Znaczenie wielkości

Różne firmy przyzwyczaiły nas do opakowań ponad miarę. Otwieramy sporych rozmiarów pudełka, a w środku coś dużo mniejszego. A wczoraj z małego pudełka wyjęłam jedynie odrobineczkę mniejszy słoiczek. I zaczęłam się zastanawiać… czy przypadkiem przy zakupie nie pomyliłam kremu do twarzy z kremem pod oczy, sprawdziłam też pojemność bo wydawała się mniejsza niż tych słoiczków, które mam w łazience. Krem jest właściwy, pojemność zwyczajowa – 50ml, tylko opakowania nie oszukujące nas wizualnie i nie wykorzystujące więcej materiału niż trzeba. I fajnie 🙂

średnica mniejszego słoiczka to 4,8cm, pojemność obu to 50ml

Dziś luz blues (kino, kawiarnia, planszówki), jakby jutro nie istniało. A w niebie przecież same dziury, które przez najbliższe 3 tygodnie trzeba załatać. Ale o tym pewnie zacznę myśleć od 4/5 nad ranem.

Feralny czwartek

Jedziemy do szkoły. Ruch na bocznej drodze jak zawsze niewielki. Przede mną jedzie mały dostawczak, z przeciwka zbliża się podobne auto. Nagle! Mały huk i lecące w powietrzu różne elementy. W pierwszej chwili nie wiedziałam co to. A to jeden drugiemu urwał boczne lusterko (w zasadzie lustro, bo takie auta mają je już większych rozmiarów niż osobówki) i to jego fragmenty leciały wprost na mnie. Uchyliłam głowę, ale na szczęście mimo trafienia nic się nie stało.

Po pracy chciałam iść kupić ciasto do kawy z okazji dzisiejszego święta. Jak zawsze włożyłam nasze rzeczy do samochodu, a że wiał zimny wiatr to odwróciłam się do Juniorki żeby pomóc Jej zapiąć kamizelkę. Gdy skończyłam i chciałam wrócić do pozycji wyjściowej to wyrżnęłam głową centralnie w róg drzwi. Skóra rozcięta, krew leci. Po ciasto już nie poszłyśmy.

Z drugiej strony w tym roku nie czuję bym miała powód do świętowania. Widać nie spełniam dobrze roli matki skoro kłopoty się piętrzą.

Aby do lipca

Wczoraj już rankiem śnił mi się sen, którego „fabuła” była bardzo irytująca. Irytująca mnie ze snu, ale i mnie śniącą. Obudziłam się na 40 minut przed budzikiem, oczywiście realnie poirytowana nierealnym snem. Zasypiać już nie było po co i nie było jak, w tym stanie emocjonalnym. Wstałam, naładowana złością i źle nastawiona do budzącego się dopiero dnia i powrotu do pracy. Wychodząc z pracy zapomniałam lunchboxa i apaszki. W domu ogarnęła mnie taka senność i zmęczenie, że lekcje z Juniorką odrabiałam na siłę.

Dziś obudziłam się prawie 2 godziny przed budzikiem. Dlaczego? No cóż, od jakiegoś czasu zdarza mi się to coraz częściej. Co oczywiście nie wpływa korzystnie na komfort funkcjonowania przez cały dzień. Pogłębia to tylko zmęczenie i zniechęcenie.

Zawodowo teraz bardzo trudny czas przede mną, na hiper wysokich obrotach, ze stresem sięgającym zenitu. Próbuję mieć na to, za przeproszeniem, wywalone i po prostu działać… ale tak do końca to się nie da. Bardzo już potrzebuję czegoś całkowicie odmiennego, co pokazały mi dni, w których dochodziłam do siebie po chorobie. Potrzebuję nocy, w których będę spać spokojnie, tyle ile potrzebuję, w godzinach w których potrzebuje tego mój organizm. Potrzebuję spokojnych poranków zamiast zrywania się z obawą jaki dzisiejszy dzień będzie. Potrzebuję dni, które wypełnić może słońce i świeże powietrze, dni które mogę swobodnie regulować pod siebie, dni w których znowu będę patrzeć i widzieć Świat, smakować go i doceniać zamiast codziennego przedzierania się przez życie. Potrzebuję niespiesznych wieczorów zamiast gonitwy za dniem następnym. Potrzebuję relaksu, a może nawet resetu.

Photo by Pixabay on Pexels.com

Tymczasem pora spać by jutro lepiej funkcjonować. Ale Mężu zajęty przy pilnowaniu pól przed dzikami wchodzącymi w szkodę więc wróci pewnie o godzinie 1 lub 2. A ja, jakkolwiek infantylnie to brzmi, nie lubię – nie potrafię zasypiać gdy nie ma Go obok mnie.

Dinozaury

Wirus, który nas dopadł jest dziwno objawowy, ale wrednie wymęczający. Juniorka trzeci dzień praktycznie nie je… wczoraj dopadły ją dolegliwości żołądkowo – jelitowe. Ale nic nie jest nasilone, takie to wszystko sporadyczne, przez co już nie wiadomo czy wymyśla, czy to na tle nerwowym. Chociaż końcówka zeszłego tygodnia i dla mnie była ze słabym apetytem i jakimiś dziwnymi zawrotami głowy. W każdym razie uwaga skupiona jest na dziecku i próbach polepszenia jej stanu.

Celebracja 10tej rocznicy ślubu została odnotowana, ale bez szałów i wowów. Kieliszeczek z toastem wzniesiony w łóżku przed telewizorem. Było miło, ale może to drugie podeście do 10tki będzie lepsze bo wypadnie w długi, czerwcowy weekend.

Ale w zasadzie to o czym innym chciałam. Gdy Juniorka dowiedziała się, że jesteśmy 10 lat po ślubie zapytała: a to ile wy macie lat? 20? Chcielibyśmy. 30? Chcielibyśmy. 40? W sumie, równe 40 to też jeszcze chcielibyśmy mieć. 50? Zapytała już prawie piszcząc z przerażenia. Na szczęście do 50 jeszcze obojgu coś tam brakuje. Niby wie ile mamy lat, ale widać nie uzmysławia sobie tego na taśmie czasu. Bywało, że pytała czy żyliśmy w latach 90tych. I na odpowiedź, że tak reagowała wielkimi oczami 😉 jakbyśmy byli z czasów kamienia łupanego 😉 Ale tak to widać jest jak rodzinę zakłada się ciut później niż rówieśnicy 😉

Photo by Andre Furtado on Pexels.com

W poszukiwaniu utraconego

„Jeszcze chwilę temu byłaś młoda i beztroska, a teraz wkurza cię, że ktoś zapakował zmywarkę nie w taki sposób, jak jest najlepiej.”

Przeczytałam w zeszłym tygodniu i aż we mnie zabulgotało potwierdzenie, że TAK, że WKURZA, wkurza jak nie wiem co. UPS, co to się z człowiekiem przez te lata stało? Nie wiadomo jak beztroska to też nie byłam, ale… ale na pewno było w moim życiu więcej radości. Teraz wszystko jest tak strasznie na poważnie, aż do (za przeproszeniem) porzygania. I mierzi ta świadomość, bo jednak tęsknie za innym czasem, tamtym czasem. Przecież kiedyś nawet robienie zakupów w spożywczym potrafiło być fajne, a teraz chociaż dalej duże zakupy robimy wspólnie to jednak oboje robimy to z niechęcią i poczuciem straty czasu.

W tym tygodniu przerzucając bezcelowo kanały trafiłam na reportaż o Urszuli, w którym zaśpiewała „Na sen”. Odgrzebałam w pamięci tekst sprzed lat. I nie. To nie jest na sen. To jest na PRZEBUDZENIE!

Ja wysiadam

Nie wiem czy to wirus, czy zgrzanie i owianie przy sobotnim koszeniu trawy, czy odmowa współpracy organizmu wywołana długotrwałym przemęczeniem, w każdym razie jestem na zwolnieniu lekarskim do końca tygodnia. Łykam tableteczki, piję dużo płynów i staram się jak najwięcej ODPOCZYWAĆ. Popołudniem, gdy tabletki przytłumiły ból mięśni, tak dobrze mi się spało. Zatem wszystkie „ważne” sprawy odstawiam na kilka dni na boczny tor.

Photo by JESHOOTS.com on Pexels.com

Kamyczki pod kocem

Leżę i patrzę w niebo.

Przez sypialniane okno, bo pochmurzyło się i ochłodziło.

Zajadam kruche ciastka z marmoladą pośrodku. I myślę.

Myślę, o tym, że jeszcze tylko kilka dni i trochę słońca i zrobię idealne zdjęcie z rzepakiem aż po linię nieba. Kadr nie zakłócany przez linie energetyczne ani dachy domów na horyzoncie. Tak, jest takie miejsce za stodołą.

Myślę o tym moim patchworkowym krajobrazie, który nie jednemu szukającemu wytchnienia mieszczuchowi by się spodobał i mimo to, chciałabym by inny widok mógł być za moim oknem.

Myślę, że mam ochotę na jakiś rodzinny, maleńki wyjazd. Wspominam wrześniowy wypad do oliwskiego ZOO. Było miło i odprężająco. Potrzebuję czegoś takiego. Majówkowy czas nad pobliskim jeziorem wypadł średnio. Nasłuchaliśmy się młodzieżowych mocno niecenzuralnych dialogów do tego stopnia, że nawet Mąż stwierdził, że nastolatki teraz są bardzo agresywne. Niezbyt to optymistyczny wniosek w perspektywie dorastania Juniorki.

Myślę nad ostateczną wersją projektu. Baza już powstała. Zrobiłam własne zdjęcia skoro regulamin dopuszcza wykorzystanie grafiki z tylko jednego komercyjnego źródła (do którego nie mogę się nawet zalogować nie mając konta na PayPal ani karty kredytowej). Teraz tylko dopracować szczegóły. I… 😉

Nie myślę, o jutrzejszym powrocie do pracy.

Photo by Liza Summer on Pexels.com

Epizodycznie

Dostaliśmy podwyżkę – 4,4%. Już pomijam 12,5% inflację i straszenie reszty społeczeństwa, że jak dostaniemy więcej to na równi z Putinem będziemy odpowiedzialni za jej dalszy wzrost lub mówienie, że wzrost naszej płacy wymusi likwidację 500+ lub dodatkowych emerytur. Najbardziej upokarzający w tej podwyżce jest jej, jak to nazwała władza, epizodyczny charakter. Nasza podwyżka jest terminowa i obejmuje miesiące od 1 maja do 1 grudnia 2022, później zostanie nam po prostu odebrana…

Córka mojej kuzynki skończyła wzięte studia z bardzo dobrym wynikiem. Pracy dla niej na rynku nie brakuje i w zawodzie pracowała, najpierw w Poznaniu, potem w Warszawie. Ale po macierzyńskim postanowiła pójść inną drogą i ruszyła we florystykę. Poszła za pasją i jakimś takim faktycznym spełnieniem siebie, a nie za wyścigiem szczurów. Fakt, że Jej rodzina jest dobrze sytuowana finansowo więc ryzyko ewentualnej porażki może wtedy jest mniejsze. Ale i tak podziwiam i „zazdraszczam” decyzji o zaczęciu od zera w zupełnie innej branży.

Bo ja zmagam się z wypaleniem zawodowym. Sił mentalnych starczyło mi tak do lutego. Po pięciu dniach w pracy jestem wypompowana psychicznie, a wtedy jedyne na co mam chęć to zamknąć się w mysiej dziurze. Brakuje mi kreatywności, która jest niezbędna. FB podrzucił informację o konkursie na pewien projekt dla amatorów. Z zupełnie innej branży. Coś, czego tworzenie może sprawiać przyjemność. Po przeczytaniu regulaminu doszłam do wniosku, że jednak poziom amatorszczyzny musi być mniejszy niż mój… kogoś, kto jedynie bawi się obrazem. Nie wiem, jest jeszcze czas, może wystarczy wygospodarować chwilę na ogarnięcie nieznanego i spróbować…

Photo by Bekka Mongeau on Pexels.com
Create your website with WordPress.com
Rozpocznij