Design a site like this with WordPress.com
Rozpocznij

Ucztujemy

Tak się złożyło, że dzień po dniu byłam w teatrze. Chociaż pierwszy spektakl przeznaczony dla dzieci to i ja się na nim świetnie bawiłam. „Kapelusz Pani Wrony” przygotowany w naszej „Szafie” to bardzo dynamiczne widowisko, które dzieje się nie tylko na scenie, ale i na całej widowni. Byłam tak zachwycona, że jak przyjdzie pojechać na spektakl z kolejnymi klasami to z przyjemnością obejrzę jeszcze raz.

Drugi spektakl to już poważny wyjazd. Po pracy wpadłam do domu na 40 minut, w ciągu których zjadłam obiad, odświeżyłam się, przebrałam, umalowałam i maznęłam paznokcie odżywką z diamentowym połyskiem 😉 I jazda na miejsce zbiórki. Droga do Gdyni przebiegła płynnie i rozrywkowo 😉 Musicalowa komedia porwała. Muzyka, aktorzy, scenografia. Uczta po prostu. I ta bliskość morza od teatru… ten widok poruszył marzycielską strunę… W domu byłam po 1 w nocy. Mały smuteczek tylko mnie naszedł po wejściu do kuchni i zobaczeniu sterty naczyń w zlewie a nie w zmywarce. Dziś do kolacji talerzy zabraknie. No trudno…

Mąż odebrał mnie z przystanku więc dziś trzeba było pojechać po samochód, który został na parkingu koło pracy. Zakupy. I tu chyba pobiliśmy rekord kupując świątecznego skrzata i renifera 😉 Prezenty gwiazdkowe w zasadzie Juniorka też już ma wybrane. Zamówię jeszcze w ten weekend by uniknąć przedświątecznej zwyżki cen na zabawki.

Długi weekend to też pewna uczta dla duszy i ciała ze względu na brak pośpiechu, szczególnie, że zmęczenie mi dziś doskwiera. Wypoczniemy, a na niedzielę Juniorka zaprosiła sobie kuzynów więc znów będzie gwarno.

Reklama

Nie do pary

Znowu łapię się na tym, że znikam blogowo. Nie to, że nie ogarniam codzienności. Ogarniam to, co musi być zrobione by funkcjonować. Tylko na to inne nie zostaje czasu, by usiąść i pomyśleć. Nie lubię takiego stanu rzeczy, a niestety on powraca.

Każdego ranka zakładam inne kolczyki. Dziś też. Po pracy szłam do fryzjera, a przed strzyżeniem zdejmuję kolczyki. I wtedy zauważyłam, że mam dwa różne kolory. Nikt nic nie powiedział, albo nie zauważyli, albo uznali, że tak ma być, jak ze skarpetami, które są jak nie od tej pary 😉

miały być te bordowe 😉

Po monitowaniu jednego zamówienia odebrałam wreszcie jednobarwne t-shirty dla siebie i dla Juniorki. O ile moje ok, to Juniorkowe dwa nie tej marki, z której chciałam… No nie zrobię więcej tam zakupów!

Jutro po pracy (jeszcze nie wiem jak sensownie ogarnąć ten dzień) wyjeżdżamy na spektakl do Gdyni. Nie, nie z Mężem, a z koleżankami i kolegami.

Dzień mopa? Czy tylko sobota?

Wczorajszy przepiękny dzień zmusił mnie do rozważań co będzie ważniejsze do zrobienia w sobotę jeżeli taka pogoda się utrzyma. Oczywiście w tygodniu coś tam dodatkowo próbuje się ogarniać. A to jakieś pranie, odkurzanie, wymiana wody w akwarium, mycie łazienki. Ale też nie zawsze po powrocie z pracy jest na to czas bo wtedy priorytet ma odrabianie lekcji, wyprowadzanie psa i czynności codziennie konieczne do wykonania… innym razem trzeba wziąć udział w szkoleniu, albo po prostu jest brak sił. Wczorajsza piękna pogoda przypomniała mi o oknach, które warto by teraz umyć. Z drugiej strony było tak pięknie, że chciałoby się tylko i wyłącznie w plener.

No i przyszła sobota. Już nie tak piękna jak dzień poprzedni. Wiało od rana, a zachmurzenie rosło z każdą godziną. Umyłam wszystkie okna na piętrze. Jedno pranie wyschło na dworzu, reszta rozwieszona w domu. Plener wpasował się w zbieranie liści do szkoły przy jednoczesnym spacerze z psem. Życiem rządzą kompromisy 😉

A przy tym rozkminiałam pralki. Pierwszą pralką jaką pamiętam z domu rodzinnego była zwykła wirnikowa z wyżymaczką w postaci dwóch rolek na korbkę. Nie była to kultowa Frania, ale niczym, poza nazwą, się od Frani nie różniła. Potem już nastała era pralek automatycznych… cóż to była za przesiadka 😉 pierwsza była Wiatka z ZSRR, potem Bosch (jeszcze z tych porządnych modeli co to długie lata pracowały). Pracował tak długo, że i tu nam jeszcze służył. Zepsuł się rok temu. Małżu wtedy pojechał i pralkę kupił sam… Whirlpool, do której mam dużo zastrzeżeń… Gdy miała się urodzić Juniorka kupiliśmy drugą pralkę, taką tylko do prania jej rzeczy. To też był Bosch, wytrzymał 8,5 roku i zepsuł się 2 tygodnie temu. Juniorka już niby duża, ale i tak wolę by jej rzeczy prały się osobno niż nasze i nie w tej pralce, w której Mężu pierze swoje ubrania robocze. Taka fobia 😉 Wybrałam Samsunga i jestem z tej pralki bardzo zadowolona.

Photo by Ekaterina Belinskaya on Pexels.com

Październik

Zaskakujące lub może nawet zatrważające, że to już październik. Sama nazwa brzmi dosyć szorstko więc nie przywołuje miękkich skojarzeń. Gdy się obudziłam świeciło słońce. W domu było ciepło. Na ten czas drewno jest wystarczającym opałem. Jednak gdy wyszłam na otwartą przestrzeń przeszył mnie jesienny podmuch wiatru. Ostatnie dni sprawiły, że stoję w rozkroku między zdrowiem, a przeziębieniem. Mam nadzieję, że to pierwsze będzie silniejsze. Na towarzyszące mi wewnętrzne zimno pomogły kalorie ze słodyczy i dobra kawa. Dzięki ostatnim dosyć dokładnym porządkom dziś mogę pozwolić sobie na lenistwo – całe szczęście. Chętnie powygrzewałabym się jeszcze w słońcu…

ostatni samuraj

Wrześniowa codzienność

Wrzesień to co roku czas wielkiego przestawiania codzienności. Z pełnej wakacyjnego luzu na wyznaczaną i odliczaną godzinami. To zmuszanie się do wczesnego wstawania, gdy lubię długie poranki. To odhaczanie grafiku prac domowych po powrocie z pracy. To urodziny mojej Mamy. To zebrania rady i rodziców. To ubezpieczanie samochodu. Jeszcze z psem szczepienia trzeba zaliczyć. To łapanie promieni słonecznych, które mam wrażenie, że łapię siatką na motyle… W promieniach, których dziś na szczęście nie zabrakło, dojrzałam babie lato. Dokąd podróżują pajączki? Do ciepłych krajów? Jak ta sójka, którą obserwowałam na świeżo skoszonym trawniku? Czy od razu tylko za moje szafy?

Alberto nie z Australii

Facebook ma to do siebie, że raz na jakiś czas dostaje się dziwne zaproszenia do grona znajomych. Ale dziś zamiast zaproszenia dostałam wiadomość w formie komentarza:

A na profilowym mam awatara… Oczywiście z ciekawości zerknęłam na profil Alberto. Nawet niczego sobie. Jednak większe wrażenie zrobiła na mnie Nicea jako miejsce zamieszkania. To już bardziej południowa część Europy. Cieplejsza część. Rano, znów zastanawiając się nad ilością warstw do założenia, wizualizowałam sobie zdanie: I want to be Aussie!