnikowa z wyżymaczką w postaci dwóch rolek na korbkę. Nie była to kultowa Frania, ale niczym, poza nazwą, się od Frani nie różniła. Potem już nastała era pralek automatycznych… cóż to była za przesiadka 😉 pierwsza była Wiatka z ZSRR, potem Bosch (jeszcze z tych porządnych modeli co to długie lata pracowały). Pracował tak długo, że i tu nam jeszcze służył. Zepsuł się rok temu. Małżu wtedy pojechał i pralkę kupił sam… Whirlpool, do której mam dużo zastrzeżeń… Gdy miała się urodzić Juniorka kupiliśmy drugą pralkę, taką tylko do prania jej rzeczy. To też był Bosch, wytrzymał 8,5 roku i zepsuł się 2 tygodnie temu. Juniorka już niby duża, ale i tak wolę by jej rzeczy prały się osobno niż nasze i nie w tej pralce, w której Mężu pierze swoje ubrania robocze. Taka fobia 😉 Wybrałam Samsunga i jestem z tej pralki bardzo zadowolona.

Photo by Ekaterina Belinskaya on Pexels.com
Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij