Od dawna nie sprawdzam statystyki zachorowań. Żyję normalnie, w miarę możliwości. Ale też nie ignoruję doniesień o zwiększającej się liczbie chorych. I nadal jednak uważam, noszę maseczkę tam gdzie powinnam. Natomiast obserwując otoczenie odniosłam ostatnio wrażenie, że wirus to chyba faktycznie tylko w sklepach się szerzy, ponieważ tylko tam dość sumiennie maski są noszone. W sobotę byliśmy na musicalu, widownia wypełniona co do miejsca czyli 800 osób, ludzie siedzą łokieć w łokieć, a kolanami opierają się o oparcie siedzenia poprzedzającego rzędu, to w sklepie dystans jest większy. Na wejściu wszyscy w maskach, ale w 95% przypadków zostały one zdjęte w operowej szatni wraz z okryciem wierzchnim…
Moje jedyne dziecko około połowy października będzie miało pasowanie na ucznia. Dyrekcja szkoły zdecydowała, że odbędzie się ono bez udziału rodziców. Ja wiem, że życie w pandemii jest męczące, nużące i frustrujące. Jest mi przykro, że nie wezmę udziału w tak ważnym dla dziecka wydarzeniu. Ale może gdybyśmy nie byli tak samowolni i negujący sytuację to może ilość fal jednak by się udało ograniczyć i szybciej wróciłaby normalność, której wszyscy tak chcemy…