AstraZeneca właśnie opublikowała w ‚The Lancet” wyniki badań, z których wynika, że odporność wzrasta do 81% gdy druga dawka podana jest po 12 tygodniach, podanie jej po 6 tygodniach to skuteczność na poziomie 55%. Drugą dawkę mam 5 maja więc jest nadzieja 😉 A jak było? Gdy już się mentalnie nastawiłam na to co mi będzie i jak będzie (ja tak mam, że wolę przygotować się na gorszy scenariusz) to na szczepienie szłam ze spokojem. Dopiero kwalifikacja u lekarza mnie zestresowała, gdy doszło do rozmowy o Obrzęku Quinckego i padło pytanie czy wtedy podano mi sterydy czy adrenalinę. Bo jak adrenalinę to nie mogą zaszczepić mnie bez konsultacji alergologicznej i będę musiała mieć przy sobie autostrzykawkę z adrenaliną. Oczy zrobiły mi się jak 5 złotych bo gdy wystąpił obrzęk miałam 7 czy 8 lat i jedynie pamiętam, że w szpitalu podawali mi coś w kroplówce. Podejrzewam, że to były jednak sterydy i podobny incydent nigdy już nie zaistniał więc mnie zaszczepili i kazali poczekać przed wyjściem 30 minut. Po powrocie do domu zrobiłam 3 prania i udało mi się je powiesić, a nawet trochę pomalować zanim się zaczęło. Pierwszy pojawił się ból głowy taki z serii migrenowych z zawrotami i nudnościami i zaczynał się ból ramienia. Po około 10 godzinach od zaszczepienia zaczęły się bóle mięśniowe i wahania temperatury od 36,2 do 38,1. Niedzielę przeleżałam, wszystko mnie bolało (a ręka bolała bardzo przy najmniejszym ruchu), osłabienie takie, że jak chciałam się trochę umyć to zrobiło mi się słabo. Nie wystąpiło jednak nic o czym nie zostałabym uprzedzona przez lekarza. Większość z naszego grona czuła się właśnie w ten sposób. Czyli tak po prostu działają szczepionki tzw. wektorowe. Po 48h po szczepieniu w zasadzie pozostał mały ból ramienia, inne dolegliwości ustąpiły. Tylko nie wiem czy dzisiejszy płacz wiszący na czubku nosa to odczyn poszczepienny czy przyczynił się do tego Małżu…