Nawałnica

Na przejście frontu atmosferycznego i ochłodzenie czekała pewnie większość. Ja nie koniecznie, bo upały też lubię. Z tej większości dzisiaj i tak pewnie nie wszyscy się cieszą. Pierwsza burza przeszła około południa. Tam, gdzie pracuję, pogrzmiało trochę w oddali, deszczu spadło sporo, ale wszystko na spokojnie. W mieście zlało tak solidnie, że piwnice wielu domów i parkingi podziemne galerii handlowych zostały zalane. W domu oprócz potężnej ulewy szalał też grad. To, że poniszczyło kwiatki to mały pikuś. Obraz rozpaczy odmalował się w ogrodzie warzywnym, tam praktycznie wszystko poobrywane z liści, podziurawione, połamane. 38 krzaków pomidorów hodowanych od nasionka, w tym te pikowane i pielęgnowane przez Juniorkę nazwane Olkiem i Oliwią. Dobrze, że na balkonie uchroniły się 4 doniczki koktajlowych więc tak do końca nie będziemy skazani na zakup tych sklepowych, sztucznie dojrzewanych. Cukinie, ogórki, koper, buraczki, natka pietruszki… Niewiele w tym roku będzie naszego, czyli na pewno zdrowego. Tyle pracy przy pieleniu i dbaniu, w dużej mierze mojej Mamy, na marne. Na polach różnie, pszenica wygląda dobrze, kukurydza w miarę dała radę, ucierpiały buraki cukrowe więc to na pewno odbije się na plonach. Jednak uprawy od kiedy takie zjawiska atmosferyczne są coraz częstsze po prostu muszą być ubezpieczane by nie zostać z niczym. Ot i takie to smuteczki przed wakacjami… Jedyny pozytyw to to, że się w domu ochłodziło. W pokoju Juniorki już nie ma 28,6 stopnia. Już rodzicielski szósty zmysł nie musi ignorować mojego zmęczenia jak to było wczoraj i podpowiadać żeby iść sprawdzić co u dziecka, które mimo uchylonego okna spociło się tak, że trzeba było ją przebrać.

Spokojnej nocy…