Oczami wyobraźni

Jestem wzrokowcem. Swoje postrzeganie opieram więc na obrazach. To co słyszę też przekładam na obrazy. Zawsze żałowałam, że nie mam zdolności manualnych, nie umiem rysować, malować, nawet z plasteliny nie ulepię nic co ma sensowny kształt. A chciałabym. Chciałabym usiąść z kartką papieru i przelać na nią swoje myśli, przekształcić je w obrazy. W wakacje postanowiłam pobawić się trochę narzędziami umożliwiającymi tworzenie projektów graficznych. I wciągnęłam się. Praca w Canvie sprawia sporo przyjemności i daje większe możliwości niż początkowo sądziłam, bo oprócz pracy na szablonach można pracować na własnych zdjęciach. Do filmików wybrałam Kizoę. A jeszcze mam ochotę spróbować animacji więc Animaker lub Biteable czekają na moją wolną chwilę. Już dawno wiedziałam, że obraz to w pewnym sensie mój świat. I szkoda, że kiedy był czas wyboru nie było jeszcze takich możliwości, a ryzykantka ze mnie żadna więc mam wrażenie, że coś się zmarnowało…

Pada deszcz, jest szaro i ponuro. Nie jest to najlepsza aura do budowania nastroju na poniedziałek przy nie najlepszych wieściach docierających z zewnątrz.

Pinokio

„Oszukujemy siebie tak często, że gdyby nam za to płacili, moglibyśmy się spokojnie utrzymać”

Stephen King „Ręka mistrza”

Ja na pewno. A gdybym już mogła się utrzymać to mogłabym poszukać sobie innej ścieżki życiowej. Wtedy nie trzeba się przejmować co będzie jak się nie uda. A w razie co, to zawsze można dalej się oszukiwać 😜

„Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”

Miało być dziś o czymś innym, ale będzie o psach. A to pod wpływem śmierci chłopca pogryzionego przez amstaffa i wpisu na blogu hakaessite.com, z którą zgadzam się w pełnej rozciągłości. W tytule posłużyłam się cytatem z „Małego Księcia” bo te słowa to czysta prawda. A ta odpowiedzialność to także wychowanie, właściwa opieka, a nawet prawidłowe rozmnażanie by nie potęgować pewnych cech. Psie rasy mają różne predyspozycje. Kupując psa mało kiedy zastanawiamy się czy zdołamy zapanować nad psim charakterem i zostać przywódcą stada. I to wcale nie chodzi o duże rasy, te małe też mają swoje charaktery. Tylko w nielicznych przypadkach zaburzenia psychiczne doprowadzają do sytuacji, w których pies jest tylko i wyłącznie agresywny. Ale i za to często odpowiedzialny jest człowiek chociażby przez błędy przy rozmnażaniu. Oczywiście, że większość wypadków zdarza się z udziałem psów ras agresywnych, ale to człowiek w procesie hodowlanym chciał te cechy wyeksponować po to, żeby pies go bronił. Śmierć tego chłopca i w ogóle tego typu wypadki to straszne tragedie, ale za nimi nie stoi tylko „zły” pies. Gdy kaukazy miały swojego ostatniego szczeniaka przyjechał po niego facet, który skwitował nasze psy w ten sposób: „ale one jakieś mało agresywne”. Szczeniaka nie dostał z wiadomych względów.

Te psy też już tu prezentowałam nie raz. Odbierane zawsze były jako słodziaki. Ale to jest rasa agresywna. To nie jest bernardyn, chociaż prawie tak wygląda. To moskiewskie stróżujące, już sama nazwa rasy podpowiada, że mają silny instynkt terytorialny przez co każdy intruz na ich terenie wywołuje reakcje obronne, są też samodzielne w działaniu i bardzo niezależne, przez co wymagają odpowiedzialnego właściciela i ułożenia. Są zarejestrowanie w Gminie, tego wymaga prawo i należy też mieć pozwolenie na posiadanie psa z rasy agresywnych. Dla nas tymi słodziakami one są, są łase na pieszczoty i mają w sobie ocean cierpliwości do zabaw z Juniorką. Ale gdyby pozostawić je samym sobie, bić, albo próbować podjudzać to na pewno górę wzięłyby nad nimi cechy agresywne. Trzeba się też liczyć z tym, że w chwili gdy poczują się zagrożone lub uznają, że któremuś z nas zagraża niebezpieczeństwo to instynkt też podpowie im obronę i atak, bo taka też jest ich rola w pewien sposób narzucona im przez… człowieka. To właściciel musi zadbać o właściwe ułożenie psa, o zaspokojenie jego potrzeb, o zabezpieczenie miejsca w którym przebywa. A z drugiej strony ludzie obcy też muszą we właściwy sposób wobec psa się zachowywać. A widziałam już młodych ludzi, którzy prowokowali nasze psy udając, że w nie czymś rzucają lub mamy tu takiego chłopaczka chodzącego z a’la bulterierem, który próbuje szczuć go na nasze moskale… Wypadki się zdarzają, ale wielu na pewno udało by się uniknąć gdybyśmy zachowywali się rozsądnie i odpowiedzialnie bo to my mamy zdolność przewidywania i wyciągania wniosków, zwierze ma tylko instynkt.

Numer 1

Wrzesień się skończył. Mogę odciąć pierwszy kupon. Tak to niestety teraz wygląda, oby do końca dnia, oby do końca tygodnia, oby do końca miesiąca… Entuzjazmu nie ma, chociaż zaangażowanie pewnie większe niż normalnie. Konkurs zaplanowany, zgłoszenie do międzynarodowej akcji wypełnione. Nawet czegoś co można zrobić jutro, lepiej nie zostawiać. Wszyscy gonią póki jest względny spokój, przecież nigdy nie wiadomo kiedy odezwie się Sanepid. Województwo plasuje się wysoko w statystykach nowych zakażeń. Najpierw na kwarantannę trafiali gdzieś w szkołach, które wiedziało się co najwyżej gdzie są, teraz kwarantanny dotyczą już szkół moich znajomych. U nas (odpukać) takich „atrakcji” we wrześniu udało się uniknąć. Ale ludzie zaczęli chorować. Ja też. I chociaż w normalnych warunkach to pewnie jeszcze poszłabym dociągnąć tydzień do końca, to teraz stwierdziłam, że to nie ma sensu bo zamiast zatrzymać przeziębienie na wczesnym etapie to się tylko doprawię. Także jestem po teleporadzie, L4 wystawione i się kuruję. Tymczasem mam nowego ministra. Od jakiegoś czasu jest tak, że gdy mówi się o nadchodzącej zmianie to myślę, że gorzej już być nie może. A potem jest nominacja i okazuje się, że może być gorzej…

Czytanie na głos

Od 2001 roku 29 września, w dzień urodzin Janiny Porazińskiej (autorki książek dla dzieci) obchodzony jest Ogólnopolski Dzień Głośnego Czytania. Juniorka lubi słuchać więc głośno czytamy niemal codziennie, szczególnie przed snem. Pierwszą ulubioną serią były książki o Panu Kuleczce, potem weszło „8+2”, wakacje kończyłyśmy książkami o Pippi Pończoszance (która mocno zaskarbiła sobie Juniorkowe serce). Wczoraj skończyłyśmy „Plastusiowy Pamiętnik” i od razu zaczęłyśmy „Przygody Plastusia”. Po drodze przewinęło się trochę Muminków. Jak też już wiadomo, Juniorka lubi książki pisane dawno temu i czarno białe. Kiedyś w bibliotece wyjęła książkę z półki i stwierdziła „fuj, jaka kolorowa, nie lubię takich”. To też następne czekają w kolejce „Dzieci z Bullerbyn”, które myślę, że też przypadną Juniorce do gustu ze względu na treść i proste rysunki tworzone w zasadzie tylko za pomocą kreski.

Ale nie ważne czy kolorowe czy czarno-białe, po prostu czytajmy dzieciom na głos.

Nie do końca tak…

Chciałam zamknąć się w bańce i nie myśleć o świecie zewnętrznym, a może nawet o niczym. Co prawda w bańce się zamknęłam, ale nie w taki sposób w jaki chciałam. W sobotę rano Juniorka wstała pociągając nosem i pokasłując. I spokój diabli wzięli. Ile posiedzi w domu? Zobaczymy… Jak tak dalej ten rok szkolny będzie wyglądał to osiwieję do reszty. Do szyb zapłakanych deszczem, ciepłych już kaloryferów, kakao i książki z doskoku dołączyć musiały pudełka chusteczek i odmierzanie syropów. Weekend z relaksem trochę się minął. Eh… A na połowę listopada mamy zaplanowany bilans sześciolatka (przyznaję, że trochę przez pandemię temat olałam, a do szkoły musimy przynieść wynik do połowy grudnia). Kolejka w przychodni długa i zastanawiam się czy uda nam się być wtedy zdrowymi (wszyscy w domu), bo o przebywaniu na kwarantannie nawet nie chcę myśleć (a przecież może się zdarzyć)… bo inaczej nawet nie mamy co próbować iść by formalności stało się zadość. Nawet mnie pandemiczny stan rzeczy zaczyna doskwierać i tęsknię za normalnością.

Pierwszy jesienny deszcz

Na komputerze mam ustawione wodne tła pulpitu. Jedno zdjęcie, bardzo je lubię, przedstawia okno w kroplach deszczu, a za szybą wiosennie kwitnące drzewa owocowe i łąkę. I choć za oknem mam trochę podobny widok to gdy wiosną próbowałam zrobić takie własne zdjęcie to jednak nie wyszło.

Dzisiejszy popołudnie już nie przypominało tych poprzednich. Już nie było letnie. Już było jesienne, z niebem całkowicie zasnutym chmurami, z porywami wiatru i deszczem spływającym po szybach, dźwięcznie i miarowo. A ja z książka na kanapie łapałam pierwsze chwile weekendu, chcąc zapomnieć o całym świecie i chociaż na te dwa i pół dnia znów zaszyć się we własnej bańce.

Paczki

Czasy się tak rozwijają, że coraz więcej rzeczy zamawia się przez Internet. Kurierów różnej maści nie bardzo trawię i wolę nie korzystać z ich usług. Listonosza mamy cudownego i jemu to nawet jestem skłonna dopłacać do pensji 😉 byle tylko nie rezygnował z pracy na Poczcie 😉 ale nie wszędzie jest taka opcja dostawy. Drugą opcją, którą lubię są paczkomaty. Zainstalowałam sobie aplikację, więc przy odbiorze też jest nieźle. Do tej pory odbierałam paczki w miejscowości, której pracuję bo bliżej nie było możliwości. Ale właśnie ustawili paczkomat jakieś 1,5km od domu więc już pierwsza moja przesyłka do nowej lokalizacji zmierza 🙂

Jesień, jak to tak?

Zaczęła się w kalendarzu. Ale póki co usiądę zaraz przed domem w całkiem letnim ubraniu. Wystawię twarz do słońca. Założę okulary z przeciwsłonecznymi szkłami. I nie będę zwracać uwagi na liście spadające obok. Co najwyżej nieśmiało, prawie szeptem zanucę zwrotkę piosenki Grechuty:

„Od gorąca twych płomieni zapłonęły liście drzew
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka, słony smak
Pociemniało, poszarzało – jesień, jak to tak?
Jesień, jesień, jak to tak?”

W kratkę

Teraz jest taki czas, że w codziennych stylizacjach dominują bluzki koszulowe. Ubierałam jednego dnia, bluzka jest w kratkę. Drugi dzień, kratka tylko w innym zestawie kolorystycznym. Przygotowuję koszulę na kolejny dzień i co… i znowu kratka? Czy wszystkie bluzki mam w kratkę? Przeglądam szafę – faktycznie jest przewaga kratki w różnych wydaniach. Wcześniej tego nie zauważałam? To może lepiej dla odmiany ubrać tę w kwiatki 😉 A żeby tendencję utrzymać to kupiłam sobie kurtkę w pepitkowy print 😉