Mam wrażenie, że ostatnio życie na wielu płaszczyznach w martwych punktach poutykało… Dobrze jedynie, że potem przychodzi taki moment, w którym coś rusza w dobrym kierunku. Pandemia, tu to by dużo pisać… Pogoda, zatrzymała żniwa i przeszło tydzień wszystko stało, czas uciekał, nerwówka się nakręcała. Na szczęście piękny weekend udało się wykorzystać i skosić to, co w końcu dojrzało.

Spotkania towarzyskie, nawet z tymi niewidzianymi przez jakieś 20 miesięcy w końcu się wybrałam. Wyprawkę dla Juniorki też już prawie ogarnęłam, chociaż wyjątkowo się w tym roku nie mogłam za to zabrać. Jeszcze jest jeden martwy punkt bo źle przeliczyłam siły na zamiary, ale nie ma wyjścia i on musi ruszyć do przodu. Mam nadzieję. I tylko weekendowe morze za 2 tygodnie stoi pod wielkim znakiem zapytania, bo jak pogoda się nie polepszy to nie ma sensu… Bilety na „Bulwar Zachodzącego Słońca” do opery zakupione na wrzesień (chyba jeszcze lockdown wtedy nie grozi, bo na ten musical to mieliśmy iść w ubiegłym roku…)