Od 4 rano nieprzerwanie pada śnieg. Mgły niby nie ma, ale… patrząc przed siebie nie rozróżnię nieba od ziemi, horyzont spowity jest bielą. Świat jest taki wyciszony i otulony. Aż dziw, że w weekend będzie 6-8 stopni na plusie.

Od 4 rano nieprzerwanie pada śnieg. Mgły niby nie ma, ale… patrząc przed siebie nie rozróżnię nieba od ziemi, horyzont spowity jest bielą. Świat jest taki wyciszony i otulony. Aż dziw, że w weekend będzie 6-8 stopni na plusie.

Niedzielny wieczór, w zasadzie początek nocy. Film, w sumie słaby, ale pewne jego sceny przeniosły mnie w krainę tęsknot i rozmyślań. Berlin, wiosna a może lato, świat nocnego życia dużego miasta, świat klubowych znajomości i imprez kończących się powrotami w świetle poranka, świat beztroski i szaleństw młodości. Mój introwertyzm nigdy nie pozwolił mnie dwudziestoletniej tak do końca wejść w ten świat tak przynależny temu etapowi życia. Jednak to, że wtedy niezbyt często wybierałam taką formę wieczoru nie przeszkadza by dziś, z perspektywy czasu, nie poczuć, że coś zostało utracone… A teraz, no cóż, teraz to ja się będę mogła na dancing wybrać 😉