Design a site like this with WordPress.com
Rozpocznij

Ludzkie losy

Natasza i Misza kilka lat temu przyjechali do Polski za pracą, znaleźli ją u fajnych ludzi, którzy też znaleźli im mieszkanie w pobliżu pracy. Niestety pracodawca w pewnym momencie zapętlił się życiowo przez co i interes podupadł. Interes został zamknięty, choć w tym samym miejscu powstał kolejny w tej samej branży co poprzednio. Misza wrócił w czerwcu ubiegłego roku na Ukrainę. Natasza została i zatrudniła się u nowych najemców lokalu. Miało być równie dobrze, niestety z czasem warunki umowy zostały zmienione na gorsze. Natasza poczuła się oszukana, przecież w Ukrainie ma nastoletniego syna. Tak została ją wojna. Natasza mając jednak dach nad głową i pracę bez problemu mogła ściągnąć do Polski swojego syna i siostrę – matkę Miszy. Są już na miejscu, dziś dotarli. Choć Nikolai jest przerażony sytuacją w jego kraju, a jednocześnie tym, że może przyjdzie zacząć życie tutaj. Misza, ku rozpaczy matki, z wiadomych względów musiał zostać w kraju, jego żona wolała zostać z dziećmi tam, niż przyjeżdżać tu samej…

Takie to są ludzkie dylematy i smutki podczas tej wojny…

Natasza w dużej mierze odetchnęła. Mnie również cieszy jej dzisiejszy uśmiech. A myśląc o Miszy, widzę go stojącego i palącego papierosa. To z jego twarzą kojarzy mi się dziś Ukraina.

Reklama

3001. Nierzeczywista rzeczywistość

Takie wydarzenia sprawiają, że nie do końca się dowierza rzeczywistości, która się dzieje. Ale przecież ten typ emocji nie pierwszy raz mi towarzyszy. Pierwszy raz taki lęk odczuwałam po atakach na World Trade Center, a potem były kolejne konflikty. W ciągu ostatnich 12 lat dwa razy śnił mi się czołg na naszym podwórku z lufą skierowaną w kuchenne okno, a my siedzieliśmy pod parapetem tego właśnie okna. To jednak tylko sen. Natomiast obrazy z Ukrainy czy granicy sprawiają, że lecę mi łzy. Łzy, ale wzruszenia, lecą mi na widok otwartych ludzkich serc, którzy chętnie ruszają z pomocą. Sama też dorzucam co mogę i gdzie mogę. Zapasów paliwa, produktów ani gotówki przy tym nie robiąc. Moje mieszkanie po dziadkach od kilku lat wynajmuje Ukrainka więc jej rodzina ma zapewnione spokojne lokum. Dorosłe dzieciaki z rodziny wśród znajomych zorganizowały prywatną zbiórkę na rzecz swoich przyjaciół ze studiów, którzy są w Kijowie. Kuratoria sprawdzają kto porozumiewa się ukraińskim bądź rosyjskim. Powoli przychodzi pewne uspokajanie emocji bo krzepiąca jest myśl o tym, że jednak człowieczeństwo i poczucie empatii jednak w ludziach istnieje. I chociaż to zapewne chwilowe to jednak na ten czas jednoczy. Bo początek był naprawdę trudny, gdy w czwartkowe popołudnie samoloty nad naszymi głowami latały jak szalone. Co prawda od razu były artykuły o wzmożonym ruchu wojskowych odrzutowców, cystern przeznaczonych do tankowania w powietrzu i innych tego typu oficjalnych jednostek widocznych na aplikacjach typu flightradar to jednak huk tych silników jest na tyle donośny i złowrogi, że skóra cierpła. Jeden całe popołudnie robił kółko Gniezno – Inowrocław – Toruń. Teraz też latają, ale już z mniejszą częstotliwością albo przynajmniej zmieniły korytarz powietrzny, uf. I chociaż jeszcze pewnie wiele ciemnych chmur zawiśnie nad kolejnymi dniami to mając nadzieję w działaniu (nawet tym maleńkim) to może przyjdzie niebiesko – żółta wiosna… tylko nie możemy być obojętni i mówić, że nas to nie dotyczy.

Co do pracy to miałyśmy z koleżanką rację. Końcówka tygodnia to już były pełne ręce roboty. Gardło mam tak zdarte, że aż boję się jutra. Głowa boli od trzech dni, ale to też z nadmiaru myśli i emocji, których nie mogę skanalizować poza wypisaniem się tutaj. Spokojnego tygodnia.

Z duszą na ramieniu

Wstałam, a tu wszystko pokryte szronem. W nocy był mróz. Po wypadku boję się takich warunków. Droga w przewadze była biała, a co za tym idzie śliska. Skupiona maksymalnie na drodze i prędkościomierzu jadę z dzieckiem siedzącym cichutko z tyłu i słyszę doniesienia radiowe o inwazji rosyjskiej. W sumie mnie nie dziwią, to nie ten typ, żeby odpuścić bo wtedy czułby się przegrany. Ale spięłam się jeszcze bardziej. To jednak wojna i to bardzo blisko nas. A może zabór rosyjski to też część ich imperium? Ja z zaboru pruskiego, ale co to ma za znaczenie… W internetach z jednej strony pojawiający się lśniące lukrem pączucie, z drugiej nakładki z ukraińską flagą. Jesteśmy solidarni… Z trzeciej strony skomasowany atak przypuszczą trolle, których zadaniem będzie jak najszerzej rozsiać ziarno nienawiści do ukraińskich emigrantów. Już w niedzielę była mowa o takich portalach, które czekają na hasło. A podatny grunt znajdzie się na pewno. Zdjęcia Kijowa to sznur samochodów próbujących wyjechać z miasta… W Internecie czytam co powinno się według zaleceń znaleźć w plecaku ewakuacyjnym ukraińskiego ucznia oraz w takowym plecaku klasowym. Straszne. Chociaż sporo uczniów już dziś zapewne nie poszło do szkoły.

Czy od II wojny naprawdę minęło tak dużo czasu, że historie dziadków są już traktowane jako bajki z zamierzchłej przyszłości i jakoś tak odseparowane od obecnych czasów…? Na pewno inaczej widzą to ludzie, którzy w pośpiechu pakują najważniejsze rzeczy by życie ratować ucieczką. Obserwując napiętą sytuację na świecie już dawno i nie raz (choć trochę w żartach) zdarzało nam się z Mężem rozważać co by było gdyby w obliczu wielkiego zagrożenia czy to wojną czy katastrofą klimatyczną przyszło uciekać z domu… Dopóki by było paliwo to mamy ciągnik (pojedzie niemal w każdym terenie) i przyczepę, na którą sporo da się załadować… to dopóki dałoby się jechać… Zwierzęta… tu jest duży problem… wszystkich psów uciekając i bojąc się przede wszystkim o własne życie nie dałoby się zabrać i wykarmić. I chociaż oczy teraz robią się wielkie i wszystko się buntuje to podświadomość wie, że racjonalnie pewnie te dwa duże przyszłoby puścić wolno…

Tymczasem poza szokiem i odczuwalną dezaprobatą to nasza rzeczywistość się nie zmienia. Dziewczynki z 7 klasy mówią, że nie chcą umierać i jednocześnie szukają biletów na koncert Taco albo Dawida Podsiadło. Nasze życie toczy się po prostu dalej. Skończę pracę, odwiozę Juniorkę do domu, zjem obiad i pączka, włączę komputer by dołączyć do szkolenia na temat radzenia sobie z rozczeniowym rodzicem. A co zrobić z rozczeniowymi ludźmi, których robi się ostatnio na pęczki. A rozczeniowi dyktatorzy??

Nie sądziłam, że taki będzie mój wpis nr 3000…

Sekwencja palindromowa

Dzisiejsza data podobno jest magiczna ze względu na swój zapis 20.02.2022. Data – palindrom zdarzy się w tym tysiącleciu podobno tylko 36 razy więc na pewno jest unikatowa. A czy faktycznie magiczna? Może. Nie wiem. Nie zauważyłam. Dzień okazał się raczej… pouczający. Juniorka w konkursie recytatorskim brała udział pierwszy raz. Była bardzo podekscytowana. Na samym występie jednak się troszkę zestresowała i zapomniała w części o gestach i intonacji, które w domu przychodziły jej raczej naturalnie (a nawet czasami w nadmiarze). Wiersz powiedziała pięknie, jury zaśmiało się na jego komediową pointę. Na nagrodę jednak zabrakło, a Juniorka poczuła się rozczarowana. Smuteczek i mnie ogarniał na jej widok, więc wracając do domu zahaczyłyśmy o sklep by mogła sobie wybrać nagrodę za zaangażowanie, odwagę i udany występ. W ramach świętowania jeszcze pizzę zaordynowałam więc humor małej artystki już całkowicie się poprawił i na domowy występ nas zaprosiła.

Dzięki dziewczyny za trzymanie kciuków. Czytanka na 5, matma 5-, a angielski się okaże. Pierwsza szkolna kumulacja zakończona.

Zakuć, zdać i…

Photo by Pixabay on Pexels.com

Wszyscy wiemy, że system edukacji w naszym kraju jest daleki od ideału. Wszyscy też pamiętamy, że co jakiś czas trafiają się w szkole kumulacje w sprawdzaniu wiedzy. Teraz na Juniorkę trafiła taka kumulacja. Jutro ma klasówkę z matematyki i czytankę obowiązkową oraz taką dla chętnych na 6. We wtorek klasówka z angielskiego i konkurs recytatorski. Ciągle więc coś ćwiczymy i kompletujemy rekwizyty. Chociaż może zrezygnujemy z czytanki dla chętnych, bo nie wszystko na raz, a i z chęciami do wytężonej pracy u Juniorki niestety różnie bywa, najbardziej Jej chyba na konkursie zależy. Ale za to w zeszłym tygodniu wszystkie klasy pierwsze pojechały do kina na „Sing 2” więc był większy luz.

Trzymajcie się dobrze bo od jutra powieje Franklin, a za Juniorkę kciuki co by jej dobrze ta kumulacja poszła.

Stuck in the moment

Zawsze myślałam, że marzenia mają tylko duży kaliber, że marzeniem może być tylko podróż dookoła świata, albo chociaż na drugi jego koniec, zdobycie ośmiotysięcznika, przepłynięcie morza kajakiem, itp. W związku z tym zawsze uważałam, że nie mam marzeń bo nie mam ochoty na przekraczanie granic własnych możliwości. Tymczasem marzę i to bardzo o rzeczach najprostszych. Marzę o wolnym dniu, o chwili w której ktoś zechce wyręczyć mnie z codziennych obowiązków, żebym chociaż raz mogła się wyspać i odpocząć a nie gonić od czynności do czynności. Marzę by ktoś powiedział, że za mnie wyprowadzi psa o 6 rano, że zrobi Juniorce śniadanie lub kolacje, że pomoże jej pod prysznicem, że załaduje zmywarkę lub odkurzy dom. Tak, to są właśnie moje największe marzenia… Razem z koleżanką ze świetlicy obiecałyśmy sobie, że w ten weekend odpoczniemy i nabierzemy sił, ponieważ obie spodziewamy się, że po powrocie wszystkich do szkoły zacznie się armagedon nieobecności, a my zostaniemy przytłoczone zastępstwami, a przecież przypisane nam obowiązki wtedy nie znikną. Ale jak i kiedy odpocząć jak tyle rzeczy w weekend do ogarnięcia? Można oczywiście je olać, ale one przecież nie znikną, tylko się nawarstwią… złym samopoczuciem też. Do tego kolejny dzień z wiatrzyskiem. Ten ciągły huk jest porażający, boli od niego głowa i spać nie można. Nie wiem, w którym momencie włączyć pralkę bo co jakiś czas są braki w dostawie prądu. Drzewa się uginają, z dachu garaży zrywa papę, dosłownie czuć jak dom daje odpór sile wiatru, a pod skórą wciąż napięcie i obawa by większych szkód nie było. Czy jutro wieczorem będę mogła powiedzieć, że jestem gotowa na nowy tydzień? Wątpię. Bo utknęłam w codzienności. Pewnie jak każdy zresztą. Tylko, że ja mam ochotę na to ponarzekać.

And I can’t get out of it…

Ranking miast

Mężu zamiast prezentu dał nam wczoraj banknot mówiąc: kupcie sobie coś fajnego. Juniorka jak zobaczyła kasę to od razu schowała do swojego portfela, pytając jedynie czy ja dostałam taki sam. (No nie… był do podziału…) Potem przyszła przeliczyć zasoby. Od Taty usłyszała, że za takie pieniądze to już może sama jechać do naszych górali. Co Juniorka skwitowała tak: „chcę jechać do Paryża i jeść croissanty”. Ale jak dzisiaj przeczytałam to Paryż wcale nie był na szczycie kierunków walentynkowych wypadów. Najwięcej rezerwacji na ten weekend miała Praga, potem Paryż, Wiedeń, Rzym i Wenecja. I love Praga więc mogłabym o każdej porze roku powłóczyć się tamtejszymi uliczkami, jeść brambory, knedliki i jahodowe 😉 lody 😀

Spring is coming

Pomimo przymrozku, który o 6:30 jeszcze trzymał i rześkiego powietrza, które przez cały dzień się utrzymuje to słoneczny dzień sprawił, że przez głowy śmielej nam przeszła myśl, że wiosna coraz bliżej. Mężu wyciągnął ze schowka wylicytowany na WOŚP kask szczękowy (do tej pory miał dla siebie tylko półotwarty), ubrał spodnie narciarskie i ciepły sweter pod kurtkę motocyklową i ruszył na pierwszą w tym roku przejażdżkę motocyklową. A ja wypuszczając małego psa na dłuższe pobieganie znalazłam w ogrodzie tulipany!

O co ludziom chodzi?

Rozpoczynając dzień przeczytałam artykuł o książce, w której zawarte są portrety górali, silnych jak halny kobiet i twardych jak skała mężczyzn, doświadczonych życiowo i doświadczonych przez życie. W artykule było odniesienie tylko do jednej kobiety i jednego mężczyzny, ale i to wystarczyło by dać pewien ogląd i zaciekawić. Tym góralem z artykułu był 65-letni baca, który przez całe życie wypasa owce, a fachu w zasadzie wyuczył się od wuja. Pięknie mówi o swoich owcach. Nie tylko podczas rozmów z autorem książki. Wiem to osobiście bo widziałam go na Rusinowej Polanie. Miło było słuchać i patrzeć na ten obrazek, jakby nie było pochodzący z innej epoki (a szkoda). Kobietą z artykułu jest 83-letnia już góralka, która w pewnym momencie mówi, że harowała dzień i noc, ale Ona jest zadowolona z każdego swojego dnia, jest szczęśliwa i teraz to już jedynie może prosić o spokojną śmierć.

Artykuł czytałam krótko po opublikowaniu go na jednym z portali na FB, komentarzy jeszcze było mało. Na mnie osobiście tylko te dwie historie wywarły bardzo pozytywne wrażenie, wywołując szacunek wobec tych osób. Z ciekawości weszłam w komentarze. I co? I już w pierwszym jakaś kobieta uczepiła się słów góralki o tej właśnie harówce przez dzień i noc – że to kiedy w takim razie spała… (?!?) Nie raz już pisałam o hejcie i pewnie nie raz jeszcze napiszę bo hejtu nie znoszę i nie rozumiem. Rozumiem, że można się nie zgadzać, ale to nie oznacza też, że od razu mamy prawo negować i napadać słownie. A już w ogóle nie rozumiem powodów dla których hejterzy doszukują się nie wiadomo czego (jak w tym przypadku, przecież to jest tylko określenie, którego każdy z nas nie raz użył), to takie wylanie swojej żółci dla… zasady(?)…