Chociaż to był krótki tydzień do jednak niezmiernie cieszę się z piątunia. Listopad to listopad, jak mówił Tuwim mój ulubiony: listopad, jeden z najdotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku… i nie sposób się z mistrzem nie zgodzić, bo to już pierwszego dnia przytłacza refleksją o przemijalności, robi się szaro i ciemno, wieje niemożliwie jak wczorajszego wieczoru i nocą, bez parasola lepiej się nie ruszać i jeszcze covid znów się rozkręca. W szkole kwarantanna… jak się człowiek dowiedział to zaczął się zastanawiać czy aby ta ostatnia suchość gardła i pokasływanie to na pewno ten dobrze znany, zwykły objaw „choroby zawodowej”… Juniorkę też kilka dni w domu przetrzymałam ze względu na mały katar i kaszel i świadomość, że tata dziewczynki z jej klasy z pozytywnym testem… Na to wszystko moja Mama migreny dostała. Mężu zakuwa do wtorkowego egzaminu więc jest monotematyczny… Także to moje małe podwórko niezbyt optymistycznie nastraja. A to, co się na tym dużym dzieje to jedynie o pomstę do nieba już woła. No nic, teraz weekend, potem 3 dni i wolne, w kolejny piątek tylko dyżur na świetlicy i tak się jakoś, mam nadzieję, do połowy listopada dokulam. A potem to już może zbliżający się świąteczny czas trochę ten świat rozświetli.