Świąteczne klimaty

Choinka ubrana. Pierniki upieczone. Świąteczne gry przygotowane do udostępnienia. Płyta z kolędami wybrana przez Juniorkę czeka już na wigilijną kolację. Menu się planuje. Prezenty pochowane po kątach. Paznokcie pomalowane na zielono i czerwono. Nawet mój świąteczny sweterek miał już premierę przy okazji świątecznych zajęć przygotowanych dla zerówiaków. I nawet zrobił furorę wśród koleżanek, które pracują na miejscu. Szkoda tylko, że śniegu na Święta nie zapowiadają.

Która ręka?

Mając 6 lat naturalnym dla mnie było trzymanie narzędzi pisarskich w lewej ręce. Miałam wtedy zrobione badania w poradni psychologiczno – pedagogicznej, na podstawie których orzeczono, że proces lateralizacji półkul mózgowych nie jest u mnie jeszcze zakończony w związku z czym można pisanie przestawić na prawą rękę. I faktycznie bez większego problemu wyćwiczyłam pisanie prawą ręką (chociaż przed długi jeszcze czas umiałam obiema). Podobno też twierdzenie, że zawsze jedna półkula jest absolutnie dominująca to mit. W sumie patrząc po sobie nigdy nie potrafiłam jednoznacznie określić, która przeważa. Ale leworęczność gdzieś tam w podświadomości jednak została. A uświadomiłam to sobie wczoraj. Dwa tygodnie temu skaleczyłam sobie palec wskazujący prawej ręki. Plaster przez 24h, ale używając głównie lewej ręki radziłam sobie świetnie. Wczoraj drasnęłam w zgięciu środkowy palec lewej ręki. Też na kilka godzin założyłam plaster. Ale jeszcze przed spaniem go zdjęłam, ponieważ z wyłączeniem lewej dłoni byłam bardzo niezdarna 😉 W obecnych czasach pewnie nawet nie próbowano by zmieniać sposobu mojego pisania, przecież nawet nożyczki dla leworęcznych teraz są w sprzedaży. Bez względu jednak na możliwości manualne dłoni główne zadania na weekend zostały wykonane 🙂

Ja pierniczę ;-)

Akurat u nas kupienie dobrych pierników, w polewie, lukrowanych, bez niczego, z nadzieniem, o rożnych kształtach nie jest problemem. Może dlatego nie było pieczenie pierników na Święta. Babcia robiła ciasteczka z maszynki, ale pierników też nie. Tradycji rodzinnej więc nie mamy żadnej, foremek też. Ale w tym roku przypadkiem trafił mi w ręce prosty przepis i tak mnie naszło, że może jednak o pierniki się pokusić. Może za późno, ale co tam. Składniki są, kilka foremek (gwiazdkę, dzwonek, bałwanka, choinkę, bombkę i ludzika ciastka) kupiłam i będziemy pierniczyć 😉 Poza tym Juniorka w szkole będzie ozdabiać pierniki i mają przynieść pisaki do ozdabiania ciastek więc poszłyśmy dziś kupić. Mam nadzieję, że w poniedziałek nie będzie trzeba iść po kolejne bo te się skończą 😉 Jutro też przyjdzie ubrać choinkę. Teraz Juniorka już nie odpuści jak zobaczyła, że przyszły nowe bombki. Znalazłam takie fajne zwierzątka i inne cuda typowe dla dziecięcych choinek i nie mogłam się oprzeć więc kupiłam kilkanaście sztuk. Niech będzie ładnie i smacznie w te inne jednak Święta.

Radio

Chcąc odpocząć od gwaru w pracy uciekałam w ciszę i nie włączałam u siebie radia przez długie lata. Ale teraz siedząc w części budynku, która jest całkowicie opustoszała stwierdziłam, że przyda mi się jednak trochę dźwięków. Dziś włączyłam radio. I tak słucham różności i bujam się do taktu przy tworzeniu świątecznych gier na Wordwallu i Genial.ly. I jednak dochodząc do wniosku, że: „Ooh, Heaven is a place on Earth”… pod warunkiem, że w czasie wiadomości wyłączy się radio 😉

Problemy z dystansem

Od marca to jedno z najczęściej słyszanych słów. Utrzymywanie dystansu stało się najważniejszą czynnością każdego dnia, każdego wyjścia. I tu osiągam niemal poziom mistrzowski. Ale z drugiej strony doszłam do wniosku, że ów dystans do świata, życia i samej siebie straciłam i dlatego tak źle się teraz czuję.

Od wczorajszego wieczoru ciągle gra mi w głowie

Mikołajki

I mkną po szynach mikołajowe tramwaje

Od dziś znowu Mikołaj po mieście jeździ. Juniorkę Mikołaj też odwiedził, chociaż jeszcze w połowie tygodnia nie było to takie pewne. Ale jak już się zebrała to wczoraj od popołudnia przy kominku stały wyczyszczone buty, a na krześle na którym na serwetce stały pierniczki i mleko dla Mikołaja, wisiała jeszcze świąteczna skarpeta. Mikołaj do ostatniej chwili zastanawiał się co zrobić, szczególnie, że coroczny plan ograniczenia prezentów zepsuł chrzestny Juniorki, który przywiózł wieczorem dodatkowe niespodzianki… Znowu się średnio wyspaliśmy bo o 1:04 Juniorka wołała tatę bo się bała. Chwilę po 5 przyszła do naszego łóżka i przez godzinę wierciła się i marudziła, że już nie może zasnąć. List od Mikołaja zauważyła i skwitowała, że jeszcze tyci musi się poprawić w kwestii porządku w zabawkach i słuchania bo często robi na przekór (bo to uparciuch jest). Na popołudniu mamy jeszcze w planach obejrzenie on line spektaklu „Elfy trzy” i tak mikołajkowe świętowanie dobiegnie końca. Chociaż nie, bo w zerówce Mikołaj był w piątek więc prezent jeszcze w szkole czeka…

Juniorka ma się lepiej. Przeziębienie się kończy. Mężu za to, hm, różne dolegliwości go w tym tygodniu dopadają i nie wiem czy zrzucać to na karb nieadekwatnego często ubioru i godzin, które spędzić musiał mimo to na polu, no i ogólnie stresu, czy już podejrzewać tego przebrzydłego wirusa… Pies chyba ciut lepiej. To wszystko i poprzednie 2 niezbyt fortunne miesiące dały mi jednak mocno w kość więc już nie ogarniając chciałam się wyciszyć. Zaaplikowałam sobie suplement diety zawierający składniki wspomagające zmniejszenie napięcia oraz wspierające spokojny sen. Sen wspomagać ma wyciąg z szyszek chmielu i wyciąg z ziela melisy. No cóż, zasnąć nie mogłam, w nocy wybudziłam się dwa razy i za każdym razem nie spałam przeszło godzinę. Leżąc tak już sobie nawet myślałam, że ten chmiel to mogłam spożyć w formie płynnej ponieważ piwo jako środek moczopędny usprawnia oczyszczanie organizmu z toksyn. I co mnie też zaskoczyło ma całą listę zalet, oczywiście gdy się je pije w rozsądnych ilościach. Ale najbardziej to i tak liczę na uspokojenie sytuacji życiowej. Dziś w sumie dzień z tych lepszych, spokojniejszych więc niech to w końcu będzie początek fali wznoszącej.

Psi smuteczek

U suni to nie nowotwór, ale dobrze też nie jest. Weterynarz we wtorek założył szwy tymczasowo ratujące sytuację. Codziennie aplikujemy zastrzyki. Szwy jednak średnio się spisują bo codziennie wypadające tkanki trzeba odprowadzać do wewnątrz. Co budzi niepokój bo jak szwy nie spełnią swojej roli to konieczna będzie natychmiastowa operacja, która w tej fazie cyklu u suki jest obarczona bardzo dużym ryzykiem wykrwawienia i nasz wet nawet się teraz tego nie podejmie, trzeba by szukać gdzie indziej. Jak szwy wytrzymają to operacja i tak będzie konieczna, ale za 3 miesiące można ją przeprowadzić dużo bezpieczniej bo ryzyko krwotoku zmaleje. No ale musimy te 3 miesiące przetrwać…

A pies, no cóż, owładnięty feromonami żyje tylko miłością i jak już bywało wcześniej przestał jeść. Tylko pilnuje swojej pani, piszczy i obmyśla sposób jak się do niej przedostać, co jest absolutnie zabronione.

Rozbita

Nawet nie umiem napisać jak się czuję. To taka mieszanka emocji, że trudno tą główną wyodrębnić. Nosi mnie, a z drugiej strony nie mam siły się podnieść. Napiłabym się czegoś mocniejszego, ale po co… W dużej mierze czuję psychiczne zmęczenie skumulowane z różnych sytuacji i wielu miesięcy. Udowodnienie swoich racji stwierdzeniem: „a nie mówiłam!!!” nie przynosi ulgi. Trudne popołudnie.