
Taaak, jakoś nie wychodzi nam realizacja planów w tym roku. Ferie, szkoda gadać, zresztą o tym już było. Za godzinę powinniśmy wyjeżdżać do sąsiedniego miasta na spektakl baletowy, ale nie bardzo było z kim Juniorkę zostawić. Bilety się nie zmarnują, przekazaliśmy je młodzieży, niech się ukulturalniają. Ale szkoda, bo by się człowiek wyrwał na moment. W założeniach jeszcze jeden plan do realizacji, o który ciut drżę. Ale może właśnie do 3 razy sztuka? Nawet z butami miałam pecha. Jeszcze przed swoim choróbskiem mierzyłam takie jedne, podobały mi się… ale myślałam sobie, że: do czego będę nosić zielone i że trochę drogie, a botki wiosenne przecież mam. Ale w między czasie się zastanowiłam 😉 że jednak ten zielony to będzie pasował, a przede wszystkim są ekstra więc je chce. Ale przez chorowanie do sklepu mogłam wybrać się dopiero wczoraj. Wchodzę więc z radością i pomysłem na poniedziałkową stylizację… i… na półkach już praktycznie same czółenka, szpilki, espadryle, a nawet pierwsze sandały! Oczy mi trochę z orbit wyszły, że to dopiero połowa lutego i mam prawo jeszcze kupić sobie wiosenny but do kostki! Ale co było robić? Niepocieszona wyszłam ze sklepu. Przydział pecha to już chyba na to półrocze wyczerpany!