Pobudka była dziś wczesna. Juniorka przebudziła się po 4 i mimo prób (najpierw w asyście taty w swoim pokoju i późniejszym przyjściu do naszego łóżka) nie mogła zasnąć. A to trzeba było przytulić, a to za rękę potrzymać, a to po głowie pogłaskać. Wiem, że taka jej potrzeba bliskości już prędzej nie później odejdzie w zapomnienie, więc cierpliwie starałam się utulić to, co nie dawało jej spać. Zresztą i ja często potrzebuję poczucia jej bliskości obok mnie. W końcu zasnęła o 6. Ja wstałam o 6:30. A dzień dziś długi bo i stacjonarnie i popołudniu zebranie on-line. Weekend zbytnio relaksujący się nie zapowiada bo to natłok myśli do przeanalizowania, wertowanie ministerialnych stron by może znaleźć odpowiedzi na pytania, które w medialnych komunikatach nawet nie istnieją, i krótki termin na podjęcie decyzji. Mimo, że izolacja ogólnie nie jest mi straszna to jednak jestem zmęczona pandemią. Pokazała inne oblicze życia i doprowadziła do wniosków, które w normalnych warunkach może by nie zaistniały. I nawet ciężko powiedzieć, że to dobrze, że można było sięgnąć gdzieś w głąb siebie… bo co, w tych czasach (gdy ludzie tracą pracę, wieloletnie biznesy) przewracać na przykład do góry nogami swoje stabilne życie zawodowe… Coraz częściej chciałabym obudzić się w normalnym świecie. Nie takim po pandemii, tylko w takim, w którym pandemii nigdy nie było. W życiu toczącym się po dobrze znanych torach…