Design a site like this with WordPress.com
Rozpocznij

Tajemnica pieca

Dziwnym trafem gdy przyszło ochłodzenie to w pracy zdarzyła się awaria pieca (tak mówią) i działa on teraz w trybie awaryjnym już drugi tydzień. W klasie u Juniorki było dziś 14 stopni, w ciągu dnia temperatura wzrasta o stopień czy dwa, co i tak nie podnosi komfortu. Jest generalnie chłodno, żeby nie powiedzieć zimno, i co niektórzy już w kurtkach w pomieszczaniach funkcjonują. Dziwnym trafem są też jakieś problemy z fachowcami, którzy mogliby się awarią zająć, ten nasz piec jest chyba unikatowy na skalę światową… Szkoła ogrzewana jest za pomocą gazu.

Domowo… Gminny portal doniósł, że do samorządowych składów dotarł kolumbijski węgiel kamienny (o matko i córko, jaką to ma kaloryczność i jak się palić będzie?). No, ale pozostaje więc czekać na dystrybucję i mieć te swoje półtorej tony (kropla w morzu potrzeb) po preferencyjnej cenie za tonę to 1950 PLN…

Photo by Anna Urlapova on Pexels.com

Oby do wiosny, a raczej do lata…

Reklama

Listopadowa rzeczywistość

Obudziłam się o 3:50, gdy budzik nastawiłam na 4:30. W domu zimno, aż nie chciało się wyjść spod kołdry (w sklepie PGG jeszcze nie udało się kupić opału, wniosek na zakup preferencyjny do Gminy złożony, ale to też potrwa, w odpowiedzi na pytanie czy za 3 tysiące też ciężko kupić tonę węgla otrzymałam takie spojrzenie jakbym zadała najgłupsze pytanie na świecie… póki co mamy drewno, kukurydzę i pszenicę…). W pracy też zimno, dziwnym trafem od poniedziałku piec działa podobno w trybie awaryjnym… Ale dziś jechałam prosto na wyjazd do Gniezna, do fabryki ozdób choinkowych, gdzie kupiłam sobie bombkę wielkanocną.

Lekko zmarznięta byłam w domu o 16:00. Zjadłam obiad. Zrobiłam lekcje z Juniorką bo została dziś w domu. I w pozycji pół siedzącej zasnęłam na kanapie przykryta swoim poncho. Zrobiło mi ciepło. O 20 usłyszałam swoje imię i informację, że już późno. Zwlokłam się więc i zrobiłam Juniorce kolację, napełniłam miskę małego psa (całe szczęście chociaż w jego wyprowadzaniu zostałam dziś wyręczona). Załadowałam zmywarkę. Położyłam Juniorkę spać. Piję fervex i też mogę wreszcie odpocząć. Dobranoc

Cztery tysiące tygodni

Podobno tyle średnio trwa ludzkie życie. Podając ten czas w latach, mimo że liczba znacznie mniejsza, to wartość brzmi… lepiej, łagodniej. Przecież tydzień trwa tak krótko. W opisie książki o tym tytule czytamy: „Brakuje nam czasu. Osaczają nas nieustannie wydłużające się listy spraw do załatwienia i przepełnione skrzynki odbiorcze. Mamy problemy z koncentracją. Towarzyszy nam nerwowy pośpiech i poczucie piętrzących się zaległości. Próbujemy kolejnych metod zwiększania produktywności i stosujemy przeróżne life hacki, dzięki którym rzekomo możemy zoptymalizować swój dzień. Wiele z nich tylko pogarsza sytuację.” Znajome to jakieś takie aż za bardzo… Przeżyłam 2252 tygodnie. I bardzo bym chciała by pozostałe mogły wypełnić się spokojem i harmonią. Tylko czy w obecnym świecie moja chęć jest wystarczającym bodźcem do uzyskania faktycznej zmiany? Jak odpuścić by nie stracić, a zyskać?

Photo by Bich Tran on Pexels.com

Królowa Chłodu nie lubi zimy

Podniosłam roletę, a za oknem sypał śnieg. O nie, już teraz… dla mnie zdecydowanie za szybko. Śnieg lubię w okresie świątecznym, toleruję w ferie, a najpiękniej to i tak wygląda w filmach i wtedy gdy wychodzenie z domu jest wyborem a nie koniecznością 😉 Uczuciowo jestem zimą, ale zimy nie lubię. Jedno z naszych ukraińskich uczniów nieobecności tłumaczyło padającym deszczem. Ja mogłabym nie chodzić do pracy gdy pada śnieg.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Kalendarze adwentowe

W ostatnich latach rodzajów kalendarzy adwentowych jest coraz więcej. Już nie tylko czekoladkowe, ale z herbatami, z kosmetykami, z biżuterią, z zabawkami. Juniorka jest łasuchem i bez kalendarza ze słodkościami nie wyobraża sobie adwentu. Ale też lubię w tym okresie czytać jej coś, co ma 24 rozdziały i tak był już „Elf do zadań specjalnych”, „Gwiazdowy Prosiaczek”, a w tym roku będzie „Świąteczna podróż”. Sobie też kupiłam książkę, którą w kalendarzowy sposób można czytać. Seria „Czterdzieści” już nie raz rzucała mi się w oczy, ale jakoś tak jeszcze żadnej sobie nie sprawiłam. Książki traktują o czterech przyjaciółkach, które wkraczają w życie czterdziestolatek. Teraz wyszła już szósta odsłona „Czterdzieści dni do świąt”, która dzieje się jakieś 20 lat temu i 20 lat przed poprzednimi książkami, przez co jest niejako wstępem do tych już wydanych więc myślę, że spokojnie od końca można przygodę zacząć 😉 Świątecznych książek w zasadzie nie czytam (tylko jedną w karierze), ale w tym roku jakoś wyjątkowo na coś takiego mam ochotę, no to sobie świąteczne czterdziestki sprawiłam. Jak mi się spodoba to będę miała pomysł na gwiazdowy prezent… A oczekiwań wobec książki trochę mam 😉 ponieważ nas też jest cztery, nasze imiona zaczynają się na te same litery co imiona bohaterek, jesteśmy czterdziestkami i poznałyśmy się jakieś 20 lat temu i tylko z innym miastem jesteśmy związane 😉

Pogranicze

Zawsze lubiłam oprawę świąt państwowych, czekałam na nie i oglądałam telewizyjne relacje. Teraz (jakkolwiek źle to brzmi) obecna władza i obraz Polski jaki kreuje obrzydziły mi te uroczystości więc ich unikam. Ale… W tym roku zaciekawiły mnie gminne obchody Święta Niepodległości. Mieszkamy w ciekawym historycznie terenie. Kilka kilometrów od nas jest np. trakt leśny, którym żołnierze Bonapartego szli na Moskwę. A na terenie gminy płynie rzeka, która była granicą pomiędzy zaborem pruskim, a rosyjskim. Patrząc na mapę to z „góry” byliśmy my – Pomorskie Śledzie tudzież (nam tutaj jeszcze bliższe określenie) Krzyżaki, a poniżej byli oni – Bose Antki. I właśnie na łące na tym rzecznym pograniczu władze gminne zorganizowały piątkowe obchody. Ustawiono słupki graniczne i wartownika, do tego duże zdjęcia archiwalne samego przejścia. Był punkt poboru do „Błękitnej Armii Hallera”, do którego Juniorka wstąpiła z numerem 812 i został dla niej wybity pamiątkowy pieniążek – żołd. Harcerze zorganizowali szpital polowy. Koła Gospodyń Wiejskich przygotowały grochówkę i inny poczęstunek. W zabytkowym samochodzie przyjechał sam gen. Haller, były też zabytki wojskowe. Było ogromne ognisko w centralnym punkcie i śpiewanie pieśni patriotycznych. Ludzi przyszło więcej niż się spodziewano. I ogólnie było bardzo fajnie, tylko trochę za późno bo w zasadzie już po zmroku.

Czekanie

Photo by Ju00c9SHOOTS on Pexels.com

Jeszcze w sierpniu wpadł mi do głowy pomysł na dzisiejszy wpis. Post został zapisany w szkicowniku i czekał. Czekał, aż kilka dni temu zaczęłam się zastanawiać czy aby dobrze policzyłam czas. Otworzyłam szkic i okazało się, że napisałam wpis na 18 rocznicę utworzenia bloga. A dziś mija dopiero 17 lat. No cóż, post będzie czekał dalej.

Jeżeli chodzi o remont też czekamy. Zakupione dwie puszki farby jednak nie starczyły. W Liroy Merlin to my wzięliśmy te dwie ostatnie. W Obi też naszego wschodu słońca brak. Castorama po drugiej stronie miasta… Poczekamy do poniedziałku aż farba dojedzie do Liroy. Burdel w domu się przeciąga. O tyle tylko dobrze, że szafę da się jutro montować, uf.

Rodzicielskie dylematy

Małe dzieci mały kłopot… Mając na pokładzie po raz pierwszy niemowlaka wiele rzeczy wydaje się problem. Z perspektywy czasu i pojawiania się nowych, innych to tamte faktycznie z wielkości wideł wracają do igły… Lata edukacji Juniorki nie będą dla mnie łatwe. I nie ze względu na realne problemy. Takim i to „niewielkim” może okazać się jedynie dysleksja, której pewne symptomy się pojawiają (ale to do zdiagnozowania za jakąś chwilę). Problemem jednak stają się lęki i coraz większa niechęć z dodatkiem lenistwa, a to już często walka z wiatrakami przez całe lata. Aż do zrozumienia, że pewne rzeczy są naszym obowiązkiem i nasze wątpliwości co do ich zasadności nic nie zmieniają. Znam to wszystko z autopsji i tym bardziej mnie to przeraża bo mimo własnego doświadczenia nie wiem czy będę potrafiła zmienić Juniorkowe nastawienie. Od strony wzmacniania psyche to Juniorka chodzi teraz na zajęcia z treningu umiejętności społecznych, ale po ich zakończeniu pewnie wrócimy do terapii indywidualnej, bo na ten moment problem prawidłowego funkcjonowania w grupie chyba stracił na intensywności. Teraz co innego wybija się na prowadzenie i utrudnia szkolne funkcjonowanie…

Beznadziejny poniedziałek

Po pierwsze, okazało się, że pomyliłam się o 1% przy przenoszeniu środków, teraz muszę to odkręcić… mam nadzieję, że w hurtowni pójdą mi na rękę i zrobią korektę faktury…

Po drugie, mama naszego szwagra jest w ciężkim stanie w szpitalu…

Po trzecie, za tęczowy most przeniosła się ulubiona w ostatnim czasie rybka Juniorki. I chociaż wygaszamy akwarium, więc nie dokupujemy nowych okazów, mając w planach hodować później patyczaki to jednak zawsze ogarnia mnie smuteczek jak jakieś nasze zwierzątko odchodzi…

Zmieniamy trochę przeznaczenie pokoi w domu. W sobotę zaczną montować wielką szafę na całą ścianę w pokoju przechodnim. Trzeba go zatem odmalować, zmienić kaloryfer. A ja tak nie lubię remontów gdy się toczą… Farby nadal mają dziwne nazwy. Wybieraliśmy między „morelą na okrągło”, a „wschodem słońca”, ale ostatecznie wybór padł na ten drugi kolor.

Mam nadzieję, że końcówka tygodnia będzie lepsza niż początek.

Sklepy cynamonowe

Photo by Suzy Hazelwood on Pexels.com

Jakoś tak wyszło, że „Sklepów cynamonowych” nie czytałam. Ale to nie przeszkadza, by w moich myślach funkcjonowały skojarzenia do tej nazwy.

Juniorka najbardziej lubi jeden smak herbaty, który w najbliższych mi sklepach jest niedostępny. Wyszukałam więc ją sobie w Internecie by kupić od razu większą ilość, a że była dostępna w sklepie pod nazwą „Sklepy cynamonowe” więc już nie było odwrotu 😉

A sklepy cynamonowe kojarzą mi się ze sklepikami z początków XX wieku umiejscowionymi w kamienicach stojących przy rynkach. Gdzie okno wystawowe zdobił szyld. Do których wchodziło się po trzech schodkach, a otwarcie pół przeszklonych drzwi poruszało dzwoneczek zawieszony wewnątrz. Meble były solidne, a na kontuarze stały duże słoje, a kasa wyglądem przypominała maszynę do pisania. Takie sklepy na pewno funkcjonowały na rynku miasteczka oddalonego od nas o pół godziny jazdy. Miasto powiatowe, oddalone od wojewódzkiego o 39km. Ale jego centralny punkt w sobotę po godzinie 16 jest obrazem rozpaczy. Niektóre kamienice pięknie odnowione, ale większość zaniedbana. Sklepy zostały nieliczne, większość zlikwidowana z informacją na oknach: wynajmę lub na sprzedaż. Nieliczni napotkani ludzie przemykali jak duchy, a ja czułam się obco i nieswojo. Nie spodziewałam się tego, po miasteczku, w którym usytuowany jest zamek z przełomu XIII i XIV wieku, na terenie którego odbywa się całkiem sporo różnego typu imprez. Smutne to.