Przekręciłam kartkę w kalendarzu. Z Zatoki Wraku na Zakynthos na Malediwy.

I doszłam do wniosku, że jednak zły rodzaj kalendarza kupiłam. Dlaczego? Dlatego, że zdenerwował mnie fakt, że mimo uczciwej pracy to te Malediwy to ja sobie tylko na obrazkach pooglądać mogę. Chociaż nie do końca wierzę, że pogoda pozwoli by żniwa poszły sprawnie to jednak sprawdzam ewentualne możliwości wyjazdu. Juniorka ma niedosyt chlapania się w wodzie więc podpatruję Mazury. Na wyjazd do Wisełki wykorzystaliśmy bon turystyczny więc pobyt nie był kosztowny, ale też nie był to żaden wypasiony ośrodek. Było bardzo fajnie, ale jak tak człowiek szuka i ogląda oferty to chciałby zaznać czegoś więcej niż aneks kuchenny i placyk zabaw w ogrodzie. Jeszcze gdy byliśmy w Złotym Potoku koszt hotelu był dużo korzystniejszy. Teraz oferta hotelowa na około 4 noce to wydatek oscylujący dla naszej trójki w okolicach mojej miesięcznej wypłaty netto, w Polsce – gdzie dobra pogoda patykiem po wodzie pisana… Może ktoś czytając pomyśli, że narzekam. Nie, nie narzekam na swoje życie bo jeszcze nie musimy liczyć rzeczy wkładanych do koszyka w spożywczym. Może jedynie narzekam na niesprawiedliwość życiową bo najzwyklej w świecie też chciałabym taki bungalow ze zdjęcia sobie wynająć i odpocząć w świecie jak z bajki… przecież tylko jedna rzecz różni mnie od ludzi, którzy tak mogą, rzecz, która w zasadzie nie określa tego JAKIM człowiekiem się jest…