Lato czeka

I dla mnie zaczęły się wakacje. Chociaż kilka pracowych spraw nadal krąży po głowie i pewnie w tygodniu jeszcze na chwilę zajrzę do szkoły. To jednak nastał wreszcie czas, w którym nic nie muszę, a jedynie mogę (no dobra, tak różowo to nie ma, bo coś tam człowiek musi zawsze 😉 ). Pierwszy dzień wakacji był odwiedzinami rodzinki, jak za PRL-u miastowi na wieś przyjechali 😉 dziewczynki wybawiły się na placu zabaw, itp. Mnie oczywiście różne refleksje w związku z tym naszły i może kiedyś je opiszę, ale na pewno nie teraz. Wolne, zatem jest czas na gruntowniejsze ogarnięcie domu, na odmalowanie sypialni i pokoju Juniorki i na CZYTANIE 🙂 Wyjazd na wczasy? Oczywiście TAK, ale jak to u nas, zawsze jest wiele czynników od nas niezależnych, które warunkują czas wyjazdu… czyli jak co roku, na spontanie prawdziwe last minute 😉 Póki co pozostają popołudniowe wyjazdy nad pobliskie jeziora i zacisze ogrodu.

Przedszkolne plagi

Kto ma lub miał dziecko w przedszkolu wie, że w większości przypadków jest to czas chorowania na potęgę. Jedna choroba się kończy, a inna już zaczyna zbierać żniwo wśród przedszkolnych kolegów, a zwykłych przeziębień to już nawet się nie liczy. Rok temu na początku wakacji przedszkole Juniorki nawiedziła ospa, ale ta nie była nam straszna bo już zaliczona. Od jesieni do wiosny co i rusz ktoś miał szkarlatynę. Juniorka (odpukać po stokroć) od dłuższego czasu bez kaszlu i kataru, a wspomagacze odporności odstawiłam wcześniej niż w zeszłym roku. I jak już człowiek dobił do letnich miesięcy i pomyślał, że już uf, na nic się teraz nie choruje… to pojawił się u nas w grupie przypadek bostonki (choroby, o której nawet nie słyszałam dopóki dziecko nie zaczęło swojej przedszkolnej kariery). I nagle konsternacja. Posyłać do przedszkola czy nie? Juniorka nie musi w lipcu chodzić, to może lepiej w domu zostawić, te bąble i gorączka… Ale toż może nie złapie, a w domu będzie się tylko nudzić… Póki co chodzi, jutro ma wolne ze względu na odwiedziny kuzynki, a w poniedziałek znowu do przedszkola. Trafiają się też inne plagi, jak wszy (był przypadek w naszej grupie) czy inne robaczki… Także po dwóch latach w przedszkolu konkluzje takie: cudowny czas rozwoju, a reszta – zacisnąć zęby i przetrwać 😉

Dziś natomiast zszokowała mnie informacja o mailach o podłożeniu bomb w przedszkolach w różnych miastach. Policja uspokaja, że groźby nie są wiarygodne i trwają poszukiwania autora/autorów ,to co najmniej niesmak pozostaje. Bezpieczeństwo tak małych dzieci nie jest tematem do żartów. A jeżeli są ludzie, którzy chcieliby naprawdę zdetonować ładunek w takim miejscu, to powinno się stanąć na głowie by wykopać ich choćby spod ziemi i odizolować od społeczeństwa.

Zwierzyniec

Sarny, zające, lisy drepczące ścieżką obok nas do sąsiadów, to u nas nie pierwszyzna. Kiedyś była też kuna. Dzików jeszcze nie widujemy, ale do czynienia z nimi mamy z powodu corocznie wyrządzanych szkód w uprawach. Dziś w środku nocy obudziło nas piskliwe szczekanie psa, ujadał i ujadał, ewidentnie nad czymś. Mężu w końcu poszedł zobaczyć. Na środku podwórka zwinięty w kulkę był sporych rozmiarów jeż, a nad nim podskakujący i szczekający pies. Mąż ostrożnie zapakował jeża na łopatę i wyniósł za płot. Chociaż ze względu na jego pożyteczność mógłby sobie gdzieś w pobliżu mieszkać, a na zimę mogę mu nawet posłanie z liści w rogu ogrodu zostawić. I wcale nie mieszkamy na skraju lasu, ani na jakimś odludziu 😉

Historia kamienia

Wejście na Rysy nie powiodło się. Pogarszająca się pogoda i niedyspozycja mężowego towarzysza spowodowały, iż rozsądek wziął górę nad testosteronem i chłopaki odpuścili na wysokości Czarnego Stawu Pod Rysami (1583 m n.p.m.). Misja przerwana i… przeniesiona najprawdopodobniej na wrzesień. Mężu od zawsze mówił o wejściu na Rysy, ze mną niestety to niemożliwe, a zanim Juniorka dorośnie do takiej wspinaczki to Mężu już może nie być w kondycji… Ale we wrześniu może faktycznie uda mu się zmontować małą grupę (w grupie raźniej) by spróbować znowu. A czemu piszę o misji? Wczoraj dowiedziałam się, że marzenie przerodziło się w misję jakieś 3 lata temu. Wtedy podczas jesiennej orki pług zahaczył o głaz (pewnie narzutowy z epoki lodowcowej, a że ziemia pracuje to wyszedł pod powierzchnię). Zdarzenie było o tyle niebezpieczne, że siła, którą wygenerowało spowodowała, że pług dosłownie przerzuciło kilka centymetrów obok kabiny. Te kilka centymetrów uratowało mojemu Mężowi życie, gdyby lemiesze spadły na kabinę… nie było by szans. Od głazu wtedy odłamał się kawałek. A mój Mąż obiecał sobie, że ten kawałek (mniej więcej 10 kg kamlota) zaniesie na Rysy. Teraz odłamek leży odpowiednio schowany (tam już wysoko w górach) i czeka na dokończenie misji. A głaz zdobi wjazd do domu.

menhirek
menhirek

Długi weekend

Zakończenie się odbyło, ale o wakacjach zacznę mówić za tydzień ponieważ dyro na cały przyszyły tydzień wyznaczył robotę i określił godziny. Ma prawo, więc nie ma co narzekać. Tymczasem mamy długi weekend, który przywitał mnie potężnym bólem głowy przez połowę zeszłej nocy, co zaskutkowało też niewyspaniem. Dziś przeszły u nas 3 burze, dwie z potężnymi ulewami i dość mocnym wiatrem. Raz to nawet przez uchylone okno nalało do środka tak, że wewnętrzna ściana przy nim była mokra i niestety polało się też z dachu, z którym od roku już był spokój. Teraz też pada, ale spokojniej i mam nadzieję, że kolejnej burzy w nocy nie będzie. W domu same kobiety, a Małżu wróci dopiero z soboty na niedzielę. Małżu jutro ma w planach wejście na Rysy, mają wstać o 3 nad ranem i ruszyć. Dziś z Buli pod Rysami mężczyzna spadł w przepaść i nie przeżył. Chcę wierzyć w rozsądek Męża, bo niby już taki ekstremalny nie jest. Ale czy dzisiejszej nocy się wyśpię… to nie wiem?

Zajęcza akcja ratunkowa

„Nasz” zajączek pojawiał się przez jakiś czas regularnie, potem zniknął, potem Mąż go spotkał przy bramie. A wczoraj gdy Juniorka z Tatą wybierała się na przejażdżkę rowerową i weszli do jednego z garaży po rower zaczęło się… Juniorka wpadła do domu i z przejęciem woła: „mama, mama mama, zajączek wielkanocny, ten jego pomocnik wpadł do kanału!!! Chodź szybko!” No to idę do garażu, w którym jest kanał, taki do naprawiania aut. Mąż już ma założone wielkie rękawice z grubej gumy i mówi, że zając siedzi w środku, że pewnie pies go pogonił przez podwórko. Ale zając dzikie stworzonko, jak zobaczył człowieka to wcisnął się do rury melioracyjnej… Nic na siłę nie można było zrobić więc postawiliśmy na spokój. Włożyliśmy do wnętrza kanału długą i dość szeroką deskę, tak że powstało coś w rodzaju trapu i wyszliśmy zostawiając zwierzątko w spokoju. Spryciula poradził sobie i wyszedł mniej więcej po 15 minutach, zobaczyłam go skubiącego najbliższą od garażu trawę i nawet udało mi się zrobić mu zdjęcie. Deska w kanale na wszelki wypadek została 😉

SONY DSC

Także wesoło u nas bywa 😉 w przygotowaniu jeszcze wpis na temat gołębiego big brother’a 😉

W strugach deszczu

W piątek gdy odbierałam Juniorkę z przedszkola padał, nie to złe słowo, lał bardzo ulewny deszcz. Jechało się jak środkiem rzeki wzbijając fontanny, pod przedszkolem stałam chyba 15 minut by jakoś wysiąść (parasol i tak był bezsensowny), baseny (kałuża to zbyt mało 😉 ) były po kostki. Juniorkę wynosiłam na rękach. Potem przemieszczałam się z kierunkiem chmury więc jechać trzeba było wolno, wycieraczki nie nadążały z odbieraniem wody, widoczność była mocno ograniczona. A szum i łomot rozbijanych kropel o dach taki, że w ogóle nie słyszałam co Juniorka opowiada na tylnym siedzeniu. Dziś było podobnie, choć na szczęście trochę łagodniej. Juniorka znów całą drogę nadawała, ale dziś udawałam że wszystko słyszę i rozumiem (w piątek strofowałam ją niestety, że ma mówić głośniej bo nic nie słyszę, co i ją i mnie niepotrzebnie denerwowało). Także jazda w deszczu lejącym się potokiem opanowana. Najlepsze przy takiej ulewie jest jeszcze mijanie się z TIRem, jak zarzuci wodą z kolein… Ale samochód za to jak umyty 😉

truskawki
a teraz mniam mniam 🙂 z naszego ogródka

Drogocenny spokój ducha

Od dwóch tygodni miałam problem ze snem. Wybudzałam się w środku nocy i potem drugi raz dużo za wcześnie przed wstaniem. Dlaczego? Ze stresu. Odkąd 3 lata temu zmieniliśmy system zakupu nagród to proces ten doprowadza mnie na skraj załamania i pewnie zawału serca. Przez ostatnie 2 lata książki docierały na 1,5 dnia przed zakończeniem roku. Znosiłam to fatalnie mimo, że przez ten czas byłam na lekach uspokajających, inaczej nie funkcjonowałabym w ogóle. W tym roku stres pojawił się jeszcze szybciej. Ale na szczęście już w piątek po południu dostałam wiadomość, że pierwsza przesyłka na 100 szt. została nadana. Kamień gruchnął z serca. Największe zamówienie w drodze, wszystko będzie na spokojniej. Druga przesyłka, już mniejsza ma być nadana jutro. Pozostało jeszcze około 20 nagród, ale tu jeszcze rodzice nie dali odpowiedzi, ale to już pikuś. Dlaczego w tym roku może być łatwiej? Płacę wykorzystując PayU, a nie przekazując rachunki do Rady Rodziców czekając na wykonanie przelewu…

Ważne, że wiadomość o nadaniu przesyłki wyluzowała mnie na tyle, że jak zasnęłam w piątek około 23 to obudziłam się w sobotę o 8, bez żadnych nocnych pobudek. Rany, jaki to luksus! W sobotę z przyjemnością (bo bez żadnych kołaczących się po głowie myśli) pojechałam do opery. Straszny dwór dorównał oczekiwaniom, a wykonany w finale mazur przepiękny. Wróciliśmy późno, ale zadowoleni, nasyceni pięknym śpiewem, choreografią, scenografią. Niedzielę zaś spędziliśmy leniwie i rodzinnie. Sunia ma się u nas już na tyle dobrze, że nawet ciągnie psa za ogon, a pies ma do niej ocean cierpliwości (szok). Przede mną kolejny szalony i mega intensywny tydzień, ale zacznę go ze spokojem.

Wspomnień nie koniecznie czar

W poniedziałek pracowałam od 6:30 do 20:00 (ale za wycieczki nie płaci się nadgodzin). Można by powiedzieć, że fajnie, że pozwiedzać można. Czasami faktycznie „coś” człowiek użyje, ale głównie taki wyjazd jest stresem, tym bardziej gdy jedzie się z młodszymi dziećmi. Jechała jedna klasa więc ilościowo niby nie było źle, ale problemów jednak było mnóstwo. Jedno wymiotowało i miało rozwolnienie, dwójka innych tylko wymiotowała, jednemu leciała krew z nosa. Zgubioną legitymację, 50 zł i czapkę pomijam jako niezagrażające zdrowiu. Do tego upał, na nieprzewiewnym rynku w czasie gry miejskiej dawał się we znaki. Mankamentem też był sposób ułożenia zajęć przez organizatora ponieważ chodziliśmy w tą i z powrotem, licząc ciągle głowy co by się nie pogubili w obcym mieście 170 km od domu. Zrobiłam dosłownie 3 zdjęcia, wróciłam wymęczona i poparzona słońcem. Całe szczęście nie zawsze jest tak źle.

ot
tu musiałam zrobić zdjęcie, w miejscu historycznym, będących też tłem w książkach Cherezińskiej

A dziś innych wspomnień na pewno nie czar. Po raz trzeci przekonuję się, że zakup pojedynczych książek w księgarniach internetowych idzie błyskawicznie to z dużymi zamówieniami (naprawdę dużymi) nie radzą sobie tak dobrze mimo odręcznej dostępności towaru. I znowu tydzień ogromnego stresu przede mną czy wszystko przyjdzie na czas, szczególnie, że nadal nie mam odpowiedzi od części rodziców co do preferencji ich pociech na książkowe nagrody…

Mam nadzieję, że jutro choć odrobinę zresetuje się na „Strasznym dworze”.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij