Juniorka spała dziś długo. Leczenie niby skończone. Ale, że jest zupełnie zdrowa to też nie powiem. Kaszel i katar nie ustąpiły do końca. A, że spała długo to i ja korzystałam bo moje rozwijające się przeziębienie najchętniej przespałabym w całości. Kiedy wstałyśmy padał ŚNIEG. 29 stycznia padał u nas pierwszy śnieg tej zimy. Padał chyba z godzinę, rozbudzając dziecięce nadzieje na lepienie bałwana. Jak tylko przestał padać tak zniknął. Mieliśmy dziś wyjeżdżać w Tatry. Juniorka ciągle piszczy, że musi w ferie pojechać (jak to Ona mówi) do gór bo tam jest śnieg. Mój Mąż choć ma o 39 lat więcej niż Juniorka piszczy w ten sam sposób, że jak tak dalej pójdzie z klimatem to za kilka lat i w naszych górach śniegu już nie będzie, a na narty w Alpach czy Norwegii to nas stać nie będzie. Zresztą w Norwegii był w połowie stycznia i śniegu też nie widział, mówili mu, że dopiero 80 km bardziej na północ leży. Ale jak teraz pojechać? Nawet gdyby szanowny Małżonek wspiął się na wyżyny bohaterstwa i spędził z dzieckiem ze dwa dni żebym ja mogła się położyć, wygrzać i wykurować. I mimo, że zmiana mikroklimatu pewnie korzystnie wpłynęłaby na nasze zdrowie. To i tak blado widzę szanse wyjazdu w przyszłym tygodniu. Babcia również przeziębiona i dopiero co wychodzi z kilkudniowej migreny. I jak mam ją tu zostawić?









