Nie mam kiedy robić wielogodzinnych rund po galeriach. Nie wiem co w sklepach jest. Ale zazwyczaj umyślam sobie dokładnie co chcę mieć (czego oczywiście nie ma, ale to już tylko taki szczegół). Następne wyjście do opery we wrześniu. Nie kupuję z tego powodu za każdym razem nowych rzeczy. Bazuję na tym co mam, czasami dokupując coś, co potem wykorzystam wielokrotnie. We wrześniu mam zamiar założyć długą spódnicę w kolorze czerwonego wina. Ale brakowało mi góry, a wymyśliłam sobie, że dobra by była bluzka z baskinką. Weszłam dziś na bonprix (od jakiegoś czasu wpasowuję się w ich rozmiarówkę) i ku ogromnemu zaskoczeniu znalazłam satynową bluzkę z plisowaną baskinką za (uwaga!) 38 zł (wyprzedaż ostatnich sztuk). Także czekam na przesyłkę 😀
Zaskoczyło mnie też Ptasie Mleczko. Lubiłam jedynie cytrynowe (bardzo trudno dostępne), dziś kupiłam o smaku caffe frappe. I mam nadzieję, że ta edycja limitowana wejdzie na stałe do asortymentu. Jedynie mały minus za słodycz białej czekolady 😉
Lipiec, a właściwie w większej części lipcopad 😉 to już w zasadzie wspomnienie. Kończy się jeden miesiąc, zacznie drugi… i koniec dobrego 😉 Uczucie porównywalne do przechodzenia soboty w niedzielę 😉 Choć jeszcze trochę czasu jest, ale powoli już trzeba zacząć myśleć o tym, co w ostatnim tygodniu sierpnia trzeba przygotować. Ale to za chwilę, na razie to niedzielny poranek z aromatyczną kawą na tarasie. No właśnie, taras gotowy. Mężu zdążył przed żniwami ułożyć kostkę brukową, jeszcze trochę piasku na niej do wypełnienia przestrzeni. W meble nie inwestowaliśmy ponieważ przez zimę Mężu zrobi drewniane ławy i stół. Umiejscowienie jest takie, że praktycznie cały czas jest tam cień. Pogoda piękna więc posiedzieć na nim to czysta przyjemność i rozkoszować się wakacjami, gdzie jedynym problemem jest jeszcze tylko to czy po Teorii opanowywania trwogi Organka zabrać się lekko za Perfumy Prowansji czy Listy pachnące tymiankiem 😉
Rano trafiłam na cytat z Jespera Juul’a, zmarłego w zeszłym tygodniu duńskiego pedagoga i terapeuty rodziny, autora wielu książek
screenshot z facebook’a
Dogłębnej analizy przeprowadzać nie będę, mimo 15 lat w szkole i posiadania własnego dziecka, kompetencje nie te. Ale po przeczytaniu pomyślałam sobie, że jednak coś w tym jest… Oczywiście nie we wszystkich przypadkach, do tej pory są dzieci puszczone, na tak zwany, samopas i radzą sobie świetnie (no właśnie, radzą sobie świetnie). Ja sobie świetnie nie radzę, mój Tata mając tylko mnie, był delikatnie mówiąc przewrażliwiony na moim punkcie, co przeniosło się na Mamę… i na dobre mi to nie wyszło. Ale z lat 80 pamiętam dzieci na placach zabaw w większości przebywające tam bez rodziców. W dobie bez telefonów wychodziło się z domu (nawet mnie się w wieku lat 12,13… zdarzało) na rowery i wracało na obiad. W latah 70 mojego kuzyna wracającego z kolonii wypuścili w innym miejscu, ale że umiał już samodzielnie poruszać się tramwajem to przyjechał do domu, miał wtedy 8-9 lat (oczywiście panikowali, że go nie ma, ale chłopak sobie poradził). Co wtedy było inne, że swobody było jednak więcej? Oczywiście są teraz rodzice, którzy w mądry i wyważony sposób wychowują swoje dzieci, ale są też przesadzający na każdym kroku. Juniorka ze mną też nie ma łatwo. Gdy w zeszłym tygodniu pojechała sama kuzynem i jego dziewczyną i naszym szczeniakiem na spacer nad jezioro (pierwszy raz sama, nigdy nie decydowała się pojechać gdzieś bez nas) to po 30 minutach już patrzyłam czy wracają. Wrócili po godzinie i wcale nie z potrzeby Juniorki. Juniorka dodatkowo nie ma w sąsiedztwie dzieci w podobnym wieku. Nie licząc sporadycznych spotkań z kuzynostwem w zbliżonym wieku to przedszkole jest dla niej jedyną płaszczyzną do kształtowania kompetencji społecznych w grupie rówieśniczej. A jakby tego było mało to matka, nie chcąc podjąć jakiegoś tam „ryzyka”, skazała ją na jedynactwo. Sen z powiek spędza mi jednak obawa, czy ona wyjdzie bezpiecznie spod mojego klosza, wyposażona w umiejętność asertywnego poruszania się w świecie?
Był początek, to i o końcu należałoby napomknąć. Właśnie dostałam alert RCB o możliwych burzach, gradzie i silnym wietrze. A 11 hektarów pszenicy jeszcze na polu. Chociaż wiatr na ten moment jakby się zmniejszył. Zmniejszył się po deszczu, przed którym ściągałam pranie, solidnie zakręcone przez wiatr na linkach, powtarzając: jeszcze nie teraz, jeszcze nie teraz. Skończyłam z pierwszymi wielkimi kroplami, ciągnąc przez pół podwórka stanik, który wypadł z kosza i sprytnie ubrał się ramiączkiem na moją nogę. Padało krótko, aczkolwiek dość rzęsiście, przy wtórze słońca. Tęczy niestety nie udało mi się wypatrzeć. W popołudnie wkradła się jednak jakaś leniwa nuta. Zaczęłam czytać powieść Organka, o którego działalności miałam mniej niż blade pojęcie, dopóki w teledysku do Niemiłości nie wystąpił siostrzeniec Męża, potem wpadły w ręce dwa sensowne wywiady i informacja o publikacji książki. No i tak dokarmiam swoją ciekawość, o kimś kto właściwe stał się tutejszy. Na jutro i pojutrze zapowiadają u nas 31 stopni, wreszcie, szorty czekają.
W każde wakacje przypomina mi się serial z dzieciństwa. Czołówka kojarzona zawsze z grupką dzieciaków na rowerach, poza tym błękit nieba, błękit wody. Serial emitowany był w latach 80. Taka projekcja idealnego lata towarzysząca mi do dziś: grupa przyjaciół, wspólne przygody, piękne miejsca, wiatr we włosach, słońce na twarzach. W sumie idealne wakacje tak powinny wyglądać.
niewielki basen, niewielki koszt… radość nieograniczona 🙂 (tylko z pogodą różnie)
O sprawie małego Dawida czytam jak najmniej. Mam 5-letnie dziecko i… i… po prostu aż brak mi słów by wyrazić myśli i smutek, który powstaje w chwili gdy myślę o tym chłopcu i patrzę na roześmiane oczy Juniorki.
W sąsiedniej wsi zaginął chłopak, w zasadzie młody mężczyzna. Od czwartkowego wieczoru nie ma z nim kontaktu. Rodzina staje na głowie by czegokolwiek się dowiedzieć i mimo ogłoszeń na FB oraz artykułów w prasie mam wrażenie, że są strasznie bezsilni… edit: I tu też tragiczny finał poszukiwań, chłopak nie żyje
to inni leniuchują. Byłyśmy z Mamą u fryzjera. Ciągle szukam tej lub tego, którzy zastąpią moją fryzjerkę do czasu powrotu z macierzyńskiego. Ostrzyżenie może być, może lepiej niż poprzednio i taniej (co też dobrze). Za każdym razem pokazuję zdjęcie fryzury i za każdym razem po milisekundowym rzuceniu okiem twierdzą, że wiedzą już o co chodzi. I za każdym razem wychodzi nie do końca jak na zdjęciu i nie do końca według moich oczekiwań… Jeszcze powinnam pomyśleć o kolorze, ale jak pomyślę, że mam siedzieć tam ze 2 godziny… eh, może w sierpniu. Z racji tego, że trzeba było zabrać Juniorkę to potem jeszcze koniecznie trzeba było zaliczyć lody. A na obiad była pizza (co tam, Mąż uzupełnił potrzebne kalorie ;))
Poza tym kusi mnie żeby pogrzebać trochę w wyglądzie bloga. Po 5 latach w podobnym stylu chyba mam dość (mimo, że w marcu, po przenosinach tak się męczyłam, żeby wszystko poskładać).
Ze swojego dzieciństwa pamiętam głównie baśnie i wiersze, ilustrowane pięknie przez Jana Szancera i serię „Poczytaj mi mamo”. Dziś literatura dla najmłodszych porusza najróżniejsze tematy, oprócz ciągle aktualnych prawd zawartych w baśniach, są też opowieści uczące zachowania we współczesnym świecie. Dobrze, że jest taki wybór ułatwiający poruszanie z dziećmi nawet najtrudniejszych tematów. Patrząc na to co się dzieje to coraz większa odpowiedzialność spoczywa na rodzicach, by wychować empatycznych ludzi o szerokim światopoglądzie, a nie jakichś fobów. W piątek przyszły te ostatnio zamówione dla Juniorki. Choć niestety zapomniałam wrzucić do koszyka Wodnika Karola Gmyrka, którego historia bazuje na mitologii słowiańskiej, która to jest, moim zdaniem, traktowana po macoszemu (sama przeczytałabym jakąś fajną powieść opartą o naszą rodzimą mitologię, bo śmiesznie wygląda jak ludzie w Biskupinie kupują młoty Thora). A na blogu bajkochlonka chyba wreszcie znalazłam dla Młodej książki o Wszechświecie (Tata interesuje się kosmosem więc takie książki to idealna rzecz dla ich wspólnego czasu)
A póki co mamy te trzy. Co robisz z problemem? Szeroko opisane na Magicznym Kociołku u Ervishy. Kotek, który merdał ogonem, z którego mamy dowiedzieć się dlaczego nie warto być uprzedzonym do tych, którzy wyglądają inaczej. No i jeszcze sprzątająca Kicia Kocia, którą kupić po prostu musiałam ponieważ Juniorka stwierdziła, że tylko z tą książką będzie sprzątać!
Nie znaleźliśmy żadnego złoża. Chodzi o te zezłocone już pola. O ten przyczynek do chleba naszego powszedniego, dosłownie i w przenośni. O ten czas, który decyduje o całorocznym dochodzie mojego Męża. O ten czas, który generuje niespotykaną w innej fazie roku nerwowość. O działania niezrozumiałe dla postronnych, które i ja nadal uczę się akceptować. Żeby rzepak czy zboże osiągnęło dobrą cenę w skupie musi mieć określoną wilgotność ziarna, czyli nie można wymłócić zbyt szybko. Zatem czekamy na działanie słońca. Ale jeżeli w międzyczasie przyjdzie jakaś nawałnica (niestety takie zapowiadają na niedzielę) to można nie mieć co zebrać… w ciągu kilku minut całoroczna praca może obrócić się w niwecz. Życie toczy się z chwili na chwilę. Nie planuje się teraz niczego bo w każdej chwili może zapaść decyzja, że wjeżdżają kombajny. A wtedy to już w ogóle jest dziki szał i praca od świtu do późnej nocy bez piątków, świątków czy niedzieli. Jutro spotkanie rodzinne i nie wiem czy mój Mąż na nim ze mną będzie. Ale nie mam mu tego za złe, są rzeczy których nie można odkładać na później. Oby pogoda w najbliższym czasie była łaskawa.
Stała się rzecz niesamowita i w ciągu 4 dni byliśmy w kinie 2 razy. Sama nie mogę wyjść z szoku 😉 ponieważ od jakiegoś czasu chodzenie do kina nie jest naszą mocną stroną 😉
Na początek było Sekretne życie zwierzaków domowych 2 i znajomość pierwszej części nie jest konieczna by na drugiej dobrze się bawić. Juniorka zadowolona i zachwycona Tuptusiem. Ja Maxem, w którym odnalazłam siebie 😉 A i Tata nieźle się bawił. Pod koniec oczywiście chlipnęłam, kiedy to Max wypowiada bardzo fajne zdanie na temat nadopiekuńczości i wypuszczania dziecka w świat. W filmie pada też psia prawda życiowa, która mówi, że: pies ma godność i swoją miską, jak straci miskę to straci godność. Prawdę tę obserwujemy na co dzień jako właściciele dwóch psów 😉
Drugi film to w sumie też taka bajka, tylko dla starszych 😉 Jakoś zupełnie niepostrzeżenie i niechcący stałam się fanką świata Marvela, głównie za sprawą Strażników Galaktyki, którzy i w Avengersach występują. Ku mojemu zdziwieniu ciągle Avengers. Koniec gry wyświetlają, choć premiera była w kwietniu. Wcześniej jednak nie było kiedy zdecydować się na spędzenie 182 minut w kinie plus reklamy. Wybraliśmy się więc wczoraj. Myślałam, że jedyni będziemy na sali, a okazało się, że nie ma gdzie usiąść i musieliśmy wyginać się z 3go rzędu 😉 Ale nie żałujemy. Było grubo, ale bez zadęcia 🙂 Udane zakończenie serii i 3 godziny minęły jak pstryknięcie palcem. Oczywiście i tu na koniec również zachlipałam
Czy na wszystkim muszę płakać? Toż głupio tak, bo to potem trzeba się wycierać tak żeby nie podpadło.